Jak (nie) dorabiać do emerytury – recenzja filmu „Przemytnik”

Co można robić na emeryturze? Wychowywać wnuki, stać w kolejkach na poczcie lub robić filmy. Clint Eastwood, mając 88 lat, wybrał tę ostatnią opcję.

Umówmy się, to jedna z najważniejszych osób w historii kina. Nie tylko za masę doskonałych kreacji aktorskich, ale także za wybitne dzieła, które wyreżyserował. Co więcej, wiek mu wcale nie przeszkadza w tworzeniu kolejnych dzieł i wciąż pozostaje aktywnym twórcą. Tylko w XXI wieku był reżyserem tak świetnych produkcji jak „J. Edgar”, „Sztandary Chwały”, „Za wszelką cenę” i przede wszystkim doskonały „Gran Torino”. I z tego powodu mocno na „Przemytnika” czekałem – od „Gran Torino” nie był jednocześnie reżyserem oraz główną postacią swojego dzieła. Obawiam się, że może to być ostatni (oby nie) taki projekt Eastwooda.

W „Przemytniku” wciela się w Earla, dziarskiego staruszka, który całe życie spędził zajmując się hodowlą lilii – kochał je mocniej niż własną rodzinę. Jednak na koniec jego biznes upada pod naciskiem Internetu, za którym nie przepadał. Życie zmusza go do szukania nowego pomysłu na ostatnie lata, choć Earl jest pogodzony raczej z tym, że nie będzie to trwało długo i czerpie ile się da z każdego kolejnego dnia. Kiedy jednak meksykański kartel oferuje mu duże pieniądze za pracę nie potrafia odmówić. Zwłaszcza w obliczu zepsutych relacji z rodziną, które już za późno odbudować. Co ma do stracenia?

Jest w tym wszystkim nieco „Breaking bad” – starszy (choć dużo starszy od Waltera) gość spoza świata przestępczego nieśmiało wchodzi do środowiska i szybko zdobywa uznanie samego szefa kartelu. Film świetnie buduje główną postać, nie tylko na poziomie aktorskim, ale właśnie także scenariuszowo. Walter też nie miał nic do stracenia (miał umrzeć na raka). Podobieństwo jest bardzo duże, albowiem obserwujemy Earla nie tylko w kontaktach z członkami gangu, ale i w najbardziej prozaicznych czynnościach, jak choćby śpiewanie piosenek country w trasie. Earl choć gdzieś pod skórą chowa urazę do innych niż on, pozwala sobie na rasistowskie i wręcz nie akceptowalne dziś zachowania, to i tak uchodzi mu to płazem, bo jest staruszkiem. Earl jest jednocześnie bardzo refleksyjny i emocjonalny. I choć czasem ciężko brać na poważnie przemyślenia 90-latka na poważnie, tak widać po postaci Eastwooda, że jest pełna emocji i żalu.

Niestety, tempo całego filmu jest bardzo spokojne, podobnie jak w serialach Vince’a Glligana, jednak brak tutaj mocniejszych momentów, które podniosłyby dramaturgię czy wydźwięk poszczególnych scen. Zwłaszcza, że takie sceny są obecne, ale nie zostały ograne odpowiednio dobrze, by podnieść ciśnienie w trakcie seansu. Nawet obława DEA na Earla nie robi większego wrażenia.

Doskonale wypadają za to dialogi. Wredne docinki starego oblecha, którymi wymienia się z rodziną czy gangsterami to najlepsze momenty „Przemytnika”. Earl zachowuje się swobodnie i szczerze niezależnie od sytuacji, czym wystawia się na ryzyko czy to DEA czy kartelowi. A kartel nie lubi takich szczerości. Ale znów, cóż ma bohater do stracenia, skoro i tak wie, że śmierć jest już bliżej niż dalej. Bardzo blisko.

Myślę, że film dużo zyskałby, gdyby nieco lepiej zbudowano wszystkie postaci drugoplanowe. Zarówno rodzina, DEA czy członkowie kartelu mają na niego duży wpływ, ale interakcje Earla z nimi nie wnoszą zbyt dużego ładunku emocji do historii.

Nic nie można zarzucić filmowi aktorsko. Clint Eastwood, mimo swojego słusznego wieku, jest wręcz wybitny. Nie spodziewałem się po nim takiej werwy, energii i humoru. Widać, że nie tylko Earl, ale i sam Eastwood cieszy się z tego jak przeżył swoje życie i chce z tego czerpać dalej. Drugi plan również wypada nieźle, choć jest go zwyczajnie za mało, by się nad tym mocniej rozpływać. Laurence Fishburne, Bradley Cooper, Andy Garcia, Dianne West i Michael Pena są po prostu poprawni. Na nic więcej nie pozwala im scenariusz.

Równie poprawnie, choć bez większych fajerwerków wypada warstwa realizacyjna. Zdjęcia ładnie eksponują życie w na amerykańskich autostradach, a kamera koncentruje się na Eastwoodzie bardzo precyzyjnie – jakby on sam wiedział, że to jego ostatni aktorski wyskok.

„Przemytnik” to solidne kino o wyczekiwaniu na koniec życia i rozterkach osoby, która jest pogodzona z rychłym losem. Bardzo ciekawa historia jednak kuleje na kiepską dynamikę, brak odpowiedniego zbudowania postaci drugoplanowych i brak skoków napięcia, ale nadrabia odrobiną zgryźliwego humoru oraz samym Clintem Eastwoodem. Niemniej jednak, liczyłem na nieco więcej. Bo podobne nawet historie mogą być generalnie płynąć powoli i bez większych strzelanin czy wybuchów, ale nadrabiać interakcjami między bohaterami i mocnymi momentami. Jak choćby „Better Call Saul” Vince’a Gilligana.

PS. Ja na emeryturze będę grał w Football Managera. O ile dożyję.