Historia opowiedziana screenshotami – recenzja filmu „Searching”

Czy film, którego akcja rozgrywa się wyłącznie na ekranie komputera (i kilku innych urządzeń) może być filmem udanym? Musiałem sprawdzić „Searching” czekając na dni, kiedy da się wejść na seans „Kleru”.

Ciężko w obecnych czasach o oryginalny koncept opowiedzenia historii w kinie. Przełamywanie czwartej ściany jest coraz częstsze, pierwszoosobowa narracja to nic nowego, łamanie osi czasu nikogo nie zaskakuje. Metod narracji jest wiele i niemal każda jest powtarzana regularnie. Nie ma w tym nic złego oczywiście. Raz na jakiś czas pojawi się jednak świeży pomysł na poprowadzenie widza przez filmową opowieść. Dwie dekady temu pojawił się „Blair Witch Project” i pokazał światu nowy rodzaj narracji: found footage (nagranie z kamery). Po nim pojawiło się kilka filmów z podobną konstrukcją fabuły, jak choćby „Projekt: Monster”.

„Searching” jest kolejnym eksperymentem testującym nowy sposób opowiadania historii. Bowiem tak naprawdę nie opuszczamy nawet na sekundę ekranów urządzeń elektronicznych: komputera, telefonu, telewizji. Daje to możliwość kreatywnego pokazania całej historii i choć pozornie wydaje się, że arsenał sztuczek jest ograniczony, tak twórcy tej produkcji naprawdę nieźle zróżnicowali techniki wykorzystane do pokazania aktorów i rozwoju całej historii.

Sama fabuła nie jest niczym szczególnym. Ot, ojciec poszukuje zaginionej córki. Bywało w kinie już wielokrotnie. Ma ciekawe zwroty akcji, całkiem wiarygodne podbudowanie motywacji ucieczki i proces poszukiwania. Jednak nie jest to nic nadzwyczajnego i gdyby historia została pokazana w klasyczny sposób ten film nie miałby wiele do zaoferowania. Ma oczywiście to wszystko swoje przesłanie w finale, jednak nie jest ono czymś nowatorskim.

Jednak sposób w jaki historia jest opowiedziana naprawdę przykuwa uwagę i sprawia, że całość ogląda się naprawdę nieźle. Zwłaszcza, że ekran komputera czy telefonu to perspektywa nam tak dobrze znana. Messenger czy inne komunikatory, wyszukiwarka Google, YouTube, Facebook, Google Maps… Narzędzia, z których korzystamy każdego dnia służą tutaj za motor napędowy całej historii. Dzięki temu, że tak dobrze znamy te narzędzia, to widz ma szansę lepiej wczuć się w perspektywę głównego bohatera (ojca zaginionej dziewczyny). Często zdarzają się sytuacje: ej, trzeba to wpisać w Google! I na ekranie właśnie to się dzieje. Cała narracja sprawia, że lepiej się z bohaterem utożsamiamy.

Jak już wspominałem, twórcy zastosowali bardzo szeroki wachlarz rozwiązań, które przedstawiają nam historię. Dzięki kamerom w urządzeniach obserwujemy aktorów, którzy rozmawiają ze sobą nie w cztery oczy, a przez Facetime. I te dialogi są mimo tego wiarygodne. Obserwujemy ojca odkrywającego internetowe alter ego swojej córki i idącego link po linku do kolejnych poszlak, by ją odnaleźć. Co więcej, jako, że bohater używa głównie urządzeń Apple i jego aplikacji to starałem się wyłapać jakieś nieścisłości – niezgadzające się daty na ekranie, błędnie użyte funkcje systemów operacyjnych, ale… Żadnych błędów się nie dopatrzyłem. Szanuję tym bardziej.

Ciężko mówić tutaj o większych popisach aktorskich, choć przyznać trzeba, że John Cho sprawdza się naprawdę nieźle jeśli już na ekranie się pokazuje. Nie ma jednak żadnych fajerwerków. Podobnie w kwestii muzyki czy zdjęć – ale to wszystko odpowiada przyjętej koncepcji narracji.

Cóż, ten film to tak naprawdę w głównej mierze sposób opowiedzenia historii w nowatorski sposób i to jego główna zaleta. Poza tym nie ma zbyt wiele, jestem jednak ciekaw czy inni twórcy filmowi sięgną po podobny sposób opowiedzenia ciekawszej historii. Jednocześnie, może się okazać, że kolejne filmy opowiedziane w podobny sposób nie będą już tak dobre, a sama koncepcja zadziała jednorazowo. A przyznać trzeba, że zadziałała nieźle, bo pozwala podciągnąć ocenę o trzy oczka w górę.