Milczący powrót Scorsese, czyli recenzja filmu „Milczenie”

Martin Scorsese zaliczany jest do grona najważniejszych reżyserów w Hollywood, kiedy więc na jaw zaczęły wychodzić informacje o jego nowym projekcie – ciężko było nie interesować się tematem. „Milczenie” trafiło już do polskich kin, ale czy warto dać mu szansę?

Ja nie wahałem się ani chwili. Nie samo nazwisko reżysera mnie interesowało, ale i udział w nim Andrew Garfielda, którego kariera po „Przełęczy Ocalonych” zdaje się nabierać rozpędu, Adama Drivera, który dobrze wypadł w niedawnym „Patersonie” oraz Liama Neesona, którego lubię z urzędu. Do tego sama historia zapowiadała się co najmniej ciekawie, a zwiastuny zapowiadały piękne zdjęcia. Co z tego się udało?

Trafiamy do XVII-wiecznej Japonii wraz z dwójką bohaterów, chrześcijańskimi duchownymi (Garfield jako ojciec Rodrigues i Driver jako ojciec Garupe), którzy pragną odnaleźć swojego duchowego mentora, który przepadł w dalekim kraju wskutek prześladowań wyznawców tej religii. Dość szybko poznajemy los ciemiężonych przez władców prowincji Japończyków, którzy wyznają wiarę rzymskokatolicką. I na tym wrogim terenie operować muszą nasi bohaterowie. Było w tym coś ciekawego i pociągającego – nie dość, że sama Azja dla wielu z nas wydaje się egzotyczna, tak jeszcze ukazanie jej w epoce sprzed ponad trzech wieków wydawało się niezwykle interesujące. I choć obserwujemy to właściwie do samego finału, tak niestety ciekawość z czasem zaczęła ustępować dłużyznom.

I dobrze, ja rozumiem, że cały film miał być spokojny, powolny, w końcu trwa niespełna trzy godziny i choć do samego końca jest ciekawy, to właśnie wydaje się lekko za długi. Paradoksem w tym wszystkim wydaje się fakt, że kiedy zastanawiałem się, które sceny można by w tym filmie wyciąć to… ciężko mi znaleźć cokolwiek. Bo każda ma równą wagę. I choć kulminacja jest, hmmm, dyskusyjna i zapewne w innym filmie wybuchłbym śmiechem, tak tutaj czuć jednak dużą wzniosłość i powagę.

To rozmywa nieco przekaz filmu, który moim zdaniem jest bardzo ważny i warto go zinterpretować biorąc pod uwagę współczesne wydarzenia: migracje i umiejętność dostosowania się imigrantów do lokalnej kultury. Bo o tym właściwie jest ten film. Pokazuje, że nie warto ludziom jechać do innego kraju i narzucać jego mieszkańcom czegoś na siłę. Kiedy jednak poznamy lokalną kulturę, zaadaptujemy się do niej, możemy znaleźć coś lepszego niż pierwotnie chcieliśmy znaleźć.

Ciężko przyczepić się do kreacji Garfielda, który ostatnimi dwoma filmami zapracował sobie u mnie na opinię naprawdę dobrego aktora. A przecież po „Niesamowitym Spidermanie” tak bardzo mnie denerwował. Pod skrzydłami Scorsese, podobnie jak u Gibsona, jest jednak w pełni wiarygodny i choć czasem zdaje się przeszarżować w niektórych scenach, tak nigdy nie przekracza granicy dobrego smaku i wyrachowania. Driver wypada u jego boku poprawnie, zaś Neesona oglądamy niestety za krótko, by podziwiać jego kunszt. Świetnie wypadają za to japońscy aktorzy, których gra jest niesamowitym dodatkiem do całości.

W kwestii realizacji, w pełni zasłużona nominacja do Oscara powędrowała do Rodrigo Prieto za zdjęcia. Piękne, w większości statyczne kadry są pięknie uchwycone ręką Meksykanina. Pięknie oddają scenerię nie ujarzmionej jeszcze Japonii. Bardzo dobrze przygotowano poszczególne scenografie i kostiumy. Co ciekawe, w filmie nie ma w ogóle muzyki, chyba że weźmiemy pod uwagę rytualne dźwięki odgrywane na ekranie przez japońskich wieśniaków. To zaś zdaje się być idealnym tłem do tytułowego milczenia.

To wszystko sprawia, że nowy film Scorsese, choć ważny, wiarygodny i ładny, może być jednak trudny w odbiorze. Dłużyzny są, choć ani razu nie zdarzyło mi się spojrzeć na zegarek, co świadczyłoby o znudzeniu. Pod koniec człowiek może być znudzony, ale wciąż chce poznać koniec tej historii. Traktuję to jako atut. Bo choć „Milczenie” daje do myślenia na kilka chwil po filmie, tak nie zostaje w pamięci na dłużej.