Bój się siebie – recenzja filmu „To My”

Do czego to doszło, żebym ja, osoba nielubiąca horrorów, wyczekiwała premiery horroru? Takie rzeczy potrafi tylko Jordan Peele.

Powiew świeżości – tyle wniósł do gatunku czarnoskóry reżyser przed dwoma laty za sprawą „Uciekaj”. Brak jump-scare’ów, umiejętne rozładowanie napięcia inteligentnym humorem, straszenie niepokojem i niedopowiedzeniami. Peele zrobił jeden z najlepszych horrorów XXI wieku zyskał publiczne uznanie. A dzięki temu również większy budżet (choć wciąż skromny – 20 milionów dolarów) na realizację kolejnego filmu – „To My”. I tym filmem jedynie cementuje sobie pozycję na rynku jako wiodącą postać nurtu post-horroru.

Tym razem Jordan Peele zabiera widza w kolejną podróż na odludzie, gdzie rodzinę spotykają dość… Ciekawe przygody. Scenariusz jest nieco bardziej skomplikowany niż w przypadku „Get Out”, a liczne retrospekcje budują ciekawość, ale jednocześnie… Mocno nakierowują na rozwiązanie podane w finale. Nie oznacza to jednak, że film nudzi, a wbrew przeciwnie – dzieją się rzeczy tak dziwne i niedorzeczne, że aż człowiek zaczyna się zastanawiać i chce brnąć dalej. Wszystko odsłaniane jest kawałek po kawałku, racząc widza odpowiedziami, które jednocześnie prowadzą do kolejnych pytań. Rozwiązanie i wyjaśnienie, choć zagmatwane, jest całkiem satysfakcjonujące.

Gabe Wilson (Winston Duke) and Zora Wilson (Shahadi Wright Joseph) in „Us,” written, produced and directed by Jordan Peele.

I choć nie do końca cała historia mnie kupiła, tak całkowicie znowu poczułem styl Jordana Peele’a. Jest mrocznie, niedorzecznie, autor straszy niedopowiedzeniami, rozładowuje napięcie sucharami, unika jump-scare’ów, pokazuje dużo krwi, ale nie jakoś obrzydliwie i nierealnie dużo. Słowem – buduje napięcie w podobny sposób jak czynił to w „Get Out”. A więc robi to wybornie, smacznie i z klasą. Czuć w tym wszystkim jego autorski styl. A, i jeszcze scena z asystentem głosowym – cudo. <3

Warto podkreślić także z jak wspaniałymi kreacjami aktorskimi mamy tutaj do czynienia. Lupita Nyong’o ociera się tutaj o poziom oscarowy i wcale się nie zdziwię, jeżeli będzie w gronie faworytek do nagrody za rolę główną. Dobrze radzi sobie Winston Duke w roli nieporadnego i śmieszkowatego ojca. Doskonale zachowują się też dzieci: Evan Alex oraz Shahandi Wright Joseph. Wybitny moment ma także Elizabeth Moss i aż szkoda, że nie znalazło się dla niej w scenariuszu więcej scen. Tym bardziej docenić należy obsadę, że każda z tych osób musiała zagrać de facto dwie postaci. Aha, i jeszcze bliźniaczki kradną jedną scenę, cudo.

„To my” wyróżnia się też niesamowicie dobrą realizacją. Bo choć wciąż jest to całkiem skromna produkcja, tak niesamowicie istotną rolę pełni tutaj przemyślany montaż. Zdjęcia także mogą się podobać, zwłaszcza zaś oświetlenie i gra światłem w poszczególnych scenach. Wspaniale z obrazem oraz wydarzeniami na ekranie współgra również muzyka. Nie tylko za sprawą dobrze dobranej ścieżki dźwiękowej, ale i kompozycji Michaela Abelsa. Motyw z finału grał we mnie wiele godzin po zakończeniu filmu. Aż ciężko było zasnąć. Coś pięknego.

Najnowsza produkcja Peele’a to doskonałe rozwinięcie stylu reżysera, którym zwrócił na siebie uwagę dwa lata temu. Za dekadę pewnie będziemy nazywać go „ojcem post-horroru” i nie będzie to określenie na wyrost. Bo choć „To my” ma wciąż w sobie wiele elementów, które sprawdziły się w „Uciekaj”, tak stanowi jednocześnie rozwinięcie stylu autora. I choć film nie uderzył we mnie tak mocno jak jego pierwsze dzieło, tak mamy do czynienia z naprawdę dobrym kinem.