Jak było na Primaverze?

WP_20140529_18_38_51_Raw

Głównym celem mojego niedawnego wyjazdu do Barcelony był festiwal Primavera Sound, na który zawitałem już po raz drugi. I mimo, że było naprawdę ekstra, to mam mały problem z oceną tego festiwalu.

Zanim jednak zacznę o samym festiwalu, małe wyjaśnienie. Tak, to jest nadal blog Troyann, i tak, jest tutaj coraz więcej muzyki. Kiedyś pisałem o social media. Ale one mi się znudziły, zwłaszcza, że zawodowo też mam niewiele z nimi wspólnego. Poza tym zakładając Troyanna 1,5 roku temu wiedziałem, że nie będę pisać tylko o tych Facebookach. Wtedy bloga nazwałbym pewnie SocialTroyann. Nie zrobiłem tego celowo. To mój blog, sam muszę się na nim czuć najlepiej, a że najlepiej mi przy dobrej muzyce, to i jej jest i będzie tu coraz więcej. Jeśli Ci się nie podoba, szkoda, ale od korzeni całkowicie się nie odcinam. Nadal będzie nieco o mediach, Internecie, technologiach. Zresztą, przyjdzie czas na większe wyjaśnienia. Powróćmy do tematu.

Primavera Sound Festival to impreza jedyna w swoim rodzaju i mająca zdecydowanego plusa w postaci lokalizacji – w moim ukochanym mieście. Pierwszy raz byłem jej świadkiem trzy lata temu, kiedy położyła mnie całkowicie na łopatki. Wiedziałem, że kiedyś tu wrócę. Ale jakoś finanse nie pozwalały. Cóż, to nie były już czasy, gdy mieszkałem z rodzicami i mogłem rozwalać całą wypłatę na zachcianki. W tym roku się udało. Ledwo, ale jednak. Pierwszy urlop od trzech lat, wymarzony, wyczekany i wypatrywany z utęsknieniem. Line-up zapowiadał niesamowite wrażenia. No bo przecież ukochane dziewczyny z Warpaint, majestatyczne Arcade Fire, wznizosłe The National, najlepszy Moderat i masa innych rzeczy które uwielbiam.

WP_20140530_19_39_28_Raw

Najpiękniejsze w tym festiwalu jest to, że trwa on praktycznie tydzień, zaś główne trzy dni są jedynie kulminacją całego przedsięwzięcia. Już w dniu mojego przylotu (dwa dni przed głównymi wydarzeniami) było sporo atrakcji: wpierw polskie koncerty w Sala Apolo, zaś potem zabawa do rana w Teatre Principal, gdzie parkiet rozgrzewali swoimi setami Hot Chip oraz Digitalism. Ci drudzy bardzo dobrze dorzucali kolejne hity do pieca. Zanim festiwal zaczął się na dobre już miałem deficyt snu i odczuwalne swawole na parkiecie w łydkach. Stary jestem już.

Dzień pierwszy

Właściwa część festiwalu nie mogła zacząć się lepiej. Czyli od deszczu. Ale szybko minął, więc pognaliśmy na koncerty. A jest ich tam masa, osiem scen, cztery grające jednocześnie i zaledwie kilka minut na przemieszczenie się z jednej na kolejną. Takie uroki festiwali. Dlatego też wiele koncertów mnie ominęło, nieco szkoda. Zacząłem od Glasser, ale szybko pognałem pod scenę, gdzie niebawem miały wystąpić Warpaint. I najpiękniejsza na świecie Theresa.

WP_20140529_20_52_38_Raw

Stanąłem w strategicznym miejscu z lewej strony, gdzie ona przeważnie stoi. Trzy lata temu tego nie zrobiłem i żałowałem. Teraz mogłem podziwiać jej piękno z zaledwie kilku metrów. A do tego zagrały cudownie. Nie opiszę wam tego, bo to trzeba poczuć. Nie usłyszeć, poczuć. W międzyczasie jeszcze troszkę Queens of the Stone Age, którzy są w równie dobrej formie, co rok temu na Open’erze. Co było potem… Coś tam… Piwo? Chyba tak, bo czekałem na coś wielkiego.

Arcade Fire. Ten zespół powinien zostać zaszufladkowany do osobnej kategorii muzyki, gdzie nie powinno się wpuszczać nikogo innego. Bo to prawdziwy EPIC ROCK. Ich występ ma w sobie coś tak podniosłego, że ciężko się nie wzruszyć, każdy utwór ma w sobie coś z hymnu narodowego, do którego powinno się wstać i złapać za serce. Tak w zasadzie spędziłem niemal dwie godziny tej epickości. Tak jak dwa lata temu na Torwarze. Na koniec jednak nie było czasu na rozklejanie się, gdyż trzeba było biec na…

WP_20140530_03_12_36_Raw

Moderat. Wiecie, że mam do nich słabość. Płyta roku 2013, orgazmiczny koncert w lutym w Basenie, a tutaj miałem szansę ujrzeć ich już piąty raz. I było nieco słabiej, choć nazwanie tego „słabym” to nieco obraza. Było po prostu świetnie, a nie wspaniale. Po czymś takim kolejny koncert nie zrobił na mnie większego wrażenia. A było to Metronomy, widziane drugi raz w życiu. Tak samo z dj setem do białego rana serwowanym spod rąk Jamiego XX.

Dzień drugi

Ok, czas na drugi dzień festynu. Zacząłem go w ukochanym parku Ciutadella, gdzie była ustawiona scena Martini i za dnia pojedyncze koncerty. Wokalista Majical Cloudz ładnie, i łagodnie śpiewał do przyjemnej muzyki. Jednak wcale łagodnie nie wyglądał. Sprawiał wrażenie, jakby miał zaraz zejść ze sceny, kogoś zabić i wytatuować na jego zwłokach swastykę.

WP_20140530_15_44_54_Raw

Potem, tak, zgadliście – deszcz. A po nim znajomi, piwo… I w sumie przegapiłem dużo koncertów. Byłem chwilę na Pionalu w namiocie Boiler Roomu, ale szybko czmychnąłem na występ legendarnego Slowdive. Nigdy jakoś specjalnie się nimi nie jarałem, ale jest to naprawdę dobra muzyka, zaś po tylu latach brzmi równie świetnie.

WP_20140530_21_48_36_Raw

Spod tej sceny się po koncercie nie ruszyłem, mimo, że za plecami grał gdzieś Pixies (zespół jednej piosenki, wiadomo jakiej, trololo). Czekałem na…

WP_20140531_00_42_54_Raw

Czwarty w życiu występ The National. Nic, co prawda, nie pobije pierwszego razu w chorzowskim teatrze. Tamtej magii nic nie odda. Ale w Barcelonie dali czadu, wreszcie urozmaicili swoje występy o warstwę wizualną – ekran za zespołem prezentował niezłe wizualizacje. No i było świetnie, jak zawsze, a poniższe zdjęcie jest jednym z najlepszych jakie zrobiłem w życiu na koncertach. :)

Po The National nie było czasu na odpoczynek, biegłem zobaczyć SBTRKT, które miało prezentować nowy materiał. Niewiele tego było, ale brzmiało nieźle. Choć dj set z Open’era był lepszy. Tutaj było zwykłe odgrywanie piosenek, do tego z długimi przerwami spowodowanymi problemami technicznymi. Ale był kotek na scenie. Koty zawsze są spoko.

Bardzo chciałem tej nocy zostać jeszcze na Factory Floor, Laurent Garnier (nie, to nie ten od włosów) oraz Vatican Shadow, lecz było zbyt zimno by robić cokolwiek poza marszem do domu. Niby Barcelona, a zimno. Skandal. Nadal próbuję wyzdrowieć.

Dzień trzeci

Trzeci dzień właściwej części festiwalu znowu zacząłem dość późno. Nie udało mi się skoczyć na Talabota w Boiler Roomie, więc dzień zacząłem od koncertu Godspeed You! Black Emperor. Rok temu na Offie wypadli nieźle, zaś w Barcelonie podnieśli moją opinię o nich jeszcze wyżej. Na dosłownie trzy-cztery utwory pobiegłem na Nine Inch Nails, które zawsze chciałem zobaczyć. Cóż, Trent Reznor geniuszem jest i kropka. Jednak z jego występem wygrała moja miłość do Mogwai. A oni zmiażdżyli ścianą dźwięku jak zawsze. Po raz trzeci ich utwory niemal zniszczyły mi zmysł słuchu, ale jeśli kiedyś miałbym ogłuchnąć, to właśnie od takiej muzyki.

Na występie szkockiego zespołu też nie byłem za długo, trzeba było gnać na Foals. Nie jestem fanem ostatniej płyty, jak wszyscy kocham głównie Spanish Saharę, lecz to, w jaki sposób zagrali swój materiał pozostawił na mnie niesamowicie dobre wrażenie. Nawet średnio lubiany przeze mnie Inhaler sprawił, że skakałem jak do Vitalica. Zmyli średnie wrażenie, jakie zrobili na mnie na Open’erze. A ich wtedy zmył deszcz, co ich nieco usprawiedliwia.

WP_20140601_02_45_35_Raw

Nie było czasu na piwo, gdyż gnałem na Cut Copy, którego szczerze nie lubię, ale chciałem po raz kolejny spróbować się do nich przekonać. Co tu dużo mówić… Nie udało się. Ziew. Znacznie lepsze są ich remiksy. Na sam koniec została potańcówka przy wschodzie słońca do muzyki granej przez Daniela Avery. Ten to potrafi ładnie łupać! Ale znowu zabrakło sił, poszedłem do domu. So lame.

Wszystko super, ale…

Ok, trochę się rozpisałem, więc przejdę od razu do podsumowania. Jak widzicie, widziałem same fajne zespoły, każdy niemal zapewnił mi świetne wrażenia. Jest jednak pewien problem. Nie wiem czy zauważyliście, ale niemal każdy z wymienionych zespołów widziałem nie pierwszy raz. Moderat – piąty, The National – czwarty, Mogwai – trzeci, Foals, Arcade Fire, QotSA i innych – drugi. No do diaska! Pierwszy raz jednak zawsze jest najlepszy i nawet największa miłość z czasem nieco wygasa.

WP_20140531_00_51_52_Raw

Bardzo żałuję, że skupiłem się na ulubionych wykonawcach, zamiast chodzić na koncerty ciekawych, acz nieznanych mi zespołów. Niestety, festiwal, a zwłaszcza tej rangi, ma to do siebie, że zbyt wiele koncertów się na siebie nakłada, nie zobaczysz więc nigdy wszystkiego. Po drugie, niestety, jestem stary, sentymentalny i najbardziej lubię piosenki, które znam, dlatego nie potrafiłem sobie odpuścić Moderata i obejrzeć ciekawe The Range. Takich sytuacji mógłbym podać wam więcej.

WP_20140529_20_29_43_Raw

Miłość do muzyki boli. Starość także. Ale co tam, to już ósmy rok gdy jeżdżę na festiwale i szybko się nie poddam. Mam ich na koncie już jakieś 36 (tak mi wyszło w kalkulacjach), a warto do tej setki dobić w życiu. Następny przystanek – Audioriver! Pierwszy raz od 2007 roku nie będzie mnie na Open’erze. Nie płaczę.