Czy Berlin jest lepszy od Warszawy?

Pewnie waszej uwadze nie umknęła wieść o tym, że niedawno spędziłem kilka dni w Berlinie. Spacerując po stolicy Niemiec zauważyłem duże podobieństwo tego miasta do naszej stolicy. Ale czy Berlin rzeczywiście jest lepszy od Warszawy?

Chciałbym móc jednoznacznie odpowiedzieć, że w tej rywalizacji wygrywa Berlin, bo naprawdę jestem zauroczony tym miastem (a taki tytuł klikałby się zdecydowanie lepiej), jednak sprawa nie jest taka prosta.

W Berlinie byłem już trzeci raz, jednak pierwszy raz na dłużej niż dwie doby. Za pierwszym razem pojechałem jedynie na koncert The Antlers i kilka godzin do porannego autobusu do Polski włóczyłem się po mieście. Za drugim razem większość czasu balowałem i spałem (co też było spoko), jednak miałem wielki niedosyt samego miasta. Bo zobaczenie Placu Poczdamskiego, Bramy Brandenburskiej, budynku Reichstagu, Alexanderplatz czy Kreuzbergu to nie jest mój rodzaj zwiedzania. Ja robię to nieco inaczej.

Mój sposób na zwiedzanie

Przede wszystkim, większość czasu spędzam samotnie, bez towarzystwa, a zatem kaprysów, zachcianek i celów innych osób. Robię to, co tylko chcę i jak chcę. Czyli większość czasu spaceruję, odkrywając pieszo uroki kolejnych miast. W trakcie ostatniego wyjazdu w około 90 godzin pobytu zrobiłem „z buta” jakieś 85 kilometrów. I jeszcze się wysypiałem. Narzuciłem sobie bardzo duże, ale fajne tempo.

Po drugie, nie przemierzam szlaków stricte turystycznych. Zanim wyruszę w drogę, zapoznaję się z mapą i wybieram sobie punkt docelowy, gdzie chciałbym na przykład zakończyć kurs, odpocząć, spotkać się ze znajomymi. Wytyczam sobie najkrótszą możliwą drogę z punktu A do punktu B, by potem ją całkowicie porzucić. Idę, rozglądając się wokół siebie i skręcając w coraz ciekawsze miejsca. Czasem będą to znane wszystkim miejsca i atrakcje, czasem obszary zamieszkane przez lokalnych. Po zboczeniu ze ścieżki wytyczam sobie nową – kierując się do punktu B.

Taki sposób zwiedzania gwarantuje mi zobaczenie wielu typowo turystycznych punktów, ale przede wszystkim wczucie się w mieszkańca danego miasta – oni też mijają codziennie znane miejsca mimo woli. Tym samym mogę obserwować organizm, jakim jest miasto – jak żyją ludzie, gdzie chodzą, jak mieszkają i dokąd zmierzają. To naprawdę zjawiskowe podejście do zwiedzania, które sprawdza się w kolejnych miastach. Pozwala poczuć smak danego miejsca, poczuć je w pełni.

Berlin jak Warszawa?

I tak też właśnie przemierzałem Berlin tydzień temu. Spostrzegłem wtedy coś ciekawego. Pamiętacie to uczucie z dzieciństwa, kiedy jechaliście za granicę? Ten dreszczyk emocji? To wrażenie, że jesteście w zupełnie innym świecie, a wszystko wydaje się piękniejsze, lepsze, większe, fajniejsze i zupełnie niepolskie? To było super uczucie. Problem w tym, że w trakcie czterech dni w Berlinie nie poczułem go ani razu, ani przez sekundę.

Jeszcze jadąc na północ czy południe natychmiast odczuwalna jest różnica klimatu. Podróżując do zupełnie innej strefy czasowej mamy jetlaga. W Berlinie klimat jest identyczny jak w Polsce, przecież to tuż za granicą. Obserwując architekturę tego miasta, niezależnie czy mowa o Berlinie Wschodnim czy Zachodnim (szczerze mówiąc, ciężko zauważyć różnicę między nimi) również nie sposób znaleźć wielu podobieństw: wiele pięknych kamienic ze zdobionymi detalami. Są też osiedla z wielkiej płyty, znacznie bardziej monumentalne budynki czy szklano-stalowe biurowce znane z Mordoru na Domaniewskiej. Poważnie, wiele fragmentów tego miasta wyglądało mi na Warszawę.

Obejrzyj poniższe zdjęcia, przemieszane zdjęcia z Warszawy i Berlina i spróbuj jednoznacznie określić z którego pochodzą miasta:

img_1428 img_1431 img_1438 img_1455 img_1469 img_1476 img_1487 img_1489 img_1499 img_1503 img_1505 img_1509 img_1567 img_1627 img_1633 img_1635 img_1638 img_1642 img_1643 img_1662

I co, zgadłeś? No to czas na wynik zabawy:

wszystkie te zdjęcia pochodzą z Berlina.

Mam Cię. ;)

Zauważalną różnicą jest oczywiście język: wszystkie plakaty, reklamy (ale nie reklamowe szmaty), billboardy czy jakikolwiek ślad ludzkości zostaje odciśnięty w tym bardzo brzydkim, niemieckim języku. To jedyna naoczna różnica.

I pewnie chcecie mi już powiedzieć: puknij się w łeb, ludzie są tam zupełnie inni, bardziej „kolorowi” i więcej jest Arabów niż Niemców! A ja odpowiem: możliwe. Nie zwracam na to uwagi i nie liczę kogo jest więcej. Dorzucicie jeszcze, że Arabowie to ciągłe poczucie zagrożenia i strach tam chodzić po ulicach. A ja odpowiem: gówno prawda.

Różnorodność demograficzna Berlina

Zacznijmy od tego, że bardziej niebezpiecznie czuję się w Polsce, gdzie czyhają na mnie cudowni „SeboPatrioci”. Nie mówię, że w Berlinie nie ma miejsc niebezpiecznych, jednak poczucie zagrożenia było bardzo niewielkie. Co do „kolorowych” ludzi to… Ja nie zwracam na to za bardzo uwagi. Wierzę, że każdy jest równy i nie mam prawa oceniać ludzi przez kolor skóry, a tym bardziej polegać na błędnych stereotypach. Człowiek to człowiek – raz krzywdę zrobi Ci biały Niemiec, drugi raz ciemniejszy Niemiec pochodzenia tureckiego, a jeszcze innym razem Polak. I wszystkie te krzywdy są złe i nie powinny mieć miejsca. Ja ani razu nie czułem tego zagrożenia i nie byłem świadkiem tego typu negatywnych zachowań.

Więc tak, Berlin jest bardziej kolorowy i różnorodny pod względem mieszkańców, ale to nic złego. Ba, to jest piękne! Pewnego wieczoru usiedliśmy sobie z przyjaciółmi na skraju kanału na Kreuzbergu z piwkiem, całkowicie legalnie, a obok nas siedziała grupa około dwudziestu osób. Nie wiem skąd byli, mógłbym powiedzieć, że to uchodźcy z Syrii lub Niemcy drugiego pokolenia imigrantów z Turcji. Nie wiem, ale kulturowo byli powiązani z Bliskim Wschodem. I nie było żadnych przykrych incydentów, a wręcz przeciwnie. Ktoś miał bębny, ktoś inny gitarę, a jeszcze inny flet i… Grali wspólnie piękną muzykę, śpiewali, bawili się, rozmawiali i popijali alkohol. Ciekawe jak długo mogliby tak swobodnie grać w kraju, w którym jeden pseudopatriotyczny polski idiota bije drugiego Polaka za sam fakt rozmawiania po niemiecku? A potem wraca do domu sprowadzonym z Niemiec (za pieniądze taty czy dziadka) Golfem lub BMW.

Legalny alkohol na ulicach Berlina!

A skoro już wspomniałem o alkoholu… Możliwość swobodnego picia alkoholu w Berlinie to coś cudownego. Wchodzisz do sklepu monopolowego (choć te ichne piwa mnie niezbyt przekonują, muszę odwiedzić Bawarię), sięgasz po piwo, podchodzisz do kasy, płacisz, a ekspedient pyta się czy otworzyć Ci butelkę. Bo możesz normalnie, legalnie pić wszędzie. I nie widać na ulicach wielkiego syfu, w parkach wszyscy po sobie sprzątają, ktoś tam się czasem upije, ale nie stwarza zagrożenia, jest całkowicie bezpiecznie.

img_1725

I tak bardzo jak chciałbym mieć tę swobodę w Polsce, tak bardzo jestem przekonany, że mogłoby to mieć bardzo negatywny skutek. Przecież mamy zakaz spożywania alkoholu w miejscach publicznych, a i tak wystarczająco dużo pijanych idiotów wszczyna burdy, niszczy mienie publiczne i dokonuje innych, złych rzeczy. Po wprowadzeniu swobodnego spożywania alkoholu skala tego mogłaby znacznie wzrosnąć. Zresztą, nie sięgając daleko pamięcią… Jedyną grupą, którą widziałem w Berlinie z alkoholem i w nieco bardziej agresywnym „stanie uniesienia” byli właśnie Polacy. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że byłoby w Polsce lepiej z taką swobodą. Choć kto wie, może gdyby „zakazany owoc” nie był zakazany, to i ludzie zaczęliby pić rozsądniej. Chciałbym w to naprawdę wierzyć.

W trakcie moich długich spacerów po Berlinie odwiedziłem masę parków i w pewnym momencie zauważyłem jeszcze jedną rzecz: bardzo niewiele osób pokazuje się tam z psami. Zacząłem się zastanawiać jaka może być tego przyczyna i ją odkryłem. I nie, nie chodzi o to, że imigranci je zjadają, jak pewnie negatywnie nastawiona do przybyszów część osób chciałaby przypuszczać. Posiadanie psa w Berlinie wiąże się z opłacaniem dodatkowego podatku w wysokości 120 euro rocznie. Nie jest to wysoka kwota, ale jak widać, mniejsza liczba psów jest zauważalna.

Berlin czy Warszawa? Rezultat

Czy zatem Berlin jest lepszy od Warszawy? Pod wieloma względami tak, ale jednak… To są dwa różne miasta i nie sposób wybrać lepsze. I to jest na świecie najpiękniejsze: różnorodność. Po co wybierać jedno, skoro można oba? Ja na pewno nie raz jeszcze odwiedzę stolicę Niemiec, a kto wie, może nawet w nim przez jakiś czas zamieszkam.

Znajdź idealny dla siebie nocleg w Berlinie!

  • Jak ja się cieszę, że mogłam zobaczyć w jednym tekście tyle zdjęć ukochanego miasta!
    Uwielbiam Berlin. Zakochałam się w nim od pierwszego spojrzenia, które padło podczas szkolnej wycieczki za dobre oceny w 2000 roku. Zobaczyłam wtedy Berlin posępny, deszczowy, z jego monumentalną, bardzo męską i wojenną architekturą – wydawał mi się groźny i fascynujący zarazem. Byłam naprawdę zachwycona i podekscytowana.

    Późniejszy Berlin to wakacje z rodzicami, wspomnienie niedobrego ciastka jedzonego na Alexanderplatz (bomba rumowa, po naszemu bajaderka, to jest świństwo, które je się tylko raz w życiu i płaci się za to cenę ogromnego niesmaku, ale jednak warto).
    To też spacerowanie w pierwszych dniach listopada po Mitte, szukanie śladów muru, odwiedzanie kawiarni w wiedeńskim stylu i zbieranie liści miłorzębów. To przeżywanie tego miasta tak samo, jak przeżywałam Paryż – bo Berlin wcale a wcale nie jest gorszy.
    Wreszcie, to miasto które kojarzy mi się z moją mamą, chyba bardzo w Berlinie zakochaną. Z naszymi długimi dniami spędzonymi na spacerach po mieście, na Museum Insel, na snuciu marzeń i rozważań.

    Super, że Ci się podoba :)

    PS. Widziałeś Gedachtniskirche? A Pergamon? A na Kudamm byłeś? :D

  • Tak niewiele jeszcze zobaczyłem, bo tych miejsc nie przyszło mi zobaczyć, albo… Nie wiedziałem, że właśnie je oglądam, bo przewodników raczej nie czytałem. Za to jak widzę coś ciekawego to po złapaniu Internetu sprawdzam co to i zgłębiam tajniki. :)

    A jeżeli ucieszyłaś się na widok zdjęć to… Będzie jeszcze jedna porcja. :)

  • A ja pamiętam to miasto z czasów, gdy istniał West-Berlin po jednej stronie, a Berlin – Hauptstadt der DDR po drugiej. Dziś nie ma już tych klimatów. Z jednej strony to oczywiście dobrze, z drugiej – trochę szkoda, bo tamte Berliny uwielbiałem, a za obecnym jakoś nie przepadam. Dużo lepiej czuję się w Monachium lub w Kolonii. Ściślej: czułem, bo teraz, gdy Niemcy zalane są imigrantami, jakoś mi tam nie po drodze.

    O Warszawie się nie wypowiadam: nie mieszkam tam, nie bywam, nie znam.

  • Szkoda, że nie przyszło mi zobaczyć dawnego Berlina i obserwować jego rozwój, to musiał być świetny czas.

  • Przyjmę każdą ilość!

  • Inter8321

    „SeboPatrioci”? Czy zawsze musimy srac do wlasnego gniazda?
    Poruszajac sie w centrum w wiekszosci miast zawsze mozna czuc sie bezpiecznie ale wystarczy odjechac kilka km od kolorowych ulic pelnych ludzi. Bedac w Berlinie zauwazylem ze Niemcy malo sie usmiechaja czy to w metrze czy na ulicy.
    Kazda metropolia ma swoje dobre i zle strony! Z pespektywy turysty wiekszosc miejsc jest zawsze wspaniala i przyjazna bo sa to miejsca zatloczone przez turystów!
    Np.
    Neukölln, Berlin muzułmańska dzielnica oddalona zaledwie sześć kilometrów od Bramy Brandenburskiej to przykład nieudanej polityki multi-kulti propagowanej przez rząd niemiecki – tak Neukölln charakteryzuje Paul-Richard Gromnitza!

    Dzielnicę omijają szerokim łukiem dostawcy pizzy, a nawet policja, ponieważ lokalne gangi libańskich Kurdów, mniejszość turecka oraz czarnoskórzy, postawni mężczyźni w skórzanych kurtkach ustanowili tu swoje własne prawo. Prawo pięści.

    Jak wynika z naukowego opracowania, w dzielnicach Berlina: Kreuzberg, Neukoelln, Moabit i Wedding, gdzie działają arabskie gangi, panuje „atmosfera strachu”.

  • Pingback: Fajne zdjęcia z Berlina, których nie mam czasu wrzucać na Instagrama - Troyann.pl()