Run, Tom, Run!, czyli krótko o „Jack Reacher: Nigdy Nie Wracaj”

Pamiętacie pierwszy film o przygodach Jacka Reachera? Ja też nie. Dlatego kiedy w niedzielę postanowiłem zobaczyć drugą odsłonę, z podtytułem “Nigdy Nie Wracaj” odczytywałem to jako przestrogę.

No bo czy mamy do czynienia ze średnim filmem akcji, który nie ma zbyt wiele mądrości do zaoferowania? Tak. Czy to kolejny film sensacyjny z Tomem Cruise’m, który nie jest “Mission: Impossible”? Jak najbardziej. Czy więc straciłem dwie godziny życia? Skądże!

Pierwszej części nie pamiętam, zwiastunów nie widziałem, i w ogóle nic niemal nie wiedziałem o produkcji, którą chciałem zobaczyć. A chciałem, bo niedziela, po sześciu pracowitych dniach potrzebowałem czegoś lekkiego. Zwłaszcza, że byłem bardzo niewyspany (wstawać w niedzielę o siódmej rano? Skandal!), więc uznałem, że w najgorszym wypadku po prostu się zdrzemnę (o co w sumie było nietrudno, bo nagłośnienie w sali kinowej było zaskakująco ciche). I tak oto spodziewając się najgorszego spędziłem w kinie przyjemne dwie godziny.

Mamy oto bohatera, dawnego wojskowego, który lubi szukać guza, nawet jeśli wszyscy mu mówią, by odpuścił. On nie odpuszcza, bo wiadomo, to Tom Cruise. Intryga nie jest skomplikowana i od samego początku można się domyślać jak to wszystko się skończy: Reacher znajdzie zdrajców, po drodze połamie kilka kości, oczyści swoje dobre imię, bla, bla, bla.

Jednak po drodze dzieje się kilka wydarzeń, które sprawiają, że cała historia nabiera więcej rumieńców (dosłownie) oraz ciekawych barw (również dosłownie, bo trafiamy do pełnego kolorów Nowego Orleanu). Nie chcę wchodzić szczegóły (fajnie jak sami się pozytywnie zaskoczycie w trakcie seansu), ale historia rozwija się na tyle przyjemnie (i nie mówię tu o głównym wątku sensacyjnym), że aż przyjemnie się na to wszystko patrzy i jesteśmy ciekawi dalszych losów naszych bohaterów (niekoniecznie tych walecznych losów).

Zwłaszcza, że dzięki temu jak rozwija się cała fabuła, jest to film akcji, który w chwilach suspensu (okresów pomiędzy kolejnymi pościgami czy bijatykami) nie nudzi, a jest nawet ciekawszy. To w kinie akcji nie lada sztuka. Dodajmy do tego jeszcze całkiem niezłą realizację (za zdjęcia odpowiada Oliver Wood, który pracował przy filmach o Jasonie Bourne’ie, ale nie jest tak dynamicznie zmontowany jak filmy z Mattem Damonem), kilka niezłych dialogów i z filmu, po którym spodziewałem się niskolotnego sensacyjniaka, otrzymujemy całkiem spoko film. Oczywiście nie dla każdego, i nie jest to wybitne dzieło kina akcji (jak choćby “Kiler”), jednak jest to do bólu poprawna produkcja urozmaicona ciekawą historią.

Czyli reasumując, pozytywnie się rozczarowałem, a to mi się w kinie zdarza coraz rzadziej.

7/10

PS. Tom Cruise znowu dużo biega i robi wszystkie popisy kaskaderskie osobiście. Szanuję to bardzo mocno. Kolejne kilometry zrobione. Nie wiem czy wiecie, ale 54- letni aktor we wszystkim swoich filmach biegał już niemal 20 minut. Po tym filmie być może już przekroczył tę barierę.