„Kong: Wyspa Czaszki” – recenzja

Niemal trzy lata temu „Godzilla” pokazała nam jak robić klimatyczne, dobre filmy o potworach, gatunku, który zdawał się być, jak same te stwory, na wyginięciu. „Kong: Wyspa Czaszki” to kolejna legenda tego gatunku, po którą sięgają Legendary Pictures oraz Warner Bros.

Wszystko po to, byśmy za trzy lata otrzymali (nie po raz pierwszy) starcie tych gigantycznych milusińskich. Czeka nas więc dość dużo czasu zanim do tego dojdzie, więc możemy bliżej spojrzeć na „Konga”, który właśnie trafił do kin. Punktem wyjścia do rozważań nad legendarną małpą musi być produkcja sprzed trzech lat – „Godzilla„.

Iteracja japońskiego gada w filmie Garetha Edwardsa (to ten typ, co ostatnio dał nam „Łotr 1: Gwiezdne Wojny Historie„) była naprawdę świetna. Otrzymaliśmy film, w którym przez długi czas nie widzieliśmy tytułowego stworzenia, a jedynie skrawki i efekty jego działalności. Do tego, film miał najlepsze zwiastuny w kinie od wielu, wielu lat – takie, które zdradzały naprawdę niewiele. Takie, które nie zdradzały za wiele fabuły, pozostawiały miejsca na dociekania, a co za tym idzie – zachęcały do obejrzenia filmu na wielkim ekranie. Przecież w żadnym z nich nie widzieliśmy głównych szwarzcharakterów tego filmu, a ich ujawnienie w trakcie seansu było dla widza bardzo zaskakujące. Zamiast wykładać wszystko przed premierą, ograniczono się do minimum, budowania klimatu, który panował w filmie. A ten mrok, ta beznadzieja, te wielkie zniszczenia naprawdę były świetne. Do tego, choć bohaterowie nie byli tam najistotniejsi, to jacyś byli.

Jak na tle „Godzilli” wypada „Kong: Wyspa Czaski”? Zwiastuny już dość nam powiedziały i pokazały, więc przed filmem dokładnie wiedziałem czego mogę się spodziewać. I dokładnie to dostałem: prostą do bólu fabułę, bez większych dramatów emocjonalnych, które sprawiłyby, że moglibyśmy się utożsamić z bohaterami, których jest zresztą tu bardzo dużo. Fabuła, którą widzieliśmy już nie raz, nie dwa – grupa badaczy w asyście wojska jedzie w nieznane miejsce, a potem, jak zawsze, COŚ IDZIE NIE TAK. Nie ma tu jednak czasu na budowanie postaci czy relacji między nimi, które są banalnie proste, a kiedy coś im się stanie nie jesteśmy w stanie przejąć się tym bardziej niż sięgając po kolejną garść popcornu.

Z plejady bezbarwnych postaci wybija się zagrany przez Johna C. Reilly’ego – Marlow, który jako jedyny jest ciekawszy niż znane nam już w kinie archetypy postaci: zawadiackiego przystojniaka, ładnej fotografki, oddanego bezdusznie armii pułkownika i naukowca gotowego zginąć za odkrycie czegoś nowego. No serio, kino widziało to już dziesiątki razy. Marlow jest jasnym promykiem wśród zbieraniny archetypów i mięsa armatniego. Do tego już od początku wiemy, że poza Kongiem w nieznanym miejscu przyjdzie nam spotkać inne stworzenia, które czyhają na bohaterów.

Wiem, lekko się czepiam, bo przecież to podręcznikowa definicja filmu o potworach, gdzie tak naprawdę liczą się potwory. Miałem jednak prawo liczyć na to, że producenci i scenarzyści „Godzilli”, która te schematy złamała, otrzymam coś więcej. Szybko okazało się, że nie więc przestałem spodziewać się nagłego zwrotu w tym kierunku. Skupiłem się na tym co istotne – potworach. A te wypadają nadzwyczaj dobrze. Nie tylko sam Król Kong prezentuje się ładnie i dostojnie, ale i pozostałe wyglądają ciekawie i nietypowo. Animacje pachną na kilometr CGI, ale nie jest to tanie CGI, jak w przypadku „King Konga” Petera Jacksona. Czas nam jednak powie, czy te animacje przetrwają próbę.

Starcia z udziałem tych monstrualnych stworzeń także robią wrażenie – to jest kwintesencja tego, co chce się oglądać w tego typu kinie. Doszukiwanie się mocnych i słabych stron niecnych kreatur, starcia między nimi – wszystko to daje ogrom frajdy. Nieźle prezentuje się zwłaszcza mocno ograna w zwiastunach sekwencja starcia helikopterów z Kongiem. A i finał dostarcza niezłych przeżyć.

Wizualnie film stoi na dobrym poziomie, widać inspiracje legendarnymi filmami (kadry niemal żywcem wzięte z „Czasu Apokalipsy” lub „300”), praca kamery robi swoje. Swoje robi również muzyka, która w większości scen jest klasyczną muzyką filmową, lecz w kilku kluczowych scenach wyróżnia się drobnymi, ale niezwykle smakowitymi, gitarowymi akordami inspirowanymi muzyką post-rockową, co bardzo przypadło mi do gustu. Poza tym, mogę jeszcze podkreślić fajne palety barw wykorzystane w postprodukcji, pełne różnych kolorów i kontrastów. Docenić trzeba również dobry montaż, który w wielu miejscach bawi się kadrami – by wspomnieć choćby przejście z potwora pożerającego ludzi w żołnierza pałaszującego kanapkę. Przemyślane zabiegi tego typu sprawiają, że doceniam sztukę montażu coraz mocniej. Naprawdę miłe dla oka kino.

I choć „Kong: Wyspa Czaszki” ogląda się przyjemnie, tak nie odczuwa się w trakcie seansu żadnych większych emocji, a tuż po wyjściu z sali IMAX myśli biegną w innych kierunkach. Nie jest to film, który zapada na długo w pamięć, co zrobił ze mnie choćby obraz Edwardsa o przerośniętej jaszczurce z Japonii. Ale w Konga zwątpiłem już na długo przed premierą – wiedziałem, że nie czeka mnie nic ponad klasyczny monster movie. I tak też właśnie było.