Brakuje tylko Batmana i Aquamana – recenzja filmu „Godzilla: Król Potworów”

„Godzilla” Garetha Edwardsa to jeden z moich ulubionych filmów obecnej dekady. Miałem wielkie obawy o jego sequel, bo już materiały promocyjne pokazywały inny kierunek.

Dlaczego „Godzilla” z 2014 roku była tak dobra? Bo potworów było w nim niewiele. Bo subtelnymi zdjęciami nie było widać całości ich majestatu, a mrok i mgła skrywały w sobie tajemnicę i lęk. Bo tytułowego monstrum nie widzieliśmy w pełnej krasie aż do finalnej potyczki. Bo historia ludzi rozgrywająca się na pierwszym planie, choć bardzo banalna, była dobrze zaplanowana i przemyślana, pozwalając nieco poczuć ich dramat. Bo scena skoku żołnierzy na spadochronach nad San Francisco to jedna z najpiękniejszych scen kina XXI wieku, idealnie oddająca charakter filmu: piękne kadry, oglądanie potworów z perspektywy żołnierzy, z której widać tylko skrawki całej potyczki. No miód na moje oczy.

Zwiastuny drugiej odsłony tej serii zapowiadały wyrzucenie tego wszystkiego do kosza i pójście w kierunku bliższym „Pacific Rim”. I tak niestety jest także z produktem końcowym. Ciężko co prawda oczekiwać logiki w filmie, w którym wielka jaszczurka bije się z wielkimi ptakami i smokami i innymi kreaturami, ale to nie są jedyni bohaterowie tego filmu. Bo „Godzilla: Król Potworów” podobnie jak poprzedni film, w znacznej części pokazuje poczynania ludzkich bohaterów i ich starania o przetrwanie. Jednak niestety, tym razem bohaterów jest zbyt wielu, żaden nie ma bardziej rozbudowanego charakteru, a ich kolejne decyzje mają z logiką tyle wspólnego ile ja z muzyką disco polo lub reggae.

No już naprawdę dawno nie widziałem tak idiotycznie napisanych postaci. Jeszcze pal licho, gdyby miały one stanowić drugie tło, ale jednak spędzamy z nimi tak dużo czasu, że od ciągłego fejspalmowania można sobie złamać nos. A to matka, w której nie ma za grosz instynktu samozachowawczego i robi wszystko, by swoją córkę narazić na kolejne niebezpieczeństwa. A to ojciec, który na wieść o porwaniu jej córki nie reaguje w sposób naturalny, a więc „kurde, jak uratujemy moją córkę”, tylko wkurza się, że „czemu nie zabiliście tych potworów, trzeba je zabić”! Tego typu logika rozpościera się w niemal każdej scenie tego filmu. Dodajmy do tego najbardziej drewniane dialogi w kinie od wielu miesięcy i mamy naprawdę brzydkiego potworka (film, nie monstra z filmu). Nawet wymyśliliśmy z kolegami nową grę alkoholową: pijesz szota za każdym razem kiedy postać Kena Watanabe mówi „Gojira”. Przed końcem filmu można być w stanie mocno wskazującym. CO w sumie chyba jest wskazane.

Ja już w połowie seansu przestałem mieć jakiekolwiek oczekiwania. Logika? Po co? Sens rozwijania postaci? W filmie o potworach? Nah. O, Atlantyda? To pewnie zaraz Aquamen wleci, bo to też Warner Bros. To może jeszcze Batmana dorzućmy? Batman dosiadający Godzillę – ten pomysł brzmi strasznie absurdalnie, ale po seansie „Króla Potworów” wcale nie wydaje się to niemożliwe. I właśnie jakoś tak w połowie filmu odpuściłem i zacząłem ten film traktować jak komedię, tylko w ten sposób byłem w stanie dotrwać do końca bez gwałtu na mojej inteligencji. A tymi są choćby niesamowicie oczywiste i przewidywalne jump scare’y. Do tego jakieś proste głupotki, typu Godzilla wynurzająca się z największych głębin oceanu, by po chwili w tym samym miejscu stać w wodzie po (swoje własne) kolana. Może miała tam deskę surfingową, nie wiem.

Nie oznacza to, że film jest absolutnie tragiczny. Wizualnie prezentuje się naprawdę nieźle, choć momentami bardzo widać, że większość powstawała na green screenie i efekty nie robią wielkiego wrażenia. Jednak w konwencji komedii sprawdza się to nieźle. Projekty monstrów są obłędnie dobre. Choć szkoda, że większość z nich obserwujemy pod osłoną nocy, co zapewne ma przykryć niedostatki wizualne pewnych ich elementów. Projekt Godzilii jest cudowny. Mothra – piękna, choć powstała głównie po to, by pięknie wyglądać i niewiele jej w filmie jest, ale dla tych paru kadrów warto było. Rodan – świetny, choć jego rola też nieco ograniczona. Ghidora – przerażająca, pięknie przemyślana, ale rzadko widać ją w pełnej krasie.

Doktor z jednym tekstem i wyrazem twarzy.

Same walki potworów też są niezłe, choć ponownie – są tak dynamiczne i szybko zmontowane, że czasem ciężko nadążyć za tym, co dzieje się na ekranie. Brakuje jakichś establishing shots (ujęcia pokazujące lokalizację, rozkład sił i pomagające widzom w orientacji przebiegu zdarzeń), które pozwoliłyby widzowi lepiej się połapać w tych potyczkach. I mam tu jeszcze jedno spostrzeżenie. W filmie Garetha Edwardsa zabieg nie pokazywania zbyt wielu szczegółów walk, a przedstawianie ich fragmentów miało swój cel: wpisywało się w konwencję filmu, w którym miało nie być widać wszystkiego, a pewne elementy oglądaliśmy z perspektywy malutkich ludzi. I to działało. Tutaj wiele momentami nie widać, ale nie wiadomo w jaką konwencję ma to się wpisać. Chyba, że właśnie ma przykrywać niedostatki budżetowo-wizualne.

O grze aktorów nie ma co pisać, bo równie dobrze można by aktorów zastąpić postaciami w CGI i byłoby równie wiarygodnie i emocjonująco. Oczywiście wiele osób skusi się, by obejrzeć gwiazdę „Stranger Things” czyli Millie Bobby Brown. No cóż, może wreszcie zobaczą, że aktorka z niej niezbyt wybitna, choć też scenariusz nie pomógł jej rozwinąć skrzydeł (nie to co Ghidorze, huehue).

Nawet Godzilla wygląda na niezadowoloną ze swojego sequela

Godzilla jest dla mnie największym rozczarowaniem tego roku w kinie. Sequel jednego z moich ulubionych filmów ostatnich lat to bezmyślna, pozbawiona logiki, ale całkiem ładna napierdzielanka dużych potworów. Bliżej „Królowi Potworów” do „Pacific Rim” niż poprzedniej odsłony, która swoim klimatem nawiązywała nieco do pierwszej, znakomitej części „Cloverfield”. Szybko jednak pogodziłem się z faktami i próbowałem czerpać bezmózgą przyjemność z oglądania potyczek tych potworów i słuchania Watanabe mówiącego „Gojira” (pijemy szocika!). Wielka szkoda, że tak bardzo zmieniono kierunek po udanym pierwowzorze. Ciekaw jestem jak za rok Godzilla poradzi sobie w potyczce z Kongiem…