DC wstaje z kolan – recenzja „Wonder Woman”

Chyba każdy film komiksowego kina miał w serduszku nadzieję na to, że po kilku latach słabszych dla bohaterów DC „Wonder Woman” wreszcie przywróci superbohaterów tego uniwersum na dobre tory. Ale jest też kilka innych kwestii, które sprawiły, że na film ten bardzo mocno czekałem.

Jest to bowiem pierwszy znaczący film kanonu kina superbohaterskiego, w którym główną postacią jest kobieta. Owszem, były potworki w stylu „Catwoman”, lecz nie odniosły one spektakularnych sukcesów, a były, łagodnie mówiąc, po prostu kiepskie. Warner Bros. poszedł jednak w tym kierunku, obdarzył dużym zaufaniem (czytaj: budżetem) Patty Jenkins, reżyserkę filmu i efekt możemy podziwiać od paru dni w kinach. Zresztą, zatrudnienie kobiety na stanowisku reżysera tak drogiej produkcji superbohaterskiej też jest małym przełomem. W ogóle dziwne, że dopiero teraz mamy do czynienia z feminizacją tego gatunku kina. Nawet odnoszący kosmiczne sukcesy Marvel nie postawił na kobiecą postać (co zmieni się dopiero w przyszłym roku za sprawą „Captain Marvel”, gdzie tytułową postać zagra Brie Larsson).

Wreszcie film DC ma konkretną strukturę!

Nie ma więc wątpliwości, że mowa tutaj o czymś więcej niż kolejny film o superbohaterach i ratowaniu świata. To film, który musi również przywrócić wiarę fanów w DC Extanded Universe po takich potworkach jak „Batman v Superman” oraz „Suicide Squad„. Poprzeczka dla „Wonder Woman” była więc zawieszona bardzo wysoko, ale wydaje się, że bohaterka zdecydowanie wskoczyła na odpowiedni poziom. Może troszkę zahaczyła poprzeczkę w trakcie skoku, ale jej nie strąciła. Szedłem do kina po niezbyt przespanej nocy i bardzo zmęczony, a wielokrotnie będąc w kinie w takim stanie zdarzało mi się walczyć z ochotą uśnięcia. Bałem się, że i tutaj mnie to czeka, ale udało się dotrwać do końca seansu bez żadnego ziewnięcia!

Ten film ma bardzo dobrze i wyraźnie zaakcentowaną formułę – podział na trzy wyraźnie różniące się od siebie akty. Pierwszy to klasyczny origin, czyli obserwujemy rozwój Diany od małej dziewczynki aż po wyszkoloną do walki kobietę. Cała ta część rozgrywa się w naprawdę pięknym i kolorowym miejscu (wreszcie są kolory inne niż czarny i szary w filmach DC!), czyli na wyspie Amazonek – Themiscyrze. Drugi akt filmu to podróż do ludzkiego świata – Londynu w czasach Pierwszej Wojny Światowej. Tutaj kolorków jakby mniej, ale to jedynie odzwierciedlenie nastrojów i realiów epoki. Ten akt jednak jest też jednak najbogatszy w humor, gdyż obserwujemy superbohaterkę z mitologicznej niemal wyspy próbującą odnaleźć się w meandrach ludzkiej cywilizacji. Nie wszystkie gagi czy żarty są udane, ale jednocześnie nie są żałosne i nie zmuszają do skrywania twarzy w dłoniach. Trzeci akt zaczyna się w momencie, gdy Diana trafia na wojenny front i postanawia ruszyć do walki z niemieckim oprawcą w obronie ludności cywilnej. Ta część filmu jest już niemal w całości złożona ze scen walki i jest dość długim, ale przyjemnym finałem.

Cudowna kobieta i dający się lubić Pine

Mimo, że film składa się z trzech części, które dość mocno się od siebie różnią, to jednak jako całość „Wonder Woman” jest produkcją bardzo spójną, a to wszystko za sprawą bardzo dobrego spoiwa. A tym jest relacja Diany ze Stevem Trevorem, ich interakcje oraz dialogi. I choć o Gal Gadot nie bałem się w ogóle (wybitną aktorką nie jest, ale mam do jej urody ogromną słabość), tak Chris Pine jest aktorem, który od lat mnie denerwował, choć nie jestem w stanie obiektywnie uzasadnić mojego uprzedzenia do tego człowieka. Zdarzyło mu się zagrać choćby w bardzo dobrym „Hell or High Water” z poprzedniego roku, ale ja nadal żywiłem do niego jakąś bliżej nieokreśloną urazę.

Miałem więc obawy, że zepsuje mi on radość z oglądania „Wonder Woman”, a tymczasem świetna zabawa w trakcie seansu wynikała bardziej z oglądania Pine’a niż Gadot. Chociaż, tak naprawdę, to właśnie zasługa całego duetu, który naprawdę fajnie ogląda się na ekranie. Ich dialogi, czy to te poważniejsze, czy też mniej, są dobrze napisane i jeszcze lepiej zagrane. To naprawdę przypomina dialog dwóch osób z różnych cywilizacji, ze wszystkimi niezręcznościami, nieporozumieniami i zaskoczeniami tego typu rozmów. Czuć tę chemię pomiędzy dwoma aktorami, czuć, że to wszystko ma serducho. I choć, niestety, pojawia się wątek, którego nie lubię (ale nie będę wchodził w szczegóły, bo spoiler), tak wcale mi to nie przeszkadza.

Więcej niż w zwiastunach

Sama historia, choć nie jest niczym wybitnym, jest przedstawiona naprawdę fajnie i wiarygodnie. Każdy z trzech aktów ma swoje zadanie i je całkowicie wypełnia. I choć jest kilka mniej interesujących scen, bez których film by sobie dobrze poradził, to nie znalazłem w filmie momentów, które by kazały mi zwątpić w sens produkcji. Jest też jedna rzecz, która mi się spodobała, a mianowicie to, że twórcy nie zdradzili w trailerach wszystkiego, co film na do zaoferowania. Byłem naprawdę zaskoczony twistem fabularnym w finale, a także ostatecznym pojedynkiem naszej bohaterki ze głównym złym. Warner Bros. udowodnili tutaj, że da się zaskoczyć widza, czego nie udało się osiągnąć rok temu w „Batman v Superman”.

Pozostając jednak w temacie antagonistów przyznać trzeba, że są tak fatalnie napisani, że ani chwili nie czujemy przed nimi grozy i od samego początku wiemy, że Diana spokojnie sobie z nimi poradzi. Nie ma w nich niczego ciekawego, czy to szaleństwa, czy opętania, czy wątpliwości. Ich motywacje są tak prozaiczne i niewiarygodne, że aż szkoda. Z drugiej strony pozwala to na lepsze wybrzmienie głównego duetu bohaterów, ale jednak szkoda, że nie otrzymaliśmy czegoś więcej. Lex Luthor może nie był wybitnym villainem, ale przynajmniej był ciekawy.

Druga rzecz, która zasłużyła na nieco lepsze potraktowanie to efekty specjalne. O ile same sceny walki czy bitwa na plaży w Themiscyrze są naprawdę ładne, fajnie wykadrowane i mają bardzo dobrą choreografię, tak same efekty komputerowe trącą nieco myszką. Dotyczy to zwłaszcza finałowego pojedynku, który nieco przypomina ten kiepski CGI z „BvS”. Efekty komputerowe nie bolą bardzo w oczy, ale jednak film tego pokroju mógłby wyznaczać wyższe standardy produkcjom DC. Kiedy jednak Diana wstępuje do walki to robi ogromne wrażenie. I nie przeszkadzał mi ten wszechobecny bullet time, choć rzeczywiście dla wielu może być denerwujący.

Najważniejsze są emocje

Jednym z niewielu pozytywnych aspektów „Batman v Superman” był motyw muzyczny Wonder Woman, po którym wiele się spodziewałem w solowym filmie. I bardzo długo go nie otrzymujemy, ale kiedy już rozebrzmi to robi to w naprawdę właściwym momencie. Może dobrze, że twórcy nie szastali nim od samego początku, a zachowali go niejako na deser. Aż się twarz uśmiecha.

Powyższa recenzja jest chyba nieco bardziej chaotyczna niż inne, które piszę, ale wynika to wcale z chaosu filmu, a raczej z ilości emocji, które produkcja wywołuje. Tak, emocji! I to jest w zasadzie największy sukces filmu Patty Jenkins, bo jedyne uczucia jakie wzbudzają produkcje Zacka Snydera to politowanie i zażenowanie. Natomiast „Wonder Woman” to naprawdę fajny film, nie pozbawiony błędów, ale wywołujący generalnie pozytywne uczucia: ciekawość, radość, utożsamianie się z duetem bohaterów i trzymanie za nich kciuków. To także ważny film dla kina superbohaterskiego oraz dla DC Extanded Universe. I robi dobrą robotę w tych dwóch aspektach. Nie jest to film w żadnym wypadku przełomowy ani wybitny, ale ciężko mu odmówić tego, że wykonuje swoje zadanie w sposób nad wyraz dobry.