Kryzys scenariusza w kinie

Przyglądając się w ostatnich miesiącach przemysłowi filmowemu można zauważyć, że największe sukcesy odnoszą wielobudżetowe franczyzy: „Gwiezdne Wojny”, „Szybcy i Wściekli” czy „Jurassic World”. Nie nowe produkcje, a kontynuacje historii, które znamy.

Bardzo ciekawą teorię krążącą wokół tego tematu przeczytałem na Consequence of Sound. W kinach mamy coraz więcej franczyz, serii, które część po części sprzedają się coraz lepiej, a trend ten będzie postępować. Coraz mniej liczy się scenariusz (czego najgorszym i najlepszym jednocześnie dowodem jest Batman v Superman: Dawn of Justice), a coraz bardziej po prostu sam fakt, że film jest osadzony w danym uniwersum. Osadzony w galaktykach „Gwiezdnych Wojen” „Łotr Jeden” również zapewne odniesie wielki sukces.

Dlaczego tak jest? W znacznej mierze to efekt protestu samych scenarzystów z lat 2007-2008. Walcząc o swoje prawa doprowadzili wówczas to sytuacji, w której filmy produkowane były bez konkretnego scenariusza, a ten był pisany na kolanie w studio podczas kręcenia zdjęć. A przecież podstawą każdego filmu (czy to dobrego czy złego) musi być scenariusz! Kiedy jednak tworzone bez pełnego udziału scenarzystów filmy odnoszą finansowy sukces, musi to działać na wyobraźnię osób decyzyjnych w filmowych studiach.

Wydaje się, że najlepiej rozumieją to w Disneyu. Najpierw kupili i rozbudowali (z sukcesem) Marvela oraz ich Cinematic Universe, teraz to samo robią z zakupionym Lucas Films i „Gwiezdnymi Wojnami”. Scenariusze nie są w tych produkcjach złe, przede wszystkim są bardzo zachowawcze i bezpieczne, pozwalają budować długie serie, ale wybitne filmy to to nie są – mocno przewidywalne zwroty akcji, niezbyt wysokich lotów dialogi czy żarty.

Ale kryzys scenariuszopisarstwa dotyka nie tylko franczyzy. Przecież nawet „Zjawa„, tegoroczny film Alejandro Inarritu, nie miał wybitnej historii, a swój geniusz opierał głównie na rozmachu i skali widowiska. Dobry scenariusz miał „Sicario„, przyzwoity „Spotlight„, a jednym z najlepszych w ostatnich miesiącach widziałem w „Steve Jobs„. Aaron Sorkin stworzył arcydzieło, które równie pieczołowicie zostało zrealizowane. Szkoda, że nikt tego nie docenił, a film przyniósł straty. 30 milionów budżetu, 34 miliony zarobione na całym świecie, ale żeby film się zwrócił i przyniósł zyski musi przebić budżet dwukrotnie – w budżecie produkcji nie ma przeważnie ujętych kosztów dystrybucji, marketingu i marży samych kin – fajnie to wyjaśniono na łamach serwisu Na Ekranie.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Przemysł filmowy, jak każdy inny przemysł, ma być dochodowy. Jeśli studia filmowe widzą ile mogą zarobić na filmach bez wybitnego scenariusza, realizując kolejne filmy w obrębie danego uniwersum, to po co się wychylać? Nawet ostatni przykład „Batman v Superman” jest dowodem na to, że najgorszy nawet scenariusz może okazać się dochodowy – 827 milionów dolarów zarobione na całym świecie przy „jedynie” 250 bańkach w budżecie.

Scenarzyści mieli pełne prawo protestować, zwłaszcza mając w pamięci strajki zorganizowane 20 lat wcześniej, w wyniku których studia filmowy odczuły bolesne finansowe straty. Czasy jednak się zmieniły, a protestujący scenarzyści osiągnęli chyba efekt odwrotny od zamierzonego, dając podstawy do tego, by stopniowo studia filmowe zaczęły przykładać coraz mniejszą wagę do napisanych scenariuszy. Finansowo wychodzą na tym lepiej. Oby nie oznaczało to kolejnych kiepskich produkcji pokroju „BvS”, bo o ile da się w ten sposób stworzyć dobre filmy, tak sam trend jest mocno niepokojący.

 photo credit: Eurabia sample via photopin (license)