Festiwal, na którym miało mnie nie być – moja relacja z Audioriver 2019

Wielka ulewa, skręcony staw skokowy, Jon Hopkins i powiew organizacyjnej świeżości – te rzeczy zapamiętam z Audioriver 2019, na którym miało mnie nie być.

W ostatniej edycji organizatorzy Audioriver wyciągnęli wiele słusznych wniosków i usprawnili parę aspektów festiwalu. Niestety, pojawiło się też kilka nowych problemów. Wielkie zamieszanie zaczęło się już na samym starcie, a więc na bramkach kontrolnych, których przepustowość była tragicznie niska – ja musiałem czekać i stać w tłumie (a stanie to nie jest coś co moja chora noga lubi najmocniej) niemal półtorej godziny. Wśród publiczności panowała spora nerwowość, która udzielała się także ochroniarzom i wolontariuszom. 

Festiwal to nie miejsce dla kulawego – zmiany organizacyjne na Audioriver

Kiedy już udało się dokuśtykać na teren festiwalu dało się zauważyć kilka drobnych usprawnień na terenie festiwalu, choć ze względu na nogę nie zdołałem dotrzeć w kilka nowych scen oraz miejsc. Niestety, z chorą nogą przemieszczanie się między scenami trwa trzykrotnie dłużej niż zazwyczaj, także mądra logistyka i ograniczanie przemieszczania się były dla mnie priorytetem. Musiałem wygospodarować też dużo czasu na odpoczynek i siedzenie, i tutaj, właściwie poza skarpą, na którą (pochyła nawierzchnia) nie mogłem wchodzić, nie miałem dużego pola manewru. Fajnie byłoby pomyśleć o większej liczbie miejsc siedzących dla takich kalek jak ja.

Ze zmian na lepsze należy podkreślić przede wszystkim dopieszczenie sceny Kosmos, która przed rokiem była największą porażką festiwalu: namiot będący jednocześnie sauną i piekłem nie nadawał się do spędzania w nim więcej niż pięciu minut. W tym roku organizatorzy znaleźli nowe miejsce dla Kosmosu, sceny która zadebiutowała na poprzedniej edycji, a to pozwoliło postawić namiot (momentami za mały) z otwartymi na świeże powietrze bocznymi ścianami. Wreszcie dało się dotrzeć na scenę, która poziomem muzycznym zaczyna przerastać (wiadomo, dla mnie i mojego mrocznego gustu) to, co serwowane jest w Circus Tent. Dobrym pomysłem było przeniesienie także sceny True Music, co pozwoliło powiększyć strefę gastronomiczną. Ilość, a także różnorodność dostępnego jedzenia sprawiały, że czas oczekiwania na jedzenie był minimalny. No i gorący buziak dla mojej ulubionej Kury. :*

Z uwag organizacyjnych, ale nie w kierunku Audioriver, a bardziej władz Płocka – fajnie byłoby oświetlić schody z miasta na plażę na wszystkich szlakach. Osobie, która kuśtyka po tych stromych schodach, na których dodatkowo siedzą biforujące osoby bywa bardzo ciężko pokonać tę trasę. Bo można nie zauważyć potłuczonego szkła i w nie wejść jedyną zdrową nogą. Dobrze, że moje buty to starcie przetrwały, ale ciężko mi sobie wyobrazić festiwal z lewą nogą pokaleczoną szkłem, a drugą ze skręconym kolanem i stawem skokowym.

Ok, ale dość narzekania na swoją niedołężność i kwestie organizacyjne, przejdźmy do najważniejszego – muzyki. Dało się zauważyć, że artyści zostali na dwa główne dni rozłożeni dość nierówno. Bo piątek, choć całkiem niezły, wypadał dość blado w porównaniu z sobotą. Zresztą, z racji chorej nogi nie mogłem urządzić sobie maratonu pomiędzy scenami i nie dałem rady dotrzeć na wiele występów, które bym chciał obejrzeć.

Dzień 1

Dużo czasu straciłem w kolejce na teren festiwalu, więc pierwszym występem był dla mnie duet Recondite z Marcusem Worgullem, który wypadł dobrze, fajnie mieszając style obu artystów. Po dłuższym odpoczynku i przysłuchiwaniu się rozczarowującego Monolinka zajrzałem do Enrico Sanguliano, który był jednym z najlepszych momentów edycji 2017. Włoch nie rozczarował, ale i niczym nowym nie zaskoczył, więc szybko uciekłem do Kosmosu na występ wariatów z FJAAK i to była doskonała decyzja, bo niemiecki duet (już nie trio) okazał się być najlepszym, rzeźnickim gatunkiem techno, które uwielbiam. 

Ale to i tak było tylko preludium do tego, co po nich zaczął wyczyniać Kobosil. Mechaniczne, mocne, dynamiczne, ale i melodyjne techno z najwyższej półki, które zdawało się sprawiać, że nawet chora noga zaczyna sama tupać. Sprawdziłem jeszcze co słychać w namiocie u Sama Paganiniego, ale szybko cofnąłem się na Kosmos do Kobosila, bo to jednak było znacznie bliższe mojej stylistyce. Nie udało mi się poskakać, ale nawet siedząc sobie gdzieś poza namiotem byłem w stanie docenić kunszt chłopaka z Berlina. Przede mną było już tylko największe wyzwanie nocy – wspiąć się na skarpę. Udało się.

Dzień 2

Tutaj na teren festiwalu trzeba było udać się znacznie szybciej, albowiem stosunkowo wcześnie, już po 22, miał zagrać najważniejszy artysta tej edycji – Jon Hopkins, autor jednej z najlepszych płyt 2018 roku. Kolejki drugiego dnia były nieco mniejsze, choć ponownie trzeba było odstać swoje pół godzinki. Już przed bramkami wiele zapowiadało najbardziej burzliwy występ tej edycji – z daleka widać było błyski, słychać grzmoty, zaś deszcz powoli zaczął przenikać tłum. To było jedynie preludium tego, co zawitało na plażę w Płocku dokładnie w momencie, kiedy swój występ zaczął Hopkins. Intensywność opadów była równa intensywności doznań muzycznych, jakby burza była jednym z elementów oprawy wizualnej. Niewiele osób jednak to odstraszyło, bo był to jeden z najlepszych koncertów w historii Audioriver (przynajmniej tych sześciu edycji, których jestem uczestnikiem). Byłem równie mokry co szczęśliwy. Idealne połączenie nowszego ze starszym materiałem, który dopracowany jest do granic możliwości. Cudo.

Potem zamiast dać odpocząć nodze, co czułem, że byłoby najlepszym rozwiązaniem, bo było ciężko już na Hopkinsie, pognałem do Kosmosu na Abstract Division i to znowu okazało się doskonałym pomysłem. Nie tylko ze względu na muzyczną jakość tego duetu, ale i z racji tego, że po chwili burza wróciła, a więc namiot był dobrym miejscem na znalezienie schronienia przed wodą. Po Abstract Division niesamowitą dawkę swoich producenckich umiejętności dał Shlomo niemal roznosząc cały namiot swoją energią. 

Zamiast pozostać na występie Petera Van Hoesena, którego pamiętam z doskonałego występu na Up To Date Festival, uznałem, że noga zasługuje na chwilę odpoczynku i zebranie sił przed kolejnym wyzwaniem. A tym był koncert Modeselektor, którego początek opóźnił się niemal pół godziny. Ale czekać było warto jak najbardziej, bo niemiecki duet zrobił świetne show łącząc produkcje z najnowszej płyty, z kilkoma starszymi numerami czy nawet remiksem Atoms For Peace. Sebastian Szary okazał się świetnym showmanem, a zaskakująco nieliczny tłum reagował żywiołowo. Całość okraszona efektowną oprawą sprawiała, że chciało się więcej i więcej, ale całość skończyła się ledwie po godzinie, pozostawiając mnie (i pewnie nie tylko mnie) w lekkim niedosycie.

Nie pozostało więc nic innego jak wrócić do Kosmosu i po raz kolejny zobaczyć cuda, jakie wyczynia Blawan. Po zajrzeniu na chwilę do Charlotte de Witte w Circus Tent miałem pewność, że to właśnie Kosmos będzie idealnym zwieńczeniem festiwalu. A Brytyjczyk zagrał chyba jeszcze szybciej i mocniej niż do tego przyzwyczaił. Wybitny koleś.

I ponownie, największym problemem na koniec okazała się wspinaczka po skarpie. Z jedną nogą chorą, z drugą nogą obolałą po dwóch dniach festiwalowania. Nie było lekko.

Wyjazd na festiwal w tak krótkim czasie po tak poważnym urazie to jedna z najgłupszych i najmniej odpowiedzialnych decyzji mojego życia. Ale jednocześnie jedna z lepszych, bo pewnie bym długo żałował, gdybym nie mógł przeżyć tego występu Jona Hopkinsa, Modeselektor, a także Shlomo, Kobosila czy Abstract Division. Tym samym zamknąłem swój 56. festiwal w życiu. I czas planować kolejne. Ale może najpierw wyleczę nogę porządnie.