Feeria dźwięków – relacja z Avant Art Festival 2018

Nawet choroba nie jest w stanie mnie zatrzymać przed pójściem na świetne wydarzenie, a takim okazała się być impreza w ramach festiwalu Avant Art.

Zresztą, pisałem to już w swojej zapowiedzi, a także Festivaliście. Muzycznie lineup odbiegał nieco od mojego głównego nurtu, ale miał naprawdę wiele do zaoferowania pod kątem poszerzania muzycznych horyzontów, a bardzo lubię się otwierać na nowe rzeczy. Dla mnie oczywiście najważniejszy był występ Errorsmitha, ale i pozostałe koncerty okazały się być bardzo interesujące.

Znajoma, choć nowa przestrzeń

Całość rozgrywała się w przestrzeni niedawno otwartego Centrum Praskiego Koneser i choć galeriowa przestrzeń (nie jest to galeria handlowa sensu stricte, ale całość ma podobny, choć dobry klimat) początkowo mogła zaskakiwać, tak po wejściu na właściwą przestrzeń festiwalu można było się poczuć jak w domu. To znaczy, jak na parkingu podziemnym, ale przecież niedawno trzeci raz Up To Date Festival odbywał się na podobnej przestrzeni i wypadł świetnie. Dobrze też to wszystko zadziałało na Avant Art Festival.

Miałem pewne obawy odnośnie nagłośnienia takiej przestrzeni, ale generalnie szybko moje wątpliwości zostały rozwiane. Zamiast nagłośnienia zacząłem się martwić o życie, bo nie było tam zasięgu Internetu, lecz szybko stało się to atutem wydarzenia, albowiem zamiast sprawdzać co chwilę powiadomienia można było całkowicie skupić się na muzyce.

Dobra aranżacja, fajne oświetlenie, z pięknym neonem festiwalu na czele, i właściwie tylko brak lepszego zagospodarowania przestrzeni dawał się we znaki. No bo mieliśmy tylko scenę, stoisko z piwem i tyle. Nie było źle, aczkolwiek można by nieco całość urozmaicić. To tak na przyszłość.

Przystawka muzyczna

A jak było muzycznie? Całość zaczęła się od świetnego występu We Will Fail. Polska producentka rozpoczęła mocnym akcentem, by kończyć czymś na pograniczu twórczości Amona Tobina czy Errorsmitha. Ciekawe połączenie. Shygirl, choć początkowo nie przekonywała mnie swoją muzyką (więcej sampli wokalnych niż samego śpiewana), tak z czasem bujała coraz mocniej. Publiczność żywo reagowała na kolejne utwory i nie dało się jej odmówić scenicznej charyzmy. Ciekawie za to wypadli East Man z Saint P oraz Lotic.

Najlepsze dania jednak zaserwowane były na koniec. Yves Tumor dał bardzo energiczny występ łączący masę gatunków muzycznych w jeden oryginalny koncept. Porwał uczestników festiwalu w magiczną podróż przez nieziemskie momentami dźwięki. A po nim jeszcze większe szaleństwo działo się na Errorsmithie.

Danie główne

Na jego występ udałem się pod samą scenę, by zobaczyć jak Erik Wiegand radzi sobie z występem i stałem niemal na wyciągnięcie ręki od artysty. I o kurczę, ależ on był pochłonięty swoim występem. Maksymalne skupienie próbujące okiełznać jego taneczne zapędy, które kończyły się niecodziennymi minami czy ruchami artysty. A muzycznie jego zeszłoroczny album „Superlative Fatigue” wypadał na żywo znacznie lepiej. To była feeria dźwięków, szmerów i wykręcania pojedynczych sampli w niemożliwe niemal do zarejestrowania przez słuch rejony. A wciąż mowa przecież o muzyce, do której setki (może nawet tysiące?) osób jednocześnie tańczyły z uśmiechami na twarzy. Piękne doświadczenie.

Avant Art Festival tej nocy spisał się na medal i sprawił, że na chwilę zapomniałem o tym, że powinienem siedzieć w domu i się wreszcie wyleczyć. Ale bym srogo żałował, gdybym sobie tej imprezy odmówił.