Boska ręka i boskie nozdrza – recenzja filmu dokumentalnego „Diego”

Nie jest łatwo zrobić dobry dokument, który nie będzie monotonny, a bardzo łatwo zrobić dokument o upadających gwiazdach. Jak zatem wypada najnowsza produkcja o Diego Maradonie?

Najnowszy dokument Asifa Kapadii (autor dokumentów o Amy Winehouse oraz Ayrtonie Sennie) skupia się na jednym rozdziale długiej, burzliwej i pięknej historii Diego Armando Maradony. Poza paroma retrospekcjami, powrotem do korzeni tego wielkiego zawodnika oraz końcówką, będącą swego rodzaju epilogiem, większość wydarzeń tego ponad dwugodzinnego filmu pokazuje trwającą siedem lat historię życia piłkarza w Neapolu.

Jednak to nie boiskowe wydarzenia są tutaj najważniejsze, choć stanowią naturalną oś narracji: transfer do Neapolu, kolejne sezony, zwycięski Mundial z 1986 roku, mistrzostwa Włoch, odejście z klubu tylnymi drzwiami. Jednak zdecydowanie ważniejsze w tym filmie są wydarzenia, które rozgrywają się poza boiskiem. Które pokazują głębię postaci rozdartej pomiędzy skromną i miłą osobowość Diego, a pragnącego atencji i chwały Maradonę.

Momentami ma się wręcz wrażenie oglądania kolejnego sezonu „Narcos, albowiem życiorys „boskiego Diego” pełen był kontaktów z narkotykami, mafią, skandalami obyczajowymi. Do tego wszystko świetnie zarysowane są aspekty kulturowe i krajobraz społeczny Włoch lat osiemdziesiątych XX wieku – Włochy podzielone na bogatą północ i biedne południe, które Diego swoimi bramkami dla Napoli wyciąga na piedestał. To uzasadnia jego status boga w stolicy Kampanii oraz status psa w północnych Włoszech. Cytowane są wulgarne przyśpiewki kibiców, pokazane są ujęcia, w którym Diego uczy swoją córkę piosenki, która obraża rywala z Turynu.

Jednak historia samego piłkarza to jedno, dla bardziej zaznajomionych z jego postacią fanów piłki będzie tu niewiele nowego. Chyba najistotniejszym elementem tej produkcji jest styl narracji. Nie mamy tutaj, jak w wielu innych dokumentach, samych wywiadów z rozmówcami reżysera, poprzecinanych jakimiś przebitkami z materiałów z archiwum. Nie, tutaj właśnie materiały archiwalne stanowią trzon całej opowieści, rozmówców (sam Maradona, jego rodzina, bliscy współpracownicy czy dziennikarze) nie oglądamy w ogóle, a ich wypowiedzi są zobrazowane idealnie zmontowanymi, unikalnymi ujęciami z tamtej epoki. Autorom udało się dotrzeć do naprawdę ciekawych taśm, choćby tych z rodzinnego domu Diego, telewizyjnych nagrań. Momentami w ogóle miało się wrażenie, że reżyser z operatorami cofnął się do wybranych momentów, by nagrać nowe ujęcia. Bo przecież wydawało się, że w trakcie Mundialu w Meksyku nie było kamer, które obserwowałyby jedynie jednego zawodnika w trakcie meczu. A „Diego” jest pełen tego typu archiwalnych ujęć.

„Diego” bardziej niż historią jednego zawodnika jest historią o tym jak krucha jest ludzka psychika, która pod zbyt wielkiem ciężarem, zbyt wielką presją, potrafi stracić panowanie nad sobą i swoją karierą. Jak postać uważana za boga swego miasta może nie podołać tej odpowiedzialności. Najczęściej przewijającymi się kadrami wyłapanymi z archiwum są próby przejścia Maradony przez tłum: tłum dziennikarzy, tłum fanów, tłum wyznawców. Diego był dosłownie osaczony, było mu ciasno i duszno. Nie on jeden sobie z tym nie poradził. Ale właśnie te niepiłkarskie aspekty dokumentu, których pełno w najnowszym filmie, sprawiają, że „Diego” to film nie tylko dla fanów piłki nożnej.

PS. Najlepszym piłkarzem w historii i tak jest Leo Messi. :3