Music is everything – relacja z Up To Date Festival 2018

Białostocki Up To Date Festival po raz kolejny dał mi do zrozumienia dlaczego jest moim ulubionym festiwalem w Polsce.

Na pierwszy rzut oka lineup tegorocznej edycji nie wywoływał u mnie nadzwyczajnie wielkiego wyczekiwania, a jednak okazało się, że byłem świadkiem kilku chwil, które były jednymi z najlepszych w historii Up To Date, w których uczestniczyłem. A była to już, a może jednak dopiero, moja czwarta edycja. Organizatorzy co roku wkładają wiele pracy w to, by na ich festiwalu poczuć się najlepiej. I choć powinienem się do tego przyzwyczaić, tak każdego roku jestem zaskoczony, że czuję się coraz lepiej. Bo oni wciąż podnoszą sobie poprzeczkę i potrafią ją przeskoczyć.

Nie miałem zbyt wygórowanych oczekiwań, a na papierze zestaw artystów nie wyglądał może tak imponująco jak przed dwoma laty, ale to nie zestaw artystów sprawia, że Up To Date jest taki uzależniający. To podlaska serdeczność, kameralność i coraz mocniej wybrzmiewające z każdą kolejną edycją poczucie festiwalu DIY. Robionego dla ludzi, przez ludzi.

Stąd przymykanie oka na pewne niedociągnięcia (a w tym roku sporo zostało wyeliminowanych) oraz coraz wyraźniejszą obecność sponsorów: oranżady Hellena i przekąski Doritos były w tym roku bardziej niż widoczne, a to nowe marki obecne na festiwalu. W pawilonie przygotowanym przez ruszającą w Polsce markę chipsów można było sobie zrobić nawet tatuaż, a dostępny za darmo produkt sprawił, że opakowanie po nim można było znaleźć w najmniej spodziewanych miejscach na festiwalu.

Chcesz tatuaż za darmo? Spoko, ale nie wiesz co będziesz miał wytatuowane!

Znacznie lepiej została zaaranżowana przestrzeń stadionu w roku obecnym niż w trakcie poprzednich dwóch edycji. Stoiska z merchem przeniesiono w nowe miejsce obok sceny Czwórki, zwalniając tym samym korytarz logistyczny prowadzący na dwie najważniejsze sceny festiwalu. To pozwoliło szybciej poruszać się po terenie festiwalu, choć mam wrażenie, że w tym roku było znacznie tłoczniej niż w poprzednim, a więc i tak nie było lekko.

Przejdźmy jednak do meritum, najważniejszej kwestii każdego festiwalu – muzyki. Pierwszego dnia nie zdążyłem dotrzeć na Centralny Salon Ambientu w Operze i Filharmonii Podlaskiej, więc od razu udałem się na stadion. Pierwszy występ, na który się załapałem to mocno wyczekiwany Lanark Artefax, którego niedawny występ na Berlin Atonal przeszedł głośnym echem przez środowisko muzyki elektronicznej. Na scenie Beats byłem świadkiem niesamowitego muzycznego doświadczenia oscylującego wokół muzyki Telefon Tel Aviv pomieszanego z Amonem Tobinem z czasów albumu „ISAM” oraz filtrowaniem tego przez zupełnie nowe motywy. Robiło to kapitalne, świeże wrażenie, natomiast… Nie była to muzyka łatwa do słuchania. Brak rytmu, mocne przekształcenia dźwięku brzmiały doskonale, ale umysł nie potrafił za tym nadążyć i szybko zaczął się męczyć, zwłaszcza, że na scenie nadużywano nieco stroboskopu. Po pół godziny udałem się na „odpoczynek” czyli na scenę Pozdro Techno, gdzie dobrą robotę robili The Exaltics, a chwilę później E.R.P.

Po krótkim spoczynku wyczekiwałem występu Silent Servant, jednego z najważniejszych punktów tegorocznego programu i… Cóż to było za widowisko! Pełen energii, żywiołowy live był w stanie wyzwolić ostatki energii nawet z najbardziej letargicznych osób. Była to jednak jedynie przystawka do tego, co po nim zaprezentował Phase Fatale. Autor jednego z moich ulubionych albumów 2017 roku oraz doskonałej EP-ki z lipca swoją muzyką stał się niemalże walcem i rozjechał niemal każdego. Sięgał po swoje najlepsze nowe, ale i starsze produkcje, aranżując je w bardziej taneczne niż na albumach dźwięki. Szybciej, mocniej lepiej. Doskonale. Byłem pod wielkim wrażeniem tego, co ten gość tam zaprezentował. Niestety, na tym występie wyczerpałem niemal wszystkie zapasy energii, której nie starczyło już by dotrwać do występu Luxor, czyli wspólnego projektu Antigone’a i Shlomo. A wiele osób mówi, że przegrałem życie. Cóż, nie po raz pierwszy.

Silent Servant

Drugiego dnia Centralny Salon Ambientu miał się odbyć, po rocznej przerwie, ponownie w Pałacu Branickich, gdzie przed dwoma laty przeżyłem piękne, muzyczne katharsis z udziałem Michała Wolskiego czy Acronyma. Wiele zapowiadało, że oczyszczenie się powtórzy, albowiem głównym punktem wieczoru miał być Abul Mogard, czyli wybitny artysta, którego tożsamość nie jest publicznie znana.

Występując w barokowej sali przy wyłączonym świetle, za specjalną kotarą osłaniającą jego wizerunek oraz z pięknymi wizualizacjami rozświetlającymi momentami wnętrze doznałem jednego z najpiękniejszych momentów tego roku. I prawdopodobnie najlepszego występu w ramach Centralnego Salonu Ambientu, spośród tych, w których dane mi było uczestniczyć. Abul Mogard swoją głęboką, przejmującą muzyką dotarł do najgłębszych zakamarków mojej duszy zadając mi wiele niewygodnych pytań o sens życia. Przytłaczające i piękne doświadczenie.

Abul Mogard

Ciężko było po nim przejść do stadionowego, festiwalowego porządku. Pomógł w tym ciekawy występ Abu Zeinaha, który pokazał publice ciekawy, przestrzenny, ale i dynamiczny zestaw produkcji. Ten gość zasługuje na to, by zrobiło się o nim głośniej na polskim podwórku. Przez dłuższy czas nie mogłem sobie znaleźć potem czegoś lepszego do posłuchania: Kamp to nie moja bajka, Crossing Avenue było fajne, ale niczym się nie wyróżniało, a Suicideyear na żywo mocno mnie rozczarował. Wiedziałem jednak, że to dobry moment na zebranie sił przed intensywnym finiszem festiwalu.

I słusznie zrobiłem, bo już dwugodzinny występ Cio D’oR potrafił z człowieka wypompować sporo sił. Piękny występ, w którym melodyjne motywy mieszały się z mocnym bitem i przegiętym basem. To był zdecydowanie najciekawszy i najświeższy występ na tym festiwalu i bardzo się cieszę, że trwał aż dwie godziny. Bardzo dobrze wypadł chwilę później japoński producent Wata Igarashi, w którego grze dało się znaleźć sporo świeżości i polotu, ale to był jedynie przedsmak tego, co miało na scenie nastąpić za kilka chwil.

Rrose <3

Rrose, z wielu powodów bardzo istotny dla mnie artysta, po którego występie właściwie nie wiedziałem czego się spodziewać, więc nie robiłem sobie zbyt wielkich nadziei. A okazało się, że było lepiej niż jakkolwiek mógłbym się spodziewać. Przestrzennie, głęboko, mrocznie, mocno, momentami nawet melodyjnie – występ praktycznie idealny muzycznie. A kiedy usłyszałem motyw z mojego ukochanego „Sensation” to przeżyłem eargasm. Najlepszy moment (z tych dobrych, bo Abul Mogard, choć wybitny, działał na innym spektrum emocji) festiwalu.

No i znowu, znowu ekipa odpowiedzialna za festiwal sprawiła mi naprawdę miłą niespodziankę. Niby za każdym razem wiesz jak będzie: muzycznie bardzo dobrze, w ciekawej scenerii, wśród sympatycznych ludzi, z odczuwalnym wszędzie klimatem DIY. A potem trafiasz w to miejsce i po raz kolejny jesteś oczarowany faktem, że jest coraz lepiej. Niesamowite jest to jak ten festiwal się rozwija, ewoluuje i idzie w dobrym kierunku nie zabijając jednocześnie swojego skromnego, kameralnego klimatu. I nawet coraz liczniejsi sponsorzy nie są w stanie temu przeszkodzić, bo ich obecność jest przemyślana i sensowna. Up To Date pozostaje nadal moim ulubionym polskim festiwalem, a rytuał kończenia lata w Białymstoku będzie rytuałem porównywalnym z wyjazdem do rodziców do Gdańska na Boże Narodzenie – no nie wypada tego czasu spędzić inaczej.

Więcej zdjęć: