Głuchnąc od dialogów – recenzja serialu „Ślepnąc od świateł”

To najprawdopodobniej najgłośniejszy polski serial tego roku. Przynajmniej do premiery „1983”. Ale czy, jak twierdzi wielu, jest to jednocześnie najlepszy polski serial?

Takie tezy widywałem w mediach od dnia premiery. Ciężko mi jednoznacznie ocenić, albowiem to pierwszy polski serial, jaki obejrzałem od… „Klanu”? XD Nie wiem, dawno nie oglądałem nic polskiego, chociaż mam na celowniku nadrobić kilka produkcji („Wataha”, „Rojst”). Dlatego nie będę „Ślepnąc od świateł” oceniać w kontekście polskich seriali, a jedynie mierząc go miarą seriali jako gatunku kultury.

Pierwsze odcinki nie były wybitnie zachęcające, ani też jednoznacznie odrzucające. Oddać trzeba produkcji HBO, że nawet jeśli na ekranie nie dzieje się za wiele, to ma się ochotę brnąć dalej. A nie dzieje się za wiele, bowiem w każdym odcinku, poza ciekawymi scenami mamy do czynienia z masą zbędnych kadrów (ile razy można pokazywać samochód jeżdżący po mieście w tę we w tę?). Niby to wszystko ma budować klimat, jednak scenom wypychającym czas antenowy brakuje polotu i różnorodności.

Zresztą sama fabuła, a opowiedziana w serialu historia trwa tydzień i rozkłada się na osiem odcinków, nie jest zbyt skomplikowana i nie zawsze pcha do przodu. Serial ten powinien być o jakieś dwa, może nawet trzy odcinki krótszy, wówczas miałby zdecydowanie lepszą dynamikę. I rozumiem, że może być to zbieg „usypiania” widza, by za chwilę uderzyć w niego mocniejszą sceną, lecz nie jest to zabieg udany.

Niewątpliwie jednak jest w tym wszystkim coś ciekawego. Poznajemy, choć fikcyjny, „zakazany” świat Warszawy widzianej z perspektywy dilera. Obserwujemy historie ludzkich upadków, znajome miejsca, które sprawiają, że całość nabiera jakby realnych kształtów. Bo choć historia jest fikcyjna, tak zapewne jest zbiorem wydarzeń, które miały miejsce w tej lub innej formie. Jak choćby klub Betlejem, który jest oczywistym nawiązaniem do Jerozolimy, która później przeistoczyła się w Nową Jerozolimę (po sporym zamieszaniu, które do dziś jest owiane legendą). A Nowa Jerozolima była dla mnie miejscem specjalnym. I sceny w Betlejem nagrane zostały w opuszczonej już kamienicy zajmowanej dawniej przez Nową Jerozolimę. Nie powiem, wzruszałem się oglądając te sceny.

Całość fabuły rozgrywa się wokół głównego bohatera, Kuby, z którym mam problem. Zapewne wynika on z faktu, że jego rolę odgrywa debiutant Kamil  Nożyński, ale może niekoniecznie. Nie jest to najlepiej zagrana postać, wychodzi tutaj być może brak rzemiosła, albo… Jest to świadomy zabieg. Bo zblazowany i niezbyt emocjonalny diler próbujący odnaleźć się w niezbyt przyjaznym świecie być może właśnie taki powinien być.

Na szczęście, poza nim mamy wiele innych, ciekawszych postaci, szkoda jednak, że tych najciekawszych oglądamy najmniej. Kapitalnie w każdej scenie wypada Jan Frycz. Oj, tak dobrze, że aż chętnie obejrzałbym spin-off poświęcony postaci Daria. Dobre momenty miewają Robert Więckiewicz czy Janusz Chabior, a także reżyser serialu Krzysztof Skonieczny, i naprawdę szkoda, że nie obserwujemy ich zbyt często.

Mocną stroną „Ślepnąc od świateł” są również zdjęcia. Być może nawet najmocniejszą. Michał Englert wspaniale bawi się kadrowaniem, jeszcze piękniej światłem, tworząc piękne, ekspresyjne pejzaże, pokazując piękno i brud Warszawy. Nieźle jako wprowadzenie do poszczególnych lokacji oraz środowisk sprawdzają się długie ujęcia, jednak nie zawsze są one odpowiednio wypełnione i czasem brakuje im dynamiki. „Birdman” to to nie jest. Szkoda, że nie dorównują całości efekty specjalne, pojawiające się co jakiś czas, bo czasami wyglądają bardzo kiepsko i nieco psują piękne sceny.

Czas jednak przejść do zdecydowanie najsłabszej części tej produkcji, a jest to udźwiękowienie. Ja wiem, że polskie filmy i seriale borykają się z tym problemem od lat, ale miałem wrażenie, że wszystko zmierza ku lepszemu. Tymczasem nadszedł „najlepszy polski serial” i nagle połowa osób, w tym ja, musiała oglądać go… z polskimi napisami! Bo w inny sposób nie dało się zrozumieć dialogów. Te też zresztą nie są zbyt górnolotne (a momentami wręcz żenująco sztuczne i niewiarygodne oraz przepełnione nieco na wyrost bluzgami). Udźwiękowienie bardzo mocno zepsuło mi radość z oglądania tej produkcji i była swego rodzaju gwoździem do trumny mojego odbioru.

Dodajmy do tego jeszcze wiele prostych produkcyjnych błędów polegających na tym, że obrzygana krwią ławka w celi w jednym ujęciu jest brudna, a w kolejnym, w tej samej scenie, lecz z innego kadru jest czysta. Szkolny błąd, ale nie powinien mieć miejsca w produkcji określanej mianem „najlepszego polskiego serialu”. A było tego całe mnóstwo.

Jeśli ekranizacja książki Jakuba Żulczyka jest najlepszym polskim serialem to ja nie chcę więcej polskich seriali oglądać. Na szczęście, prawdopodobnie nie jest, więc spokojnie już za dwa tygodnie zasiądę do seansu „1983”. Być może Netflix swoją pierwszą produkcją made in Poland zrealizuje na nieco wyższym poziomie. Może nawet na dobrym. I choć „Ślepnąc od świateł” ma kilka mocnych punktów (zdjęcia, Frycz, muzyka), tak trochę mu brakuje do miana serialu świetnego, a nawet dobrego. A wszystko kładzie i tak udźwiękowienie, dialogi i tempo całości.