29 czerwca 2007 roku – dzień, który zmienił moje życie

Dzisiaj mija równo dziesięć lat od jednego z najważniejszych dni mojego życia. Mogę go stawiać na równi z dniem, w którym się urodziłem oraz przeprowadziłem do Warszawy.

Mam doskonałą pamięć do dat (jeden z wielu moich talentów) i dlatego z dużą dozą sentymentu, ale i radości świętuję dzisiaj ten specjalny dzień. Zacznijmy od początku. Bo ten jest tutaj wielce istotny.

Matura to nie bzdura

Rok 2007 – rok ogólnie dość ważny w moim życiu. W styczniu byłem w połowie żmudnego procesu przygotowań do matury z historii. Na tym przedmiocie zależało mi najmocniej i pochłaniałem dziesiątki genialnych książek, które znajdują się bardziej w literaturze na studiach niż w szkole średniej, ale byłem wówczas szalenie ambitny.

Tak bardzo, że niemal zupełnie olałem matematykę. To zaś sprawiło, że w styczniu usłyszałem od nauczycielki od matematyki, że ona zrobi wszystko, by mnie do matury nie dopuścić. Chyba nigdy przedtem nie poczułem na sobie takiej presji. Na przerwie w szkole wyszedłem kupić swoją pierwszą paczkę papierosów. Po dwóch fajkach wyrzuciłem – to wciąż nie było dla mnie (zacząłem trzy lata później).

Jeszcze trudniej zrobiło się w kwietniu, kiedy musiałem wyprowadzić się z mieszkania, w którym mieszkałem od urodzenia. Wrzeszcz, w którym przyszedłem na świat. Mój dom. Czułem się jakbym był eksmitowany. Ach, te czasy młodzieńczych buntów. Chodziłem z moją psiną na długie spacery po okolicy, po której poruszałem się poprzednich osiemnaście lat. Pisałem wiersze. Na przykład taki:

Póki tylko mogę jeszcze,

Staram się napawać Wrzeszczem.

Damn, miałem niezłe zapędy na rapera już wtedy. Pomagała mi też (jak zresztą w wielu innych sytuacjach) muzyka. Akurat przeżywałem szczyt zainteresowania brytyjską muzyką gitarową: indie rock i inne takie. Bloc Party wydali w styczniu album „A Weekend In The City”, gdzie był idealnie wpisujący się w moje mroczne myśli utwór „Where Is Home?”. Śmiało, puść go sobie:

In every headline we’re all reminding:

This is not home for us.

Na burzliwy czas przeprowadzki zbiegający się z maturami postanowiłem zamieszkać w innej części Wrzeszcza z babcią. Babcia, osoba, która wpoiła mi do głowy istotę rozwoju i nieustannej nauki, wydawała się najlepszym towarzyszem na ten stresujący okres.

Cisza będąca hałasem

Matmę ostatecznie zdałem. Kosztowało mnie to jednak sporo czasu i wysiłku mentalnego, którego nie mogłem odpowiednio zagospodarować na maturę. Stres się zwiększał. Zacząłem pić kawę, bardzo dużo kawy. Nigdy wcześniej jej nie piłem regularnie. Matury się skończyły, choć ze swoich postępów nie byłem do końca zadowolony. Najgorszy był fakt, że musiałem ostatecznie opuścić Wrzeszcz i dołączyć do rodziny na Matemblewie. Z miejsca znienawidziłem to miejsce. Dla zasady.

Wrzeszcz – serce miasta Gdańsk. Nasze mieszkanie położone było w najgłośniejszy możliwym miejscu – pomiędzy torami kolejowymi, a główną trójmiejską arterią, aleją Grunwaldzką (tramwaje, TIRy). Szum i hałas miasta był dla mnie czymś naturalnym, jak cisza. W Matemblewie, na uboczu Gdańska, wśród lasów było nocami tak cicho, że aż nie mogłem przez kilka dni zasnąć. Cisza była dla mnie nieznośnym hałasem.

Ten pierwszy raz

Szybko po maturze udało mi się dostać pracę jako barman w gdańskiej restauracji. Praca niezbyt przyjemna, ale przynajmniej była. Pozwalała mi uciec z domu do Wrzeszcza, bo knajpa znajdowała się niemalże vis a vis naszego poprzedniego mieszkania. Pracowałem głównie w weekendy, było po prostu spoko. Sezonowa praca, idealna na zabicie czasu przed studiami. Najdłuższe wakacje życia, a na horyzoncie tylko jedno ciekawe wydarzenie – festiwal Open’er.

Bo, tak jak bardzo kochałem muzykę, tak na koncerty w ogóle nie chodziłem. Nie słuchałem zupełnie polskiej muzyki, a dziesięć lat temu dobrych koncertów zagranicznych gwiazd było w Polsce tyle, co kot napłakał. Ale był Open’er, a tam choćby moi ówcześni ulubieńcy, czyli Muse, oraz Bloc Party, którzy śpiewali o tym, co właśnie przeżywam. Co z tego, że w line-upie tamtej imprezy byli jeszcze tak wybitni artyści jak Sonic Youth, Bjork, Laurent Garnier, Beastie Boys czy LCD Soundsystem. Nie znałem, nie chciałem, liczyli się tylko Muse i Bloc Party.

Pokonać przeszkody

Jednak z pojechaniem na festiwal do sąsiedniej niemal Gdyni był problem – nie dostałem wolnego weekendu w pracy. Co więcej, w dniu pierwszego dnia festiwalu powinienem odebrać osobiście wyniki egzaminów maturalnych. Tych, które nie poszły za bardzo po mojej myśli. Nie podobało mi się to wcale. Co więc zrobiłem?

  1. Rzuciłem pracę.
  2. Upoważniłem rodziców do odebrania wyników matury.
  3. Poprosiłem, by dali mi znać o wynikach tylko jeśli będą pozytywne.

Czujecie to? To był okres, kiedy generalnie ludzie boją się rodziców wracających z wywiadówek, a tutaj wyniki najważniejszego egzaminu w życiu mogłem odebrać sam, jednak poprosiłem o to rodziców. Szaleństwo, nieprawdaż?

Nadszedł ten dzień.

29 czerwca 2007 roku

No, ale pojechałem. Nie było daleko, zresztą skala całego festiwalu była wówczas zupełnie inna. Jarałem się jak nigdy wcześniej. Każdy krok od wyjścia z kolejki w Gdyni w stronę lotniska w Kosakowie był niczym anielskie uniesienie – jakbym unosił się w powietrzu ze szczęścia. A ta droga zawsze była dla mnie straszna – w tej części Gdyni mieszkają moi ukochani dziadkowie, ale czasem wizyty u nich były zniechęcające. Trauma dzieciństwa, nic więcej.

Zapomniałem o niedawnej pracy, zapomniałem o maturach, jechałem ku spełnieniu marzeń. KONCERT MUSE. KONCERT BLOC PARTY.

Stanąłem w kolejce do rejestracji na pole namiotowe, widząc w oddali Main Stage. Z odległości niemal kilometra było słychać jak Matt Bellamy i ekipa się stroją. Po plecach przebiegł dreszcz emocji. A w kieszeni dreszczyk wibracji telefonu. Szybko spadłem z nieba na ziemię – rodzice odebrali wyniki matury.

– Zdałeś!

– Ok, nic więcej nie chcę teraz wiedzieć, dzięki!

Ufff, najgorsze za nami. Potem okazało się, że zdałem dość miernie, choć konkretnych wyników teraz nie pamiętam. Jednak historia, mój ukochany przedmiot, którego nauce poświęciłem najwięcej czasu, poszła mi najgorzej. Dopiero po latach zrozumiałem, że całkowicie źle podszedłem do nauki tego przedmiotu i przygotowań do matury. Próbowałem zrozumieć procesy przyczynowo-skutkowe, wiedzieć jak najwięcej ciekawostek, życiorysów istotnych postaci, przebiegów bitw. To wszystko było na nic – na maturze trzeba pamiętać daty, obrazki z podręczników i polać nieco wody w wypracowaniu. Moja ambicja mnie zniszczyła. Trudno, 29 czerwca tego nie wiedziałem, dowiedziałem się po festiwalu.

Błędy młodości

Rozbiłem namiot, napiłem się zwycięskiego piwa, rozłożyłem na trawie i patrzyłem w niebo. „A więc tak wygląda festiwal muzyczny” pomyślałem. Udałem się na koncerty zespołów, których nie znałem. Na przykład Sonic Youth. Kurwa, jak ja mogłem tego wtedy nie znać! Jeden z najważniejszych zespołów ostatniego ćwierćwiecza gra 20 metrów ode mnie, a ja sobie stałem niewzruszony, niemrawie przysłuchując się i wyczekując… Muse. Jak teraz o tym myślę, to aż mi wstyd. No, ale… Mimo wszystko widziałem Kim Gordon oraz spółkę na żywo. I tak nieźle!

Pamiętam przedzieranie się przez tłum dziwnych ludzi już w trakcie koncertu Beastie Boys. Również nie rozumiałem powagi tego co dzieje się na scenie i wśród publiczności. O tam, „jacyś starszy raperzy z jednym fajnym utworem” wydawało mi się wówczas. Pięć lat później umiera MCA, legenda muzyki, członek zespołu, a Beastie Boys kończy karierę. Byłem świadkiem ostatniego bodaj koncertu legendy w Polsce, a byłem niewzruszony! Aż mi wstyd.

Moje pierwsze uzależnienie

Ok, nieco poruszony, dosłownie, byłem, przez tłum, który wpadł w orgiczny niemal szał: skoki, łokcie, kolana. Tysiące ciał poszło w ruch, a ja niemal umarłem. Beastie Boys zeszli ze sceny, a ja dopchałem się pod barierki. Widziałem wymarzone Muse z kilku metrów. Poczułem coś, czego nigdy wcześniej nie czułem – ekstazę. Prawdziwą, nieskłamaną, jedyną w swoim rodzaju, niepowtarzalną ekstazę. Nie umiem wyjaśnić tego uczucia, ale było piękne. Łzy szczęścia, ryk gardła, niekontrolowane ruchy ciała. Zachowywałem się dokładnie tak, jak ci starsi panowie na poprzednim koncercie. Zrozumiałem czym jest miłość do muzyki.

Następnego dnia powtórzyło się to z Bloc Party.

Od tamtych chwil mija dziś równo dziesięć lat. 87 660 godzin. Właśnie wtedy się uzależniłem.

Od muzyki.

Od koncertów.

Od festiwali.

Od tej niepowtarzalnej ekstazy.

Dekada później

Dziesięć lat i kilkadziesiąt festiwali później wciąż czuję to samo. Dziesięć lat. Ponad jedna trzecia mojego życia. Za koncertami oraz festiwalami zjechałem pół polski i kilka zagranicznych krajów. Jestem innym człowiekiem. Mieszkam w Warszawie, mam stałą pracę. Na Open’era 2017 miałem nie jechać. Jakoś tak trzy poprzednie edycje też pominąłem i żyję. W międzyczasie zmienił mi się bardzo muzyczny gust. Kiedyś mogłem siedem lat z rzędu jeździć na Open’era, teraz nie wyobrażam sobie roku bez wyjazdu na Audioriver czy Up To Date Festival. Gust muzyczny się zmienił, ale nie zmieniło się uzależnienie od tej niepowtarzalnej, koncertowej ekstazy.

Nawet Radiohead miałem sobie odpuścić. Dlaczego? Miałem ku temu kilka obiektywnie sensownych przesłanek:

  • Radiohead gra w środku tygodnia, czyli muszę wziąć aż dwa dni urlopu
  • Radiohead widziałem kilka miesięcy temu w Berlinie
  • Na cały festiwal chcieli jechać ludzie z mojego zespołu, a ktoś w biurze musi zostać pracować – to już nie te lata, że mogę rzucić pracę. Postanowiłem się poświęcić i pozwolić innym pojechać na całą imprezę zamiast mojego wyjazdu na jeden koncert
  • Bilet jednodniowy kosztuje 239 zł (tyle co dekadę temu karnet na trzy dni)
  • Doliczmy do tego przejazd w dwie strony, piwo, jedzenie – wychodzi łącznie jakieś minimum 600 złotych
  • NO TOTALNIE SIĘ NIE OPYLA

Ale to uzależnienie. Ciężko je pokonać. Od pół roku liczyłem się z tym, że odpuszczam. Aż do ostatniej soboty. Radiohead, zespół mojego życia. Zespół życia mojej mamy. Silne spoiwo naszej relacji. Mama dostała bilet na koncert już dawno temu w prezencie, więc chociaż jej marzenie się spełni. To mi wystarczało. Aż do ostatniej soboty.

Wymówki to tylko wymówki

Tego dnia, o dziwo, nie poszedłem na żadną imprezę techno. Siedziałem w domu, pisałem kolejne teksty na bloga, a w tle puściłem sobie występ Radiohead z Glastonbury poprzedniego dnia. Zaczęło mnie ściskać w żołądku. Koniec miesiąca, nie ma już kasy na szaleństwa. Na Facebooku piszę coś takiego:

Dzwonię do mamy, która wyczekuje na swój koncert życia. W głowie rodzi mi się szalony pomysł:

– Czy jeśli uda mi się załatwić urlop to pożyczysz pieniądze na bilet?

– Oczywiście!

Uruchomiłem procedurę pokonania wszelkich przeszkód. Na szczęście ludzie z mojego zespołu (dziękuję!) zrezygnowali z Open’era, choć nadal chcieli mieć urlop. Udało się zorganizować to tak, bym miał jeden dzień wolny. Ogarnąłem dojazd. Kupiłem bilet.

I tak oto wczoraj, w przededniu dzisiejszej dziesiątej rocznicy, stanąłem znowu w tym samym miejscu, by poczuć te same emocje.

Ekstazę.

Na koncercie najważniejszego mojego i mamy zespołu życia. Wspólnie. Ja i mój talent to zapamiętywania dat zapamięta wczorajszą noc. Również nocny powrót prosto z koncertu do Warszawy i do pracy.

Na moim nagrobku napiszcie – FestivaLover

Znowu to zrobiłem. Poruszyłem niebo i ziemię, by pojechać na koncert, festiwal. Poczuć tę ekstazę, ten dreszcz emocji, te łzy szczęścia. To, od czego jestem uzależniony. Od czego uzależniłem się dziesięć lat temu. Co zmieniło moje życie. Na kolejnych festiwalach poznałem mnóstwo przyjaciół i innych osób, które pośrednio wpłynęły na to, że zamieszkałem w Warszawie. Wpłynęły na to kim jestem.

Równo dziesięć lat temu.

Idę otrzeć łezkę wzruszenia z jednego oka, łezkę szczęścia z drugiego i biegnę do pracy.

Dziękuję. Wszystkim.