112, zgłoś się – recenzja filmu „Winni”

Jak często zdarza wam się pójść do kina na film, o którym nic nie wiecie? Mnie zdecydowanie za rzadko. A w taki sposób właśnie obejrzałem duńską produkcję „Winni”.

Kiedy siedzisz w świecie kina, a co gorsza jesteś autorem bloga poświęconego popkulturze, ciężko chodzić na filmy bez wcześniejszego braku zapoznania się z choćby zarysem fabuły czy zwiastunem. O ile recenzji czy opinii staram się unikać przed zapoznaniem się z danym dziełem, tak bardzo trudne jest wyjście do kina bez choćby szczątkowej wiedzy o materiale, z którym przyjdzie nam się zmierzyć.

Ale znajomi zaproponowali iść do kina na film, o którym wiedziałem z plakatów jedynie, że jest duńskim kandydatem do Oscara. Tylko tyle. Nie wiedziałem nawet jaki gatunek „Winni” reprezentują. A szybko okazuje się, że to ciekawa hybryda thrillera i dramatu.

Obserwujemy niemal w czasie rzeczywistym losy bohatera, który pracuje na linii alarmowej 112. I kiedy wydaje się, że czeka go kolejny zwykły dzień pracy ten okazuje się dniem bardzo ciężkim. Nie tylko dla niego, albowiem z punktu „widzenia” numeru 112 jesteśmy świadkami naprawdę mocnych wydarzeń.

Mamy do czynienia z fantastycznie napisanym scenariuszem, który stopniowo odkrywa karty i buduje postać Asgera. Ciężko jest poznać głównego bohatera, jeśli obserwujemy jedynie jego rozmowy z ofiarami napadów czy bójek pod klubami, ale jednak dzieło Gustava Mollera robi to fenomenalnie, powoli, dobrze dawkując nowe informacje o Asgerze i jego rozmówcach.

Film w teorii wydaje się być hybrydą historii z dwóch filmów. „Telefon” sprzed kilkunastu lat, w którym Colin Farrell w czasie rzeczywistym musiał rozwikłać zagadkę będąc przykutym do budki telefonicznej. Do tego mamy co nieco z niedawnego „Searching”, w którym cała akcja rozgrywała się na ekranie komputera. W „Winnych” bohater także ma ograniczone pole manewru, a do rozwikłania całkiem paskudną sprawę, a klimat jest znacznie bardziej mroczny, bo i kolejne fakty odsłaniane przez twórców są coraz mniej przyjemne. No, momentami bywa drastycznie, chociaż wcale tego nie widzimy, a wszystko zostaje dopowiedziane wyobraźnią widzą. Piękny zabieg.

Film jest też oszczędny w środkach narracji, bo Asger pojawia się w raptem dwóch, sąsiadujących ze sobą lokacjach, co może i sprawiać wrażenie nudnego filmu, ale dobrane środki przekazu sprawiają, że nawet obserwowanie przez niemal 90 minut twarzy jednego aktora może być ciekawe. To zasługa między innymi fantastycznego oświetlenia, które w zależności od nastroju danej sceny zmienia się, a właściwie zmienia je nasz bohater swoimi reakcjami.

Świetnie wypada także udźwiękowienie, które w tego typu produkcji, w której niewiele widzimy, a wiele słyszymy, jest szalenie istotne. Montaż dźwięku oraz efekty dźwiękowe są na tyle dobre i sugestywne, że możemy obserwować wydarzenia w ogóle ich nie widząc. Wyobraźnia ludzka sama tu zadziała. Kapitalna robota.

Filmowi można by zarzucić co prawda kilka kwestii, jak choćby momentami nierówną grę głównego bohatera (właściwie jedynego w całym filmie), grę głosem jego rozmówców czy nierówne tempo, jednak nie są to mankamenty, które w decydujący sposób rzutują na odbiór historii. A ta jest naprawdę mocna, momentami szokująca i dobrze dozująca napięcie. A to sprawia, że „Winni” są filmem, który naprawdę warto zobaczyć. To także powód dla mnie, by częściej chodzić do kina bez znajomości danej produkcji. Lubię tego typu miłe niespodzianki.