Apparat „LP5” – recenzja płyty

Sascha Ring to jeden z najważniejszych dla mnie artystów, zatem nie powinno dziwić, że każdy kolejny projekt, w którym macza palce jest przeze mnie wyczekiwany z wypiekami na twarzy.

Zwłaszcza, że niemiecki artysta przez ostatnich kilka lat był mocno zaangażowany mocniej w Moderat niż Apparat, projekt, który przyniósł mu popularność. Minęło już niemal osiem lat od jego poprzedniego albumu „The Devil’s Walk”, więc informację o „LP5” przyjąłem nader entuzjastycznie, ale jednocześnie z dużą dozą niepokoju.

Czas zmienia ludzi, widzę to po sobie, widzę to po innych, dostrzegam to w wielu spośród ulubionych artystów. Miałem spore obawy, że po tylu latach współpracy z Modeselektor Sascha zatraci swój styl i formułę muzyczną. Zresztą, już „The Devil’s Walk” było całkowicie inne niż trzy poprzednie albumy czy kolaboracje z Telefon Tel Aviv oraz Ellen Alien.

Secret is to forget the violence.


Fragment utworu „CARONTE”

No i moje obawy okazały się słuszne – „LP5” niewiele przypomina poprzednie albumy Apparata, jednak wciąż z nich sporo czerpie. A także z Moderat. I choć wydawać by się mogło, że to droga do rozczarowania, okazuje się, że wychodzi z tego całkiem przyjemny miks. Ma niestety wiele irytujących momentów, jak choćby wykorzystanie auto-tune’a do modyfikacji głosu Saschy. A przecież ten głos jest tak piękny, że aż szkoda go w ten sposób marnować. Ale cóż, sprawdziło się na trzecim albumie Moderat, więc artysta wykorzystał ten motyw.

Bardzo ładna okładka

Na szczęście na nowym albumie znajdują się także najlepsze motywy z poprzednich albumów Apparat. Mowa tu głównie o wspaniałych, majestatycznych wręcz elektronicznych dźwiękach składających się w piękne, momentami połamane melodie. Do tego, nawiązując do poprzedniego albumu, sporo mamy wolniejszych momentów, klasycznych instrumentów i przepięknych kompozycji.

Każdy z dziesięciu kolejnych utworów ma swój własny charakter i prowadzi słuchacza przez kolejne elementy stylu Ringa. Spokojne wprowadzenie w postaci „VOI_DO” jest jedynie przedsmakiem do przestrzennego, ale szybszego „DAWAN”. W samym środku otrzymujemy naprawdę piękne, wyważone i spokojne dzieło w postaci „BRANDENBURG”, by po chwili dać upust w dynamicznym, głębokim „CARONTE”. I znowu Sascha spowalnia, niemalże usypia wypełnionym organami utworem („OUTLIER”), by zamknąć wszystko niesamowicie monumentalnym „IN GRAVITAS”. Jest to zresztą chyba najlepszy utwór na całym albumie – melodyjny, spokojny start, w którym Ring robi użytek ze swojego pięknego głosu, by po chwili przerodzić całość w szybkie, piękne melodie, a na sam koniec dać niepokojące słowa. Coś pięknego.

„Statues erected to no-one elected.”


Fragment utworu „IN GRAVITAS”

I choć nie będzie to zapewne najlepszy album w dorobku niemieckiego artysty, tak jest to jeden z ciekawszych albumów tego roku jak dotąd i ciężko tutaj mówić o jakimkolwiek rozczarowaniu. Zapożyczenie najsłabszych motywów z kolaboracji z Modeselektor nie przesłoniło największych atutów Ringa – jego głosu, umiejętności komponowania niezwykle przestrzennych, a jednocześnie skomplikowanych, a przy tym pięknych melodii.

A ja tylko przypomnę, że Apparat jest jednym z headlinerów festiwalu Tauron Nowa Muzyka w Katowicach. Mając w pamięci przepiękny koncert z roku 2011 nie wyobrażam sobie, bym odpuścił sobie ten festyn.