Mad Max: na drodze rozczarowania

Cały świat nie ustaje w pochwałach, pierwszy blockbuster, który podbił serca uczestników festiwalu w Cannes od dawien dawna. Mad Max: Na Drodze Gniewu nie mógł się nie udać. No i w sumie się udał, ale… Mocno mnie zawiódł.

A ja przecież lubię lubię takie widowiska, pościgi, sceny walki i wybuchy (choć w nadmiarze, jak wszystko, są kiepskie). Wszystko zwiastowało najlepszą od dawna zabawę w kinie. Lepszą niż Fast & Furious 7 czy krytykowana przez wielu, lecz dla mnie bardzo dobra druga część Avengers. Wszystkie zwiastuny i spływające ze świata opinie zapowiadały film, który szturmem zdobędzie moje serce.

A jednak, mimo wielu swoich zalet, nowa część Mad Maxa mnie zawiodła. W trakcie seansu bawiłem się doskonale, lecz opuszczałem salę kinową z „meh” zamiast bananem na mordzie. Dlaczego?

Przepraszam, jest tu fabuła?

Scenariusz filmu jest napisany pod dyktando niesamowitego widowiska, pościgów, walk. I nie mam z tym problemu, takich filmów jest wiele. Jednak nie rozumiem czym tak mocno zachwycił się cały świat, wraz z Cannes. A nawet Sfilmowani, których oceny najczęściej zwykłem podzielać. No więc fabuły niemal tu nie ma, dialogów także. A tytułowy bohater częściej wydaje pomruki niż cokolwiek powie.

Mało postapo w postapo

Kocham tematykę postapokaliptyczną właśnie ze względu na to, że budowany jest klimat czegoś, z czym (przynajmniej mam nadzieję) nie przyjdzie nam się w życiu zmierzyć. Beznadzieja, upadek ludzkości, nicość – to jest dla mnie esencją dobrego postapo. Tutaj gdzieś to jest, ale na trzecim planie. Poza kilkoma wątkami ten film mógłby się rozgrywać równie dobrze w obecnych czasach. Co prawda, wszyscy musieli by się czymś mocno porobić (i na pewno nie byłby to jedynie alkohol), ale zabrakło mi zbudowania gęstszego klimatu.

Szaleństwo odbiera mowę

Jak wspomniałem, Max jest na tyle szalony, że praktycznie nie wypowiada żadnych kwestii. Ok, może być to przejawem szaleństwa, lecz trochę brakuje mi głębszego wniknięcia w bohatera. Za mało go poznajemy, by móc się z nim w pełni utożsamiać. Więcej w tym filmie akrobacji, uderzeń i popisów kaskaderskich Hardy’ego niż gry aktorskiej. A trochę szkoda, bo go lubię i nieco mi go brakowało.

Nie zabijać pięknych kobiet!

Pomiń poniższy akapit jeśli filmu nie widziałeś, bo jest tutaj mocno ukryty, ale jednak spoiler.

Cały film jest przepiękny, lecz ma jeden bardzo ważny atut dość szybko zostaje wyeliminowany. Na szczęście piękno to pojęcie bardzo subiektywne, więc Tobie może się spodobać bohaterka, której uda się przeżyć film do jego finału.

KONIEC SPOILERA

Może się czepiam i powyższe cztery punkty wcale nie zniechęcą was do obejrzenia tego filmu. Ba, ja nie chcę was od tego odwieźć, bo to nadal bardzo dobre dzieło filmowe. Chciałbym jednak nieco ostudził oczekiwania, tak rozpalone jak moje. Wiem, że wielu z was może przymknąć oko na wymienione przeze mnie mankamenty i uzna to za film roku. I wcale się nie zdziwię, ponieważ…

CHARAKTERYZACJA! O matko, czegoś takiego dawno nie widziałem. KASKADERZY! Efektów komputerowych w tym filmie jest niewiele, są za to popisy prawdziwych, a nie narysowanych w programie graficznym, kaskaderów. POŚCIGI! Wszystko dzieje się tak szybko, że aż czuje się te wertepy pod sobą. MUZYKA! Niby typowa muzyka filmowa, ale… Nie. Przygotowana we współpracy z Junkie XL, czyli osobą, która majstrowała też przy soundtrackach do Matrixa. Bębny, gitary, wszystko idealnie wkomponowane w film.

Tak, mimo mojego rozczarowania, to nadal bardzo dobry film. Być może mój zawód spowodowany jest zbyt wygórowanymi oczekiwaniami, nie wiem. Tak czy siak, jest to widowisko piękne dla oczu i uszu.

Daję mu ocenę: 7/10

A liczyłem na solidne 9/10…

  • „Fabuły niemal tu nie ma, dialogów także. A tytułowy bohater częściej wydaje pomruki niż cokolwiek powie.”

    Max jest taką postacią. Stracił wszystko, co było dla niego ważne w życiu, teraz stara się jedynie przetrwać, nie budując żadnych relacji z napotkanymi postaciami – dobrze wie jak się to kończy. Stąd też takie, a nie inne zakończenie (spoiler), gdzie Hardy znika w tłumie. Był tam czystym przypadkiem, zdobył sympatię i zaufanie, pomógł kobietom, bo potrzebowały pomocy, a pozostała w nim resztka moralności nie pozwoliła odjechać w siną dal, mimo iż taki był jego pierwotny zamiar, co widać w scenie poznania Maksa i Furiosy. Wystarczyło tak niewiele, aby zrozumieć motywacje postaci, poczucie beznadziei i to chwytanie brzytwy w obliczu nadchodzącej śmierci – George Miller nakreślił postaci kapitalnie.

    „Mało postapo w postapo. Beznadzieja, upadek ludzkości, nicość – to jest dla mnie esencją dobrego postapo.”

    Zachęcam do obejrzenia dwóch pierwszych części, tam znacznie więcej uwagi poświęcono tym wątkom. Z każdym kolejnym filmem odchodziliśmy coraz bardziej od znanej nam rzeczywistości. W pierwszej części funkcjonuje jeszcze policja, więc ktoś jeszcze stara się utrzymać ten świat w ryzach. Dwójka jest już post-apo jakie znamy z Falloutów i Borderlands, gdzie świat powoli tworzy nowe religie, zgrupowania, odcina się grubą krechą od przyjętych niegdyś standardów. „Fury Road” to już jest jazda bez trzymanki, wydaje się, że jedyną pozostałością starego świata jest gitara szarpidruta i względna moralność Furiosy i Maksa. Ten świat już dawno zapomniał o tym, czym była ludzkość i społeczeństwo. Modlą się tutaj do ołtarza z kierownic, a kobiety doi się jak krowy…

    „Tutaj gdzieś to jest, ale na trzecim planie. Poza kilkoma wątkami ten film mógłby się rozgrywać równie dobrze w obecnych czasach.”

    To wycinek historii ze świata, który był już zarysowany w trzech innych filmach. Skoro to część serii, to czy było konieczne budowanie tego świata dla kolejnego pokolenia? Pomysł był prosty – konwój jedzie od miejsca A do B, pełno akcji i szalonych akrobacji. Moim zdaniem nie było tu czasu na rozbudowywanie świata bo ucierpiałoby na tym tempo filmu. Nie mniej jednak backstory i nakreślenie sylwetek postaci było dokładnie w punkt – na tyle dużo bym się przejmował losami Furiosy i panienek, na tyle mało, że nie burzyło to skrzętnie budowanej, dynamicznej rozpierduchy. Dodatkowo całość jest na tyle uniwersalna (co podkreśliłeś pisząc, że mogłaby się rozgrywać w dowolnym świecie), że nie jest konieczna znajomość serii, aby wciąż kapitalnie się bawić.

    „Na szczęście piękno to pojęcie bardzo subiektywne, więc Tobie może się spodobać bohaterka, której uda się przeżyć film do jego finału.”

    Rozumiem, że Charlize Theron nie przypadła ci do gustu? :D To miała być heroina, kobieta walcząca. Od świecenia tyłkiem były pozostałe panie, których taka właśnie była rola w tym „społeczeństwie”.

    „Może się czepiam i powyższe cztery punkty wcale nie zniechęcą was do obejrzenia tego filmu”

    Czepiasz się, tym bardziej, że sam lubisz ten film. Nagłówek to imo jedna wielka prowokacja: „Na drodze do rozczarowania”? Serio? :D W obliczu ogromnego hype’u polecam podejście „nie uwierzę, dopóki sam się nie przekonam”, nie ma co się nakręcać i oczekiwać cudów, bo wtedy zawsze wyjdziesz z sali z lekkim uczuciem zawodu i niespełnionych oczekiwań.

    Jak dla mnie kapitane kino akcji w starym stylu, którego jest tak niewiele w obecnych czasach. Kilka półek wyżej nad ostatnią częścią Avengers, a dzięki wykorzystaniu tak małej ilości komputera, nie zestarzeje się tak prędko jak komputerowo wygenerowany Hulk i Hulkbuster, walczący w komputerowo wygenerowanej scenerii. ;) Amen.

  • Aleś poemat dowalił!

  • A odpowiadając merytorycznie: jasne, masz rację. Pewnie nadrobienie poprzednich filmów dałoby mi lepszy ogląd na całe uniwersum.

    Co do oczekiwań: nie czytałem żadnych recenzji, jak zawsze. Chcę wchodzić do kina z carte blanche oraz wychodzić z własną opinią. Jednak w tym przypadku hype’u nie dało się uniknąć, więc nie wiedziałem czego się spodziewać, oprócz tego, że jednak nieco więcej. :)

    Ty masz rację, ja mam rację – odbieramy po prostu ten film nieco inaczej.

  • Rzadko komentuję, ale jak już się zdarzy to z jebnięciem. :D

  • Stąd dodałem kilka groszy celem uzupełnienia. Gdyż wady, które wymieniłeś nie są wadami w sensie stricte, to raczej kwestia odbioru poszczególnych elementów. :) Ja idę jutro drugi raz, tym razem w 2D. #badumtss

  • Jasne, dlatego nie jestem krytykiem filmowym, a blogerem. Nie oceniam filmu, opisuję swoje wrażenia.

    Ja byłem na 2D właśnie. Połowę taniej niż 4DX. [*]

  • Pingback: Wiedźmin jedzie do Hollywood - Troyann.pl()