Jak zmienić życie w dwa miesiące. Na lepsze

zdjęcie

Nigdy nie twierdziłem, że miałem złe życie. Wręcz przeciwnie, ono było doprawdy świetne! Ale nigdy nie ma tak by nie mogło być lepiej. Od dwóch miesięcy jest najlepiej. A przecież będzie jeszcze fajniej!

Dziś mija drugi miesiąc od startu bloga. Dlaczego w ogóle go zakładałem? Bo chciałem, miałem za dużo wolnego czasu (a jego nadmiar szkodzi człowiekowi), bo wiem, że umiem fajnie pisać, a do powiedzenia i napisania mam naprawdę wiele. Do tego czytałem i obserwowałem blogosferę od jakiegoś czasu. Chciałem poznać te wszystkie sławy, a najlepszą do tego drogą było… Założenie bloga.

„Kiedy coś zarobię?!”

Chciałem też by blog pomógł mi w karierze zawodowej. I może nie bezpośrednio, ale pomógł. W ostatnim tygodniu zamieniłem całodniowe siedzenie w fotelu we własnym pokoju przed komputerem na pokój w ładnym biurowcu (boję się tylko, że gdzieś tam jest trotyl…). Pracy będzie dużo więcej, ale cieszę się jak nigdy. Bo hajs też się będzie wreszcie zgadzać.

Czy zakładałem bloga dla pieniędzy? Cóż, wątpię by Facebook chciał się u mnie reklamować. :) O sprzęcie aż tak dużo nie piszę, więc producenci i ich PR’owe działy pewnie nie znajdą u mnie zbyt dużego potencjału. Ale jeśli tak to zapraszam do kontaktu. ;) Nie jestem idiotą, wiem, że po dwóch miesiącach (ba, nawet latach) nie zacznę zarabiać z blogowania. Blogować będę mimo tego, jeśli nie zarobię – trudno, i tak mam z tego wiele innych niematerialnych profitów, jeśli zarobię – tym fajniej.

Ale ja już sporo zyskałem! Nie materialnie, ale moralnie, motywacyjnie, duchowo. Osoby, które wcześniej traktowałem jak celebrytów (oczywiście ze sfery mych zainteresowań) poznałem osobiście. Brzmi to głupio, ale ja zawsze byłem bardzo nieśmiały. Pijaru Koksa widywałem w kilku miejscach, ale podejść przybić piątkę się nie odważyłem. Teraz Kuba podaje mi rękę zanim ja wyciągnę swoją. Mediafun? Widywałem Macieja tu i tam, bałem się zbliżyć niż na mniej niż trzy metry. Wracając z Wrocławia jedliśmy obiad przy tym samym stoliku. A to tylko kilka przykładów. Brzmi jak podniecenie nastolatki na widok Justina Biebera? A niech brzmi. Nikt mi nie zabroni czerpania radości z rzeczy tak przyziemnych.

„Jestę blogerę!”

Co za tym wszystkim idzie… Urosło mi ego. Brak pewności siebie, pewnej dozy bezczelności i samozaparcia doskwierał mi dość często. Not anymore. „Jestę blogerę” utarło się jako manifest grupy społecznej, której coś należy się za darmo. Ja to czuję inaczej. Jestę blogerę – sam kreuje swój świat, kieruję swoim życiem (w miarę możliwości oczywiście) i staram się dawać od siebie coś fajnego innym.

Popularność bloga można budować na hejcie i kontrowersji (trochę jak mój tekst o konkursach na Facebooku), ale i robieniem czegoś pozytywnego (lista miejsc ze specialsami Foursquare’a w Polsce). I te pozytywne są dużo skuteczniejsze, długotrwałe. Dawanie światu czegoś pozytywnego od siebie daje radość innym, a radość ta wraca do Ciebie rykoszetem ze wzmożoną wręcz siłą. I to właśnie ten pozytywny feedback jest najlepszym co mnie spotkało przez ostatnie dwa miesiące. Przytoczę tutaj rozmowę z pewną osobą , której wówczas nie znałem.

Troyann siedzi po branżowej imprezie sam w kącie z piwem, boi się podejść do jednej z kilku grup blogerów. Podchodzi do niego obcy osobnik:

– Cześć, jak tam po debacie?

– A spoko, choć żadnych konkretów.

(…)

– A Ty co robisz w życiu?

– A wiesz, robię social media jednej firmie, prowadzę bloga, na nim staram się coś ruszyć z Foursquarem w Polsce.

To Ty zrobiłeś tę listę?! Serio? Genialna sprawa, gratuluję!

Szczęście wróci do Ciebie rykoszetem

I z tego typu reakcjami spotkałem się już parokrotnie. Nic nie cieszy bardziej od tego. Są jeszcze statystyki, choć nie przykładam do nich zbyt wielkiej wagi (potencjalni reklamodawcy pewnie skończą mnie czytać :) ). Od 10 stycznia do teraz (10 marca, godz. 20) na mojego bloga zajrzało 3243 osób! Myślałem, że przez pierwszy rok czytać będzie mnie tylko garstka znajomych, a tu taki numer!

Oczywiście, to jest bardzo mało w skali polskiej blogosfery i mediów. Ale jednak: sprawia mi to wielką radość. I nie wstydzę się chwalić tym wynikiem, choć porównując do innych jest to śmieszny wynik. Ale mój blog istnieje od dwóch miesięcy, nie promuję go w żaden sposób poza kanałami social media. Ok, jeden post był sponsorowany, ale za 6 złotych. ;)

Podsumowując ten i tak za długi już wpis, dziękuję wam wszystkim. Za to, że czytacie (nawet osoby, których w życiu bym o to nie podejrzewał!), że krytykujecie, że wytykacie, że sugerujecie co zmienić, że się do mnie uśmiechacie, podajecie mi rękę, przybijacie piątki. Blog pomógł mi wyjść do ludzi, gdzie co chwilę otrzymuję pozytywny feedback. Serio. Może i nigdy nie zarobię z blogowania. Ale nie muszę. Wystarczy, że będzie mi to dawało tyle radości co teraz. Założenie bloga to najlepsza decyzja ostatnich miesięcy mojego życia.

Nie odkładajcie spełniania marzeń na później, nie bójcie się robić wszystkiego by je urzeczywistniać. Celem życia każdego z nas jest bycie szczęśliwym – choć każdy to szczęście definiuje na własny sposób. Ja spełniam marzenia i mam teraz więcej odwagi by to czynić. A to dopiero początek.

 

PS. Wpis został zainspirowany wczorajszymi urodzinami mojego kolektywu Shadowplay! Coś co wydawało się szaleństwem działa już sprawnie trzy lata. I wiem, że ta przygoda potrwa jeszcze długi czas. Bo nic nie sprawia takiej radości jak spotykanie tylu osób i dawanie im pretekstu do dobrej zabawy. Chciałbym to samo powiedzieć za trzy lata o blogu.

PS2. Nie sugerujcie się zdjęciem za bardzo. Nie noszę okularów, to są zerówki, które nosiłem dla beki bo miałem świetny humor. Ale fotka powstała tydzień temu, kiedy z najbliższymi spędziłem jeden z przyjemniejszych dni od dawna. Takie dni też budują szczęście. :)