Jak oglądać seriale, by mieć z nich więcej?

Pamiętam czasy, kiedy nie oglądałem seriali w ogóle. To było jeszcze dziesięć lat temu. W ostatnich latach wypracowałem sobie metodę, dzięki której z każdego serialu potrafię czerpać pełnymi garściami. Może chcielibyście z niej skorzystać?

Jak zacząłem oglądać seriale?

To było jeszcze dziesięć lat temu. Właśnie kończyłem liceum, a seriali unikałem jak ognia, bo jakoś mnie nie interesowały – cotygodniowe czekanie na nowy odcinek było dla mnie czymś abstrakcyjnym. Wolny czas zabijałem filmami i graniem w Football Managera (w inne gry również pocinałem, ale w zdecydowanej mniejszości). Coraz więcej osób próbowało mnie przekonać do konsumpcji telewizyjnych dzieł, ale ja wiernie trwałem w swoim przekonaniu. Aż do pewnego wyjazdu na Kaszuby, o czym przypomniało mi się nie tak dawno temu, podczas podobnego wyjazdu.

Młodzi ludzie, domek nad jeziorem, daleko od miasta, dużo alkoholu. Kwintesencja ówczesnych wakacji. Po kilku godzinach grillowania i picia piwa przyszedł czas na głupotki, ale ze zmęczenia mieliśmy siłę już tylko siedzieć przed telewizorem, który odbierał jedynie publiczną telewizję. W tej, o dziwo, leciał akurat serial „Lost – Zagubieni” z psującym wszystko lektorem, więc postanowiliśmy pobawić się w dubbing. Wiecie, podkładanie głosu poszczególnym bohaterom i wkładanie im w usta głupich, niezwiązanych z serialem kwestii. Znakomita zabawa. Po kilku odcinkach się znudziła: część osób znalazła nowe zajęcie, część usnęła, a ja… Tkwiłem jeszcze przed telewizorem i byłem zaciekawiony wydarzeniami tego serialu. To była końcówka drugiego sezonu.

Po powrocie do Gdańska pochłonąłem dwa sezony (po dwadzieścia parę odcinków) w tydzień. Spodobało mi się. Spodobało mi się do tego stopnia, że zacząłem pytać o inne, ciekawe, telewizyjne serie. „Prison Break”, „24”, „Jericho”… No i się wkręciłem, na dobre. Zacząłem oglądać coraz więcej, choć nigdy przesadnie dużo – musi być w moim życiu jeszcze miejsce na inne rozrywki. Ale oglądałem wciąż dużo. Poniedziałek – nowa „Gra o Tron”, wtorek – nowy odcinek przygód Jacka Bauera, czwartek – nowi „Lost”. Wiadomo, że nie przez okrągły rok, ale wiele seriali oglądało się raz w tygodniu na przestrzeni kilku miesięcy.

Przesyt i opracowanie nowej formuły

W pewnym momencie było tego za dużo. W ferworze innych pasji wątki poszczególnych seriali zaczynały mi się gubić, zapominałem wręcz co było w ostatnich ich odcinkach. W międzyczasie do Polski wkroczył szturmem Netflix, który w większości swoich produkcji oferuje cały sezon do obejrzenia w dniu premiery. „House of Cards”, „Daredevil”, „BoJack Horseman” – sposób konsumpcji seriali, znany za granicą jako binge-watching, bardzo mi przypadł do gustu. Ma swoje plusy i minusy, ale jest dla mnie od ponad roku domyślnym sposobem konsumpcji telewizyjnych formatów.

Nie umiem co prawda rysować, ale postanowiłem swój sposób na oglądanie seriali zobrazować i porównać do modelu, hmm… Klasycznego? Takiego, gdzie oglądając kilka seriali jednocześnie oglądamy jeden epizod każdego tygodniowo. Oczywiście, zarysowana poniżej sytuacja jest czysto hipotetyczna i w rzeczywistości może się różnić, choćby ze względu na kalendarz premier poszczególnych serii.

Słowem wyjaśnienia – jakie są założenia poniższych rysunków? Zakładam, że oglądamy pięć seriali w miesiącu, a każdy dawkujemy sobie czterokrotnie To jednocześnie zakłada w sumie, że serial ma tylko cztery epizody, ale to tylko hipotetyczna sytuacja, która i tak obrazuje różnice pomiędzy wskazanymi modelami konsumpcji. Każdy z przykładowych seriali ma swoje oznaczenie w postaci literki (A, B, C, D, E) oraz koloru. Zakładamy, że każdy ma premierę nowego epizodu w inny dzień tygodnia. Wypełnienie kolorem oznacza zaś, jak to nazwałem, współczynnik „funu” z danego serialu – to jak bardzo jesteśmy w stanie się nim rozkoszować, zachować koncentrację na bohaterach i wielu wątkach jednocześnie.

TRADYCYJNY MODEL

Mówiłem, że nie umiem rysować. W tym modelu jest możliwe obejrzenie pięciu seriali w jednym miesiącu. Jednak skakanie z jednego na drugi, rozmywanie się wątków pomiędzy poszczególnymi seriami sprawia, że wspomniany „fun” nie jest pełny. Moja metoda jest zupełnie inna i na analogicznym rysunku prezentuje się tak:

MODEL TROYANNA

Efekt ilościowy jest podobny: udało nam się obejrzeć pięć seriali. Jednak dzięki temu, że oglądaliśmy odcinek po odcinku, umiejętność skorzystania z niego jak najlepiej jest znacznie wyższy. Najpierw poświęcamy całkowicie uwagę jednemu, następnie kolejnym, nie mieszając do tego kolejnych.

Wiem, że powyższe rysunki mają blade odzwierciedlenie w rzeczywistości, ale jest to teoria, którą każdy może zaadaptować na swój praktyczny sposób. Do czego was zachęcam. Dlaczego? Poniżej przedstawiam wam wszystkie możliwe argumenty za i przeciwko mojej metodzie. Już od was zależy, czy postanowicie z niej skorzystać.

Plusy

Nie czekasz tygodnia do kolejnego odcinka. No kaman, kto z was się nie denerwował, kiedy odcinek kończył się mocnym cliffhangerem, a wy musieliście czekać aż tydzień do kolejnego, by dowiedzieć się jakie są dalsze koleje losu waszych bohaterów? Binge-watching ten element eliminuje, pozwala odpalić kolejny odcinek już po minucie.

Nie gubisz wątków i charakterów postaci. Seriale bogate w wiele wątków oraz bohaterów, jak „Gra o Tron” choćby, wymagają dużego skupienia, by wyłapać wszystko, co istotne w każdym odcinku. Robiąc sobie tygodniowe przerwy nasz umysł odrywa się od tych elementów scenariusza, które momentami są mniej istotne, a po tygodniu połowy już nie pamiętamy. Oglądając odcinek za odcinkiem jesteśmy w stanie więcej zapamiętać, zrozumieć i mocniej przeżywać decyzje podejmowane przez bohaterów.

Dobrze wczuwasz się w klimat. Zanurzanie się w fikcyjne (lub realne) światy jest znacznie bardziej efektywne, kiedy robimy to na dłuższy czas niż jedynie niespełna godzinę. Pozostając przy serialu HBO, obejrzenie pięciu odcinków „Gry o Tron” pod rząd daje Ci możliwość jeszcze większego wprowadzenia w klimat baśniowych, mrocznych zagrywek politycznych. Znacznie lepiej niż robiąc to raz w tygodniu. Jeśli w ciągu kilku godzin obserwujesz poczynania Ramsaya Boltona to kumulacja negatywnych emocji wobec niego jest w Tobie znacznie silniejsza. I gdy dochodzi do sławnej Bitwy Bękartów przeżywasz tę fantastyczną scenę z jeszcze większym ładunkiem emocji. Inaczej, jest to po prostu kolejny odcinek.

Wyłapujesz więcej smaczków. Są seriale, które są tak bogate w różne nawiązania popkulturowe, piękne detale, że aż głupio je pominąć. Siedząc w danej serii raz w tygodniu wyprowadzamy się ze stanu koncentracji i jesteśmy w stanie pominąć wiele ciekawych treści zawartych w kolejnych odcinkach. Są też serie pozornie nudne, w których dzieje się niewiele, ale których geniusz skrywa się właśnie w tym powolnym budowaniu świata i sieci nawiązań. Za taki serial można uznać „Better Call Saul”, w którym pozornie nie dzieje się za wiele. Jednak to, co jest siłą dzieła Vince’a Gilligana to właśnie powolna konstrukcja wydarzeń, budowania suspensu i budowanie nawet najmniejszych wątków z pieczołowitą starannością. Każdy kadr ma swoje znaczenie, każda scena ma swoje znaczenie w budowaniu bohaterów i tłumaczy ich poczynania. Geniusz. Nie wyobrażam sobie oglądania „Better Call Saul” raz w tygodniu, te wszystkie drobne detale by mi szybko umknęły.

Minusy

Przede wszystkim – trzeba najczęściej odczekać swoje, zanim cały sezon się skończy. Obecny sezon „Gry o Tron” nadrabiać będę mógł dopiero od września. Nieco świadomie pozbawiam się tematów do rozmów ze znajomymi o najnowszych wydarzeniach z ostatniego odcinka. Jakoś jestem w stanie to przeżyć. Jest jednak coś znacznie gorszego…

Zdecydowanie największym minusem tego sposobu konsumpcji seriali jest ryzyko, na które się wystawiamy, czyli wszędobylskie spoilery. Pamiętam jak postanowiłem pominąć oglądanie zeszłorocznego sezonu „Gry o Tron” na bieżąco. Jak bardzo nie starałbym się unikać informacji o tym oglądanym przez miliony serialu, tak wszystkich spoilerów nie da się uniknąć. Stąd już przed rozpoczęciem swojego weekendowego maratonu wiedziałem, że Hodor… no wiecie, bo pisał o tym niemal każdy na Facebooku czy na Twitterze. Podobnie było w przypadku niedawnego „24: Legacy„, gdzie w połowie sezonu pojawia się pewna, kultowa dla fanów oryginalnych sezonów, postać. Pisali o tym nie tylko widzowie spin-offu (których w Polsce niewielu), ale i serwisy internetowe, które śledzę. Trochę to psuje wrażenia z oglądania, bo mniej więcej wiesz, co się wydarzy i zamiast „co będzie z tym bohaterem!?” myślisz sobie kilka odcinków „kiedy i jak on umiera?!”.

No i jak już nadrobisz cały sezon, chcesz o nim porozmawiać to… Okazuje się, że nie ma z kim, bo ludzie już dawno o tym zapomnieli i nie pamiętają co dokładnie miało miejsce w którym odcinku. Jak dobrze, że zawsze mogę pogadać sam ze sobą.

Podsumowanie

Generalnie, staram się w życiu kierować zasadą, że cierpliwość wynagradza. Dlatego też wolę odczekać kilka tygodni do końca najnowszego sezonu „Gry o Tron”, by następnie pochłonąć całość w jeden weekend. Jestem, co prawda, narażony na spoilery zewsząd: w mediach społecznościowych, komunikacji miejskiej czy biurowej kuchni, lecz jednocześnie wypracowuję sobie umiejętność filtrowania tego, co widzę i słyszę – dzięki temu chociaż część informacji o trwającym sezonie mi umknie. Nie da się tego wyeliminować w całości, lecz jest to ryzyko, na które się godzę, by ostatecznie czerpać radość z najnowszego sezonu w maksymalny możliwy sposób.

Mój serialowy plan na najbliższe tygodnie? Właśnie zakończyłem „Better Call Saul” (przygotuję tekst niebawem!) i mam dość ambitne plany…

  1. „American Gods” – na szczęście mało kto spoilerował
  2. „Ozark” – nowy serial produkcji Netflixa z Jasonem Batemanem, wart testu „trzech odcinków” (to moja kolejna metoda na filtrowanie seriali, o której niebawem muszę napisać!)
  3. „Twin Peaks” – tutaj dużo osób o tym rozmawiało, ale jednocześnie bez żadnych spoilerów – szanuję!
  4. „The Defenders” – akurat w drugiej połowie sierpnia premieta w stylu Netflixa – czyli cały sezon na raz
  5. „Narcos” – już bez Pablo Escobara, ale trzeci sezon zapowiada się bardzo, hehe, wciągająco
  6. „BoJack Horseman” – czwarty sezon tej serii to jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie telewizyjnych show tego roku. Dlaczego? Napisałem kilka miesięcy temu tekst o tym serialu, sprawdź tutaj.

A to plan tylko na najbliższe dwa miesiące… Dzięki temu, że konsekwentnie będę oglądał jeden serial po drugim, a nie naprzemiennie, wiem, że czeka mnie dużo lepsza zabawa. Ciekawe czy wy także zamierzacie skorzystać z mojej metody oglądania seriali. A może macie już opracowany jeszcze lepszy sposób? Dajcie znać!