Eurotrip po supebohatersku – recenzja filmu „Spider-Man: daleko od domu”

Już w piątek do kin trafia kolejna filmowa odsłona przygód Człowieka Pająka, która jest jednocześnie pierwszym filmem MCU po niedawnym „Endgame”. Oczekiwania są zatem całkiem wysokie z czym nikt się specjalnie nie kryje.

Zwłaszcza, że Tom Holland po swoim debiucie w roli Petera Parkera przed trzema laty został powszechnie uznany za najlepszego odtwórcę tej roli. Nie da się ukryć, że jedną z przyczyn tego stanu jest fakt, że jego pierwszy własny film, „Homecoming”, był bardzo udany. Ale najważniejsza przyczyna ma swoje czysto biznesowe źródła. Produkowane przez Sony filmy o Parkerze (a więc „Venom” do tego grona się nie zalicza) wchodzą w skład Marvel Cinematic Universe, będąc częścią największego serialu w historii rozrywki, a także korzystając z pełni bogactwa uniwersum filmowego.

Dlatego „Daleko od domu” nie ma lekko, albowiem musi w jakiś sposób nawiązać do filmu, który był produkowany przez inne studio, a który zamknął ponad dekadę opowiadania historii. Nowy „Spider-Man” musi nie tylko wyjaśnić pewne kwestie i konsekwencje wydarzeń z „Endgame”, ale i w ciekawy sposób je rozwinąć. Musi jednocześnie nawiązać do sukcesu odsłony sprzed dwóch lat, która powszechnie uznana została za udaną.

I w niemal wszystkich tych zadaniach reżyser Jon Watts radzi sobie naprawdę dobrze. Już na samym starcie wyjaśnia wszystkie kwestie związane ze „snapem” Thanosa i powrotem po pięciu latach połowy ludzkości. Forma wyjaśnienia tego może nie jest zbyt oryginalna, ale jednocześnie nadaje ton całej produkcji. A ten utrzymany jest, jak zresztą w poprzedniku, na bardzo lekkim poziomie. „Daleko od domu” wciąż jest bliżej do filmu młodzieżowego niż jakiemukolwiek innemu filmowi o bohaterach (może poza „Shazam”). Tu wciąż bohaterem jest nastolatek, chodzący do szkoły, nieudolnie podkochujący się w MJ (ten wątek staje się zresztą jednym z ważniejszych w całej produkcji) i mający młodzieżowe problemy.

Parker jednocześnie musi radzić sobie z ogromną presją, jaką jest scheda po zmarłym Iron Manie – to on pod nieobecność Starka staje się bohaterem numer jeden Nowego Jorku, co nie jest najlepszym doświadczeniem dla szesnastolatka. Scheda po Starku to już nie jest wspieranie sąsiadów, a ratowanie świata jako członek Avengers. No właśnie, ratowanie świata. To jest jednak szalenie istotny element każdego filmu superbohaterskiego. Nie chcąc wchodzić w spoilery, główny wróg jest tak miałki przez pierwszą połowę filmu, że całość wypada naprawdę kiepsko, nudnie, bez sensu i angażowania emocjonalnego. 

Na szczęście druga połowa mocno wszystko zmienia i okazuje się, że mamy do czynienia z jednym z ciekawszych czarnych charakterów w MCU. Może nie z powodu jego motywacji, bo jest to w sumie wałkowanie znanych już z poprzednich produkcji motywów. Koncepcja na twist fabularny, samego antagonistę, jego moce i ich wizualne zaprezentowanie robią naprawdę niezłe wrażenie. Działają nieco na zasadzie dowcipu, nieco na zasadzie mocnego wrażenia.

Dlatego przez pierwszą część filmu można się nieco wynudzić, mając wrażenie oglądania filmu „Eurotrip” (ta głupiutka komedia sprzed parunastu lat, Scottie doesn’t know i te klimaty), tyle, że z udziałem Petera Parkera. A zatem mocno komediowy ton, który w drugim akcie jest przełamany czymś znacznie ciekawszym. Komediowy ton nie zanika, ale schodzi na drugi plan. I choć nie zawsze komediowe aspekty produkcji stoją na wybitnie wysokim poziomie, tak też nie ma w tym wszystkim żenady. Szkoda też trochę niewykorzystanego potencjału kolejnych europejskich miast, które Peter i inni bohaterowie odwiedzają na przestrzeni filmu. Właściwie poza Wenecją lokacje te nie mają większego znaczenia dla fabuły i można je zastąpić dowolnymi innymi miejscami.

Znakomicie po raz kolejny wypada Tom Holland, który nadal jest najlepszym Spider-Manem, jakiego można było w kinach oglądać. Całkiem dobrze wypada także Jake Gyllenhaal, choć scenariusz nie do końca pozwala mu rozwinąć aktorskie skrzydła. Pozytywnie zaskoczyła mnie Zendaya, która już w pierwszej części zdawała się być doklejona do obsady jedynie po to, by przyciągnąć do kin młodszą widownię (Zendaya jest podobno bożyszczem młodzieży: aktorka, piosenkarka, modelka, influencerka). W „Homecoming” nie miała za wiele do zagrania, ale tutaj już dano jej nieco więcej czasu i wypada naprawdę dobrze. Pozostała część obsady nie zaskakuje niczym, czego byśmy wcześniej nie widzieli: Samuel L. Jackson, Jon Favreau, Marissa Tomei czy Cobie Smulders wypadają absolutnie poprawnie.

Wizualnie film prezentuje się również dobrze, zwłaszcza jego druga część, bo żywiołaki, z którymi bohaterowie mierzą się przez pierwszą godzinę nie są jakoś specjalnie wybitnie zaprojektowane i przypominają bardziej nieudolne potworki z uniwersum DC. Poza tym mamy jednak fajną choreografię, co w przypadku Spider-Mana jest nader istotne, ciekawe prowadzenie kamery i fajne ujęcia nie tylko w sekwencjach akcji. A niektóre sceny dostarczają wizualnych wrażeń na poziomie tych zDoktora Strange”, więc mowa o naprawdę ładnych obrazkach. Muzycznie otrzymujemy klasykę MCU: muzykę stanowiącą odpowiednie tło do wizualnej warstwy filmu, ładne, nie wybijające się kompozycje korzystające ze znanych już motywów. No i dużo znanych piosenek, co nawet Peter Parker w pewnym momencie chętnie komentuje.

Gdyby całość filmu stała na poziomie jego pierwszej połowy można byłoby mówić o sporym niedosycie. Bo choć to wszystko było poprawne w swojej konwencji (a pamiętajmy, że to bardziej młodzieżowa komedia niż pełen napięcia akcyjniak), tak jednocześnie nie dostarczało niczego nowego i było dość miałkie. Druga połowa, pod względem wizualnym i koncepcyjnym mocno nadrabia. Jest więc nie tylko miło, przyjemnie i zabawnie, ale i ciekawie. Niestety po kilku godzinach od seansu emocje zupełnie opadają i ciężko jakkolwiek się tym emocjonować. Pytanie: czy to tylko znużenie całym konceptem MCU, przyzwyczajenie do fajnego Petera Parkera czy problem pojedynczego dzieła jakim jest „Spider-Man: Daleko od domu”. Bo przecież ogląda się to naprawdę miło. Cóż, nie wiem, ale jestem bardzo ciekaw co czeka nas w przyszłości, bo nie da się ukryć, że MCU potrzebuje świeżości.