„Arrival” byłby moim filmem roku, ale…

Denis Villeneuve, mimo, że jeszcze nie jest najgłośniejszym nazwiskiem w Hollywood, już należy, moim zdaniem, do czołowych reżyserów współczesnego kina. Jego najnowsza produkcja, „Arrival”, albo jak wolą polscy dystrybutorzy „Nowy Początek”, zdecydowanie potwierdza moją opinię, ale… Mam też do niej kilka zastrzeżeń.

Po świetnym „Labiryncie”, genialnym (nie boję się używać tego zwrotu) „Sicario” Villeneuve dostał możliwość zrobienia drugiej części kultowego „Łowcy Androidów” i to głównie dlatego jest o nim ostatnio głośniej, a przecież mieliśmy jeszcze otrzymać nowy film, sci-fi, od kanadyjskiego artysty. I otrzymaliśmy. Villeneuve, podobnie jak Christopher Nolan czy Quentin Tarantino, lubi sprawdzać się w nowych gatunkach filmowych, więc po thrillerze-dramacie („Labirynt”) oraz thrillerze-akcyjniaku („Sicario) przyszedł czas na thriller-sci-fi.

„Nowy Początek” podejmuje temat, który w kinie był już oklepany przez wielu mniej lub bardziej wybitnych graczy – przybycie na ziemię obcych. To jednak chyba pierwszy film, który tak świetnie obrazuje niepewność spotkania się z czymś co jest naprawdę… „obcym”. Lęk, przed nieznanym, który przybiera różne formy. Chęć zrozumienia, które wymaga czasu. Pokazuje również ludzkość. Obcy w tym filmie są tak naprawdę odbiciem tego jak działa gatunek ludzki i jak bardzo jest różnorodny.

arrival-movie-4-e1471529984165

Cała historia rozwija się bardzo powoli i jest smakowicie intymna. Nie w sensie erotyki, a dużych uczuć buzujących na niewielkiej przestrzeni. Brakuje w niej epickich scen, pościgów, strzelanin. Nawet zetknięcie się z kosmitami jest tutaj niesamowicie odizolowane i odbywa się w niewielkich pomieszczeniach, w skromnym gronie. A całość, podobnie jak statki obcych, spowijają chmury niepewności i lęku. Nawet sceny kulminacyjne są bardzo wysmakowane i niepokojące. Dodajmy do tego muzykę, znak rozpoznawczy produkcji Kanadyjczyka. Towarzyszy nam ona niemal nieustannie, gdzieś szemrze w tle, spokojne i niepokojące dźwięki ambientu potęgują niepewność wydarzeń na ekranie. Kiedy jednak dzieje się coś ważniejszego staje się wyraźnie coraz głośniejsza, mocniejsza, by w kulminacji całkowicie zniknąć i ustąpić miejsca niepokojącej ciszy. To zbudowało „Sicario”, to działa i tutaj.

Warstwa realizacyjna jest zresztą na znakomitym poziomie. Nie mamy tutaj efekciarstwa rodem z „Dnia Niepodległości”, bowiem większość akcji rozgrywa się wewnątrz statku kosmicznego (jego wizualizacja i sama koncepcja jest niesamowita) lub w ośrodku wojskowym zbudowanym nieopodal statku. Sami przybysze również robią dobre wrażenie, zresztą cały czas są ukazywani w warunkach pozostawiających w odbiorcy tę niepewność. Paleta barw, gdzie jasne, żywe kolory kontrastują z szarością czegoś obcego. Nie ma się tutaj czego przyczepić.

Nic nie można zarzucić obsadzie. Forest Whitaker i jego mrugająca dolna powieka robi swoje, Jeremy Renner wydaje się, że po raz pierwszy bardziej „gra kogoś” niż jest po prostu Rennerem, zaś Amy Adams zyskuje pierwszy raz moją sympatię. Trochę filmów z jej udziałem już widziałem, lecz jakoś nigdy nie potrafiła mnie do siebie przekonać, a wręcz irytowała (patrz: „Batman v Superman”). W „Arrival” jako dr Louise Banks wreszcie ma okazję popisać się swym kunsztem, a jak się okazuje, ma go w zanadrzu całkiem sporo i aż nie mogę się doczekać „Nocturnal Animals”, które do kin wchodzi już za kilka dni!

swoxvcwpqcwnbzcqx3tb

Widzicie więc pewnie lawinę moich zachwytów na tym filmem, który realizacyjnie i fabularnie dostarcza naprawdę mocno aż do… Finału. I w sumie, nie jest on zły sam w sobie, bo to jeden z tych twistów, który sprawia, że nagle na film zaczynasz spoglądać zupełnie inaczej, dostrzegając rezultat, a sama idea broni się świetnie. Sęk w tym, że coś takiego widziałem stosunkowo niedawno (dwa lata temu) w kinie, a w domu jeszcze niedawniej (dwa tygodnie temu obejrzałem po raz trzeci). Bo cały ten zwrot akcji, a raczej konkluzja historii, sprowadza się do podobnej kwestii jak w „Interstellar„. I to w zasadzie nie jest żaden zarzut (zwłaszcza, że przecież ekranizacja książki „The Story of Your Life” Teda Chianga z 1998 roku, czyli zanim powstał scenariusz do filmu Nolana), jednak pozostawiło to we mnie pewien niedosyt i dało coś, co przeżyłem całkiem niedawno. To tak jakby dwa dni z rzędu zjadł doskonałego burgera. Za drugim razem nadal jest doskonały, ale nie potrafisz docenić tego w pełni, nacieszyć się jego doskonałością w pełnej postaci.

I choć ten, drobny przecież, zarzut nie musi być dla was punktem odniesienia, tak to rzuciło nieco cienia na cały, świetny przecież film. Mam niedosyt. Chciałbym zakończenia, które rozwali mi głowę. Rzuci na kolana. Gdybym nie widział „Interstellar” to pewnie tak właśnie by się stało. Niemniej jednak, Denis Villeneuve odwalił kawał dobrej roboty, podkreślając jak wybitnym reżyserem jest już obecnie w świecie kina, dając nam kolejny przykład swojego stylu, który powoli zaczyna być coraz bardziej charakterystyczny: minimalizm, muzyka jako jedna z ważniejszych postaci (gra ona w jego filmach tak mocno, że nie boję się nazwać ją „kolejną postacią”), dobra gra światłem na planie czy po prostu rozwijanie historii w oparach mroku. Zdaje się, że Kanadyjczyk staje się drugim, obok Nolana, reżyserem, którego mogę nazwać „swoim ulubionym”.

Moja ocena: 7/10

(gdyby nie Interstellar, byłoby co najmniej 8)

SPOILER ALERT:

W sumie, to polskie tłumaczenie tytułu z „Arrival” (przybycie) na „Nowy Początek” jest bardzo w punkt, o dziwo, jednak, jest jednocześnie jednym wielkim spoilerem finału. Chyba nie o to chodzi…