DC wstaje z kolan? – recenzja filmu „Shazam!”

Uniwersum filmowe DC, przez wielu skazane na straty, zaczyna szukać dla siebie nowej drogi, a kolejnym elementem rozwoju serii jest familijny „Shazam!”.

Wiele wskazuje, że widzowie powoli odzyskują zaufanie do adaptacji komiksów DC, które przecież niedawno poniosły sromotną klęskę w postaci „Ligi Sprawiedliwości”. Już niedawny „Aquaman” został ciepło przyjęty, co sprawiło, że film ten stał się najlepiej zarabiającą produkcją DC Extanded Universe w historii. Nie film z kultowym Supermanem, nie z ukochanym przez wielu Batmanem, a z typem, który w ręku dzierży trójząb i gada z rybami. Mnie niestety film ten mocno rozczarował, będąc mozaiką przetartych klisz i oczywistości, więc moje zaufanie do całej marki wciąż jest na stosunkowo niskim poziomie i chyba jedynie z „Jokerem” wiążę obecnie jakieś większe nadzieje.

A wiązałem je również z najnowszą produkcją, a więc „Shazam!” właśnie. Nie miałem zupełnie pojęcia o tej postaci, także choćby sam fakt poznania nowych elementów świata DC wydawał się całkiem ciekawy. Ciekawym kierunkiem było też pójście w kierunku komediowym, które doskonale sprawdziło się w przypadku choćby „Deadpoola”. Nowa produkcja świetnie wpisuje się w moją wizję rozwoju kina superbohaterskiego, o której pisałem parę tygodni temu. I choć wciąż mamy do czynienia z typowym origin story, tak całość obiera bardzo komediowo-familijną konwencję, co jest swego rodzaju nowością.

Shazam w/ kids

Tytułowy Shazam to bohater, w którego zmienia się nastoletni włóczęga, Billy Baxton, który ucieka z kolejnych rodzin zastępczych, ładuje się w tarapaty, w wyniku których w pewnym momencie zyskuje supermoce. Jak się okazuje, w świecie DC również istnieją różne demony i czarodzieje i młody chłopak zyskuje nowe siły dotykając… Laski czarodzieja. Cóż, brzmi to niewybrednie jak na film familijny, ale mnie to nawet rozbawiło. Czy Shazam ma jakieś unikalne supermoce? Właściwie nie, poza tym, że może w każdej chwili zmienić postać nastoletniego, wystraszonego chłopca na ciało dojrzałego mężczyzny, supermężczyzny właściwie. Do tego dochodzi przaśny kostium i standardowy zestaw umiejętności każdego superbohatera – latanie, super siła, szybkość, kuloodporność, nic nadzwyczajnego.

Bo też nie superbohaterstwo jest motywem przewodnim tego filmu, a skoro jest to produkcja familijna, to jest nim, pewnie nie zgadniecie – rodzina. I jest to generalnie wątek, który by mnie zapewne szybko zanudził, ale „Shazam!” potrafi rozegrać to w naprawdę ciepły i sympatyczny sposób. Billy trafia do kolejnej rodziny zastępczej, którą tworzą inne osoby adoptowane, próbując, mimo różnic, zbudować prawdziwą rodzinę. Fajnie to współgra jednocześnie z główną motywacją naszego bohatera i daje generalnie pozytywny morał na koniec (nie ma kina familijnego bez morałów, to musiało się tu znaleźć).

I ta rodzina zarysowana jest tutaj doskonale, każdy z jej członków jest inny, dobrze umotywowany i zarysowany (moje serce skradła młodsza siostra. Okej, starsza nieco też), otrzymuje odpowiednią porcję czasu ekranowego budując relację z Billym. W to wszystko dodane są świetne akcenty komediowe, zarówno gagi, które nie są zbyt prostackie, a także inteligentnie napisane, dowcipne dialogi. No naprawdę, uwierzyłem w tę bandę dzieciaków i mocno im kibicowałem. 

Problem pojawiał się jednak bardzo często w momencie, kiedy trzeba było popchnąć narrację do przodu, albowiem bardzo często zdarzają się tu rozwiązania, które nie mają absolutnie żadnego logicznego uzasadnienia. Często bohaterowie, zarówno młodsi, jak i starsi, podejmują absurdalne decyzje, byle tylko historia mogła się dalej potoczyć. I choć starałem się nie zwracać na to większej uwagi, skoro mamy do czynienia z filmem familijnym o superbohaterach, tak… Momentami nie dało się ukryć zażenowania pewnymi rozwiązaniami fabularnymi.

Podobnie kiepskie wrażenia pozostawił po sobie główny wróg naszego bohatera. A szkoda, bo to właściwie od niego cała historia się zaczyna i reżyser dał czas na jego odpowiednie zbudowanie. Dowiadujemy się więc co sprawiło, że… No nawet nie pamiętam jak się nazywał ten czarny charakter, ale poznajemy źródło jego gniewu, ale nie widzimy ani przez chwilę celu, jaki mu przyświeca. Dokąd on zmierza, chce zapanować nad światem? Zniszczyć go? Tego się nie dowiadujemy, a już w połowie historii postać ta mści się na osobach, które go dawniej skrzywdziły. No, tak kiepskiego antagonisty nie widziałem w kinie od czasów… A, ok, od czasów „Aquamana”.

Równie kiepsko wyglądają momentami efekty specjalne, zwłaszcza kiedy ekran jest nimi wypełniony. Projekty potworków nie powalają, a ich wykonanie pozostawia wiele do życzenia i momentami kłuje w oczy. Poza tym warstwa realizacji jest na przyzwoitym poziomie.

Powróćmy jednak do przyjemniejszych elementów tej produkcji. Wspomnieni już powyżej bohaterowie to zdecydowanie najmocniejsza strona „Shazam!”, a nie udałoby się to gdyby nie wspaniała gra aktorska. I sam Zachary Levi wypada znakomicie, ale obok niego świetnie gra także cała młodzież – nastoletni Billy i jego zastępcze rodzeństwo to naprawdę świetna robota. Bije od nich swego rodzaju swoboda, prawdziwa więź, no i talent aktorski. Szacunek dla obsady, ale i dla reżysera, bo praca z młodszymi jest zawsze sporym wyzwaniem.

Seans „Shazam!” był przyjemnym doświadczeniem, jednak odczuwam lekki niedosyt. Brak logiki i „jakiegoś” antagonisty udaje się zakryć rodzinnym ciepłem oraz dobrym humorem, dzięki czemu na serduszku robi się na chwilę cieplej. Jednak po wyjściu z sali kinowej ma się wrażenie swego rodzaju „nijakości”, a także przeczucie, że po tygodniu o filmie w ogóle pamiętać nie będziemy.