Łysi z bromance: recenzja filmu „Hobbs and Shaw”

Seria „Szybcy i wściekli” dawno już przestała udawać, że opowiada historie o szybkich samochodach. To klasyczne kino superbohaterskie. A kulminacją tego jest pierwszy spin-off – „Hobbs and Shaw”.

Od kiedy cała seria stała się samoświadoma, łączyć niesamowite popisy kaskaderskie z naprawdę dobrymi sekwencjami akcji oraz wszystkimi kliszami swego gatunku – stała się jedną z moich ulubionych kinowych franczyz. Wieści o rozszerzaniu filmów o kolejne spin-offy była więc nie tylko uzasadniona, ale i potrzebna. Decyzja o tym, by na pierwszy ogień rzucić postaci Luke’a Hobbsa i Deckarda Shawa była wręcz idealna – jedno z najgorętszych nazwisk Hollywood i jedno z najgorętszych nazwisk kina akcji wspólnie w jednym filmie? Przepis na sukces, zwłaszcza finansowy. Ale czy sam film też można rozpatrywać w kontekście sukcesu?

Luke Hobbs (Dwayne Johnson) and Deckard Shaw (Jason Statham) team up and face off in „Fast & Furious Presents: Hobbs & Shaw,” directed by David Leitch.

W trakcie seansu filmów tej serii trzeba przeważnie wyłączyć myślenie i wiarę w prawa fizyki oraz logiki. W języku angielskim mamy na to piękne określenie – suspension of disbelief. Nie ma rzeczy niemożliwych. I „Hobbs and Shaw” wykorzystują te zasady to granic możliwości. A niestety, momentami, ją nadużywają. Historia jest oczywiście dziecinnie prosta: światu zagraża wielkie niebezpieczeństwo, a by je powstrzymać dwaj goście, którzy nie do końca się lubią muszą się nauczyć ze sobą współpracować. Uczą się tego dość długo, jakby wcześniej ich mózgi były wyłączone.

Bo generalnie nie mam prawa czepiać się mnóstwa głupotek, które wypełniają ten film. To jest część składowa tej serii. Oczywiste klisze, brak zaskoczeń fabularnych, mnóstwo oklepanych tekstów – do tego trzeba po prostu przywyknąć. Mowa o serii, w której bohaterowie ścigali się z łodzią podwodną i skakali samochodami z samolotu. Jest jednak pewien aspekt, który sprawiał, że to wszystko było zawsze na swój sposób wiarygodne – konsekwencja. A tej w najnowszej produkcji niestety mocno brakuje. Jak wytłumaczyć bohaterkę, która potrafi w mgnieniu oka położyć kilku przeciwników, by w jednej z kolejnych scen nie dać rady ledwie dwum oprychom? Jak wytłumaczyć fakt, że w sześć minut doba przyspiesza o kilka godzin – z ciemnej nocy do jasnego dnia ze słońcem zawieszonym dość wysoko. To wszystko sprawiało, że mimo mojego zawieszenia niewiary wielokrotnie byłem wręcz zniesmaczony niektórymi rozwiązaniami fabularnymi czy logicznymi. To był chyba ten moment, którego „Szybcy i wściekli” nigdy nie przekraczali, co sprawiało, że oglądało się to doskonale. Tutaj delikatne przekroczenie granicy sprawia, że całość mocno traci.

Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z filmem słabym, bo swoją rolę – dostarczenia widowiskowej rozrywki – wciąż spełnia doskonale. Tytułowi bohaterowie i ich relacje wybrzmiewają świetnie, choć szkoda, że najlepsze sceny pokazano już w zwiastunach, bo pozostałe nie są aż tak dobre. Fajnej dynamiki do duetu Johnsona ze Stathamem dodaje Vanessa Kirby, która przez długi czas potrafi ubarwiać całą historię, tylko po to, by pod koniec stać się bierną, mocno stereotypową kobiecą postacią.

Sporym zaskoczeniem było natomiast uwzględnienie w filmie nowych postaci, ale tutaj nie zdradzę za wiele bo wjadę w spoilery, a to były dwa naprawdę świetne zaskoczenia. Zwłaszcza, że zagrali typowych „siebie”. W ogóle, ciężko chyba mówić o aktorstwie w tym filmie, bo niemal każda postać niemal 1:1 odzwierciedla aktora wcielającego się w rolę. Hobbs to typowy The Rock, zabawny, czuły, silny i groźny, Statham to typowy badass z brytyjskim akcentem i kąśliwym poczuciem humoru. Nieco więcej do zagrania miał Idris Elba, który wcielił się w, jak sam o sobie mówi jego bohater, Czarnego Supermana. I wypada w tym całkiem nieźle. Także Vanessa Kirby ma dużo mocnych momentów, ale ograniczenie jej roli w finalnej sekwencji pozostaje mocnym rozczarowaniem.

Kino akcji to też mocne sekwencje akcji i tutaj nie ma zaskoczeń: jest tego dużo. Część nie odbiega od klasyki gatunku, część scen jest mocno inspirowana klasycznymi dla tego kina kadrami, ale parę sekwencji robi wrażenie swoim wykorzystaniem przestrzeni czy warunków akcji. Aha, i Brixton (postać Idrisa Elby) jest nie tylko Supermanem, ale i Batmanem momentami. I Terminatorem. Choć koniec końców i tak wszystko sprowadza się do pojedynku na pięści. O ile generalnie nie ma się czego czepiać na poziomie realizacyjnym tak jednak było parę rzeczy, które nieco irytowały.

Ostatnie części serii „Szybcy i wściekli” to duża pochwała dla pracy kaskaderów, a wiele sekwencji było realizowanych w rzeczywistości (nawet skakanie samochodu między budynkami czy skakanie samochodami z samolotu), ale w „Hobbs and Shaw” zbyt często twórcy obierali drogę na komputerowe skróty. Oczywiście, nie wszystko da się zrealizować w prawdziwym świecie, ale jednak tych efektów było tu nieco za dużo. Ponadto, twórcy mieli tendencję momentami do chamskiego nadużywania kadrów z drona oraz slow motion w finalnej sekwencji, a momentami zbyt szybki montaż przeszkadzał w napawaniu się całością.

Myślałem, że tę serię można jedynie kochać lub nienawidzieć, lecz „Hobbs and Shaw” pokazali mi kolejne uczucia, które można darzyć to uniwersum. Wszyscy jesteśmy w stanie kolejnym filmom wybaczyć wiele, ale dla mnie ta granica została już lekko przekroczona. Nie tylko wpływa to na odbiór filmu, ale i oczekiwanie kolejnych produkcji. Brak konsekwencji budowania narracji i świata rozbija nieco wiarę w wydarzenia na ekranie. Nawet przy zawieszeniu niewiary. I choć jestem szczerze rozczarowany spin-offem, tak nie mogę powiedzieć, że swojej roli nie spełnia. Bo rozrywki dostarcza naprawdę sporo i jestem przekonany, że mankamenty, które mnie denerwowały będą dla wielu wręcz zaletą.

Aha, są sceny po napisach. Trzy. ;)