Gdzie diabeł mówi „elo” – recenzja 3. sezonu „Daredevil”

Serialowe uniwersum Marvela tworzone przez Netflixa miało świetny start właśnie dzięki „Daredevilowi”. Czy kiedy po kilku rozczarowaniach nadszedł kolejny sezon diabła z Hell’s Kitchen przywróci on wiarę w cały projekt?

Pierwsze dwa sezony Daredevila były bardzo dobre. Pyszne, pełne klimatu, z doskonałą obsadą i świetną realizacją scen walki. Nie zawsze równe i nieco przeciągnięte, ale dobre dwa sezony. Dały nam one przerażająco cudownego Wilsona Fiska w wykonaniu Vincenta D’Onofrio oraz genialnego Punishera o twarzy Jona Bernthala, który doczekał się później własnego, wybornego sezonu. W międzyczasie kolejne sezony Luke’a Cage’a, Iron Fista oraz kulminacji w postaci „The Defenders” przynosiły rozczarowanie albo wypadały mocno poniżej oczekiwań. I choć ciemnoskóry bohater z Harlemu jeszcze był całkiem niezły, tak z każdym kolejnym sezonem odechciewało się brnąć w to dalej.

Ale nie Netflixowi, który wypuszcza sezon za sezonem. Tylko w tym roku mieliśmy Jessicę Jones (marzec), Luke’a Cage’a (czerwiec), Iron Fista (wrzesień) i wreszcie trzeci sezon „Daredevila” w połowie października. Po odpuszczeniu (wierzę, że jeszcze nadrobię, ale z każdym miesiącem coraz mniej) drugiego i trzeciego z tych seriali liczyłem, że Daredevil wróci do swoich chlubnych korzeni. I chyba to robi. Trochę.

Bo oto w trzecim sezonie przygód Matta Murdocka z więzienia wychodzi Kingpin, elektryzujący w pierwszej serii Wilson Fisk. To także rozwiązanie tego, co spotkało tytułowego bohatera rok wcześniej w serii „Defenders”, gdzie mimo pewnej śmierci uszedł z życiem. Wyjaśnienie te, choć mocno naciągane, ma sens, a przez kilka pierwszych odcinków Matt próbuje pogodzić się ze swoim losem, przeznaczeniem oraz wiarą. To dość ciekawe spojrzenie wgłąb zbłąkanej duszy, ale zarysowane nieco zbyt powierzchownie, mimo, że czasu poświęca się na to całkiem sporo.

Szybko okazuje się, że wątek głównego bohatera nie będzie najciekawszym elementem trzeciego sezonu. To może będzie nim Wilson Fisk, nadal w skórze genialnego D’Onofrio? Trochę tak, lecz nie do końca. Większość sezonu Fisk jest pozbawiony swoich największych atutów – nieprzewidywalności, niepohamowanej i drzemiącej w nim agresji, która wybucha krwawo w najmniej oczekiwanych momentach. Niestety, ta część Fiska nie jest zbyt aktywna. Poznajemy za to bliżej jego strategiczne umiejętności, a te są godne podziwu. I dają powód zaistnienia jednej z ciekawszych scen tego sezonu (i nie jest to scena walki!), w której Kingpin bardzo uważnie i wnikliwie studiuje życiorys jednego z bohaterów, by go zrozumieć i umieć zmanipulować. Hmmm, brzmi trochę jak praca w agencji reklamowej… I choć to nadal świetna postać i doskonała kreacja, tak niestety nie jest już tak magnetyczna jak dawniej.

Marvel’s Daredevil

To może rozwijanie wątków drugoplanowych postaci nadrobi te braki? No, niezbyt. Karen Page wciąż jest nieco nieogarniętą i bardzo denerwującą postacią. Jednak dzięki świetnemu odcinkowi z mocną retrospekcją jej życiorysu możemy ją lepiej zrozumieć i dzięki temu denerwuje nieco mniej. Wreszcie mamy szansę jej nieco kibicować. To bardzo udany zabieg tego sezonu, a wystarczyło jedynie 20 minut poświęcić tej postaci. Nieco mniejszą rolę niż dawniej odgrywa Foggy Nelson. Bo choć pojawia się na ekranie stosunkowo często, tak rzadziej wnosi coś ciekawego i pcha historię do przodu. Jednak jego obecność zawsze jest mile widziana – czy to za sprawą puent czy samej kreacji.

Czy skoro znane już nam wcześniej postaci nie sprawiają, że trzeci sezon jest dobry to czy są inne elementy, które mogą uratować czas poświęcony na oglądanie trzynastu nowych odcinków? A są! I tutaj mamy do czynienia z nowymi osobami w uniwersum: agentami FBI Rayem Nadeemem oraz Benem Poindexterem. Ich stopniowe wprowadzanie w główną oś narracji przebiega w odpowiednim tempie, mają świetnie narysowane charaktery i zaprezentowane motywacje. To dla nich momentami włączałem „jeszcze jeden” odcinek. Pięknie później te charaktery pękają i się ścierają w ostatnich odcinkach.

Ok, ale „Daredevil” pamiętamy też doskonale za świetne sceny akcji z poprzednich sezonów, które pozostają w pamięci aż do dziś: nakręcone mastershotem, świetnie skoordynowane sekwencje trwające kilka minut. Chociaż trzeci sezon to zdecydowanie mniej akcji, tak znowu mamy do czynienia z jedną TAKĄ sceną. I wypada ona doskonale. Oj, pięknie. Świetnie jest też zaplanowana, z odpowiednimi pauzami na nabranie oddechu (przez bohaterów i widzów), bo po kilku chwilach napięcie i skala konfliktu rośnie. Miód.

Tutaj macie krótki materiał o tym, jak tę scenę przygotowywano:

Ale w zasadzie, to by było tak naprawdę wszystko. I choć byłbym skłonny napisać, że to najsłabszy sezon „Daredevila”, tak wciąż jest on o niebo lepszy od „Defenders”, „Iron Fista” z pierwszej serii oraz „Luke’a Cage’a” również z pierwszej serii. Szkoda trochę, że nie w pełni wykorzystana jest obecność Vincenta D’Onofrio, lecz nadrabia bardzo ciekawymi nowymi twarzami. Jeśli „Daredevil” powróci w czwartej serii, to mam nadzieję, że wraz z nimi. Znowu jednak otrzymaliśmy nierówny, nieco za długi sezon z nie najlepiej rozłożonymi akcentami i zwrotami akcji.