Muzyka – dziennik mojego życia [i konkurs]

Muzyka to jeden z najważniejszych elementów mojego życia. Ba, stanowi niemalże swego rodzaju pamiętnik, do którego dopisuję nowe strony każdego dnia. Także w trakcie ostatnich wakacji.

Muzyka towarzyszyła mi w życiu od samego początku dzięki rodzicom. Zagnieździła się w mojej duszy tak głęboko, że doszedłem momentu, w którym jestem w stanie przywołać wspomnienia z danego okresu życia słuchając wybranych albumów.

Marka Qilive, producent bezprzewodowych słuchawek (dostępnych jedynie w sieci sklepów Auchan), które w ostatnich dniach pomagały mi zapisywać kolejne wspomnienia w moim życiu, poprosiła mnie o opisanie tego zjawiska, a także sprezentowanie wam jednej pary. A warto o nie powalczyć, bo choć początkowo byłem sceptyczny wobec niezbyt popularnej (jeszcze!) marki, ale po niemal dwóch tygodniach z nimi jestem szczerze oczarowany. Ale do momentu, w którym je wygrywacie jeszcze dojdziemy.

Wielokrotnie podkreślałem, że serwis last.fm, z którego od 2006 roku korzystam do zapisywania całej muzyki, której słucham jest dla mnie najważniejszym serwisem w życiu. Swego rodzaju pamiętnikiem, którego kolejne strony zapisuję codziennie. Przeżyłem upadek Winampa i MySpace, ale upadek Lasta byłby dla mnie prawdziwą tragedią. To dzięki niemu mogę wracać do konkretnych dni z przeszłości i sprawdzać cóż tego dnia zdominowało mój nastrój. Są jednak w życiu momenty oraz dni, których sprawdzać nie muszę, bo pamiętam je zbyt dobrze.

Przebrnijmy jednak przez kolejne etapy mojego życia, naznaczone zupełnie innymi wpływami muzycznymi.

Dzieciństwo

Czyli okres, w którym człowiek ma niewielki wpływ na to, czego słucha. Dobrze widać to po tym, co wpadało w moje uszy w pierwszych latach życiach. Moja mama miała bardziej brytyjski gust: Joy Division, Massive Attack, The Smiths, Oasis i Radiohead. Doszło wręcz do tego, że kiedy po wielu latach samodzielnie wróciłem do albumu „Unknown Pleasures” to doskonale wiedziałem jaki utwór będzie następny, choć jako świadoma osoba słuchałem go pierwszy raz w życiu! Nieco inne klimaty wpajał mi ojciec, bardziej grunge’owo-amerykańskie. Z tego grona najbardziej pamiętam R.E.M., Nirvanę, Soundgarden i The Smashing Pumpkins. Sam jednocześnie eksplorowałem inne, niezbyt chwalebne kierunki muzyczne: De Mono, Backstreet Boys czy Spice Girls, do których nawet wysłałem ręcznie napisany list na adres z etykiety kasety. Ciekawe czy go odczytały…

Gimbaza

Jakoś pod koniec podstawówki, a już mocniej w gimnazjum zacząłem poszukiwać własnej muzycznej tożsamości. Mając już w domu komputer i telefoniczny internet można było eksplorować więcej niż kolekcję płyt i kaset rodziców oraz telewizje muzyczne. W ten sposób zabrnąłem w rejony Linkin Park, który został pierwszym zespołem, który szczerze pokochałem. Zresztą, ich muzyka towarzyszy mi do dziś. Nie wyobrażam sobie sprzątania do muzyki innej niż „Hybrid Theory”. Pamiętam też odkrycie albumu „Reanimation” w trakcie pierwszej wycieczki do Barcelony. To był mój pierwszy, w pełni świadomy, kontakt z muzyką elektroniczną, co mocno wytyczyło kierunek ewolucji mojego gustu w późniejszych latach. Poza zespołem nieodżałowanego Chestera Bennigtona i spółki, w tych latach szkolnych upokorzeń towarzyszyły mi Korn, System of a Down, Rage Against The Machine.

Licbaza

Kierunek ten rozwijałem jeszcze szybciej jako nieco bardziej świadoma jednostka w liceum. Komputery z coraz większymi dyskami pozwalały kolekcjonować coraz więcej muzyki, a gry typu Need For Speed miały genialne ścieżki dźwiękowe, które pozwalały mi poznawać kolejnych artystów: Lost Prophets, Blindside i przede wszystkim Deftones, które w moim serduszku zastąpiło Linkin Park. Wciąż Chino Moreno jest jednym z niewielu moich idoli… Jednocześnie lata liceum to wybuch mody na indie: The Strokes, Bloc Party, Kasabian. Długo się tej modzie opierałem, ale spędzając mnóstwo dobrego czasu z przyjaciółmi wielbiącymi tę muzykę ciężko było nie sympatyzować z nią. Zresztą, to był ten moment życia, kiedy zaczynałem otwierać się na znacznie szersze pojmowanie muzyki. Moja niespełniona miłość lat licealnych wsłuchiwała się w w trip-hopy, więc i ja zacząłem słuchać intensywnie Massive Attack, Portishead czy DJ Shadowa i UNKLE. Po odkryciu faktu, że poboczny projekt Chino Moreno z Deftones, Team Sleep, także jest w pełni elektroniczny zacząłem fascynować się elektroniką.

Open’er 2007

Wielki przełom. Jemu poświęciłem już osobny tekst. Pamiętam tamte dni oraz miesiące poprzedzające ten okres zbyt doskonale.

To, co działo się potem ciężko jednoznacznie skategoryzować. Wydaje mi się, że zasmakowawszy w tak różnorodnej muzyce wyruszyłem w przygodę, która trwa do dziś i dalej będzie trwać – swobodne pokonywanie meandrów różnorodności muzyki.

Kilkanaście dni temu była dziesiąta rocznica wydania najważniejszego, jak na razie, albumu mojego życia – „In Rainbows” Radiohead. Pamiętam jak intensywnie słuchałem go, kiedy 25 sierpnia 2009 roku jechałem na ich koncert w Poznaniu. Wspomnienie tego dnia wciąż jest we mnie żywe. Zresztą nie tylko we mnie. Osoba, którą poznałem od rozmowy o tym koncercie jest obecnie moją wielką przyjaciółką. I wraz z nią zaliczyliśmy kolejny koncert Radiohead – rok temu w Berlinie.

Jeździłem na festiwale, gdzie poszerzałem horyzonty. Na nich poznałem przyjaciół, którzy pokazywali wiele nowego. Wszystkie te momenty pamiętam zbyt dobrze. Kto mi pokazał dany zespół, kiedy pierwszy raz usłyszałem nazwę „Warpaint” czy „Broken Social Scene”.

 

Początek „kariery” (XD) DJ’a

Polubiwszy dość łagodne elektroniczne momenty – jak choćby ukochany początkowo Royksopp nadszedł moment eksploracji coraz mocniejszych  i bardziej tanecznych dźwięków. A kiedy zimą 2010 roku dziwnym trafem zacząłem grać jako DJ pojawiła się także zajawka na Vitalica, The Bloody Beetroots, F.O.O.L. czy Boys Noize’a. Generalnie, od początku obecnej dekady coraz mocniej wędrowałem w kierunku elektroniki, a zabawa w DJ’a bardzo to przyspieszyła. Jak zresztą całe moje życie.

Nie zapominałem jednak o gitarowych korzeniach. Pokochałem The National. Pamiętam jak zakochany chodziłem po jesiennym Paryżu słuchając dopiero co wydanego albumu „The Suburbs” Arcade Fire. Kilka miesięcy później z ówczesną ukochaną wspólnie byliśmy na ich koncercie. Przeprowadzka do Warszawy – odkrycie Andy Stotta, wielka miłość do Nosaj Thing.

Kierunek – techno

Zawirowania w życiu – obranie kierunku na techno. Pierwsze Audioriver, pierwsza wizyta w Tresorze. Zapałanie miłością do głębokiego, włoskiego techno i sceny muzyki elektronicznej. Aż założyłem o tym bloga. Zrobiłem krótki film dokumentalny o najlepszym klubie w Polsce – Sfinks700, gdzie kilka lat wcześniej występowałem jako DJ.

To wszystko jednak bez zapominania o korzeniach. O tym, co wpoili mi rodzice i o tym co odkrywałem przez te wszystkie lata sam. Dzisiaj wciąż uważnie śledzę premiery płyt Radiohead, The National, Slowdive czy Broken Social Scene (najlepsze trzy płyty tego roku!). Nadal sprzątam mieszkanie słuchając Linkin Park. A gdy w pracy potrzebuję motywacji to w słuchawkach rozbrzmiewa głos Chino Moreno. Nadal, słuchając tych wszystkich płyt jestem w stanie przypomnieć sobie w jakim momencie życia byłem słuchając ich po raz pierwszy. To melodie są atramentem zapisującym kolejne rozdziały mojego pamiętnika.

Tegoroczne wakacje już jakiś czas temu się skończyły. I choć za mną aż trzy festiwale muzyki elektronicznej (Tauron Nowa Muzyka, Audioriver oraz Up To Date), to o dziwo nie elektroniczny album zapadnie mi w pamięć najbardziej. Będzie to najnowszy, wydany po siedmiu latach przerwy, album „Hug of Thunder” zepsołu Broken Social Scene, na który dość mocno czekałem. A gdy się doczekałem to pochłonął mnie całkowicie. Dodajmy do tego fakt, że przez Polskę przetoczyła się fala protestów i nikogo nie powinno dziwić, że dla mnie utwór „Protest Song” zawsze będzie przywoływał lato 2017 roku.

Ciekawe czy wy też macie jakąś piosenkę, która wam minione lato przypomni? Jeśli tak, to przyznajcie się śmiało. Dlaczego?

Bo będziecie mieli okazję wygrać słuchawki marki Qilive. Kiedy się do mnie zgłosili z pomysłem opisania swojej muzycznej drogi byłem podekscytowany, bo ten tekst chciałem napisać już od dawna. Od niema dwóch tygodni używam ich zamiast moich ukochanych dokanałowych słuchawek i jakoś nie mam ochoty do nich wracać. A musicie wiedzieć, że jestem zwolennikiem okablowania w przypadku słuchawek i zdecydowanie bardziej wolałem dokanałowe.

Dałem się jednak przekonać, no i… Jestem pod większym wrażeniem niż myślałem, że mogę być. Nie dość, że niebrzydkie, co nie jest najważniejsze, to i brzmią bardzo dobrze. Nie musiałem się w ogóle bawić equalizerem w Spotify, by osiągnąć zadowalający mnie stopień dźwięku. Dodajmy do tego sprytne zabiegi do sterowania głośnością czy utworami i otrzymujemy solidny sprzęt w dobrej, jak na bezprzewodowe słuchawki tej jakości, cenie. A myślałem, że już zawsze pozostanę zwolennikiem staroświeckich kabli. :)

KONKURS

No i teraz niespodzianka, bo jedna para Qilive Q.1007 może trafić do was!  W jaki sposób? Spokojnie, to nic trudnego. Przynajmniej jeżeli jak ja kochasz muzykę i masz z nią wiele dobrych wspomnień. Wystarczy odpowiedzieć w komentarzu poniżej na dwa pytania:

  1. W jaki sposób nawigować w słuchawkach przełączaniem odtwarzanych utworów?
  2. Moją piosenką lata 2017 jest „Protest Song” zespołu Broken Social Scene, a Twoją? Jakie wspomnienia wywołuje?

Pierwsze pytanie jest proste (spokojnie, możecie korzystać z porad wujka Google), a drugie, cóż, wiele tu zależy od waszej inwencji i miłości do muzyki. Wybiorę odpowiedź, która najbardziej mnie oczaruje / urzeknie / przekona. Zwycięzca otrzyma od marki Qilive słuchawki Q.1007, te które mnie tak oczarowały. I będziecie mogli wspólnie pisać kolejne, muzyczne rozdziały życia.

Konkurs rozpoczynamy dziś, a kończymy za tydzień – 1 listopada 2017 o 23:59. Zwycięzców wyłonię do 3 listopada i ogłoszę edytując tekst, który właśnie czytasz. :)

ROZWIĄZANIE KONKURSU

Kurczę, zgłoszeń może nie było wiele, ale wszystkie bardzo dobre. I miałem sporą zagwozdkę – wybrać osobę, która opowiedziała o utworze, który bardzo mi się podoba czy też najciekawszą historię wokół wskazanego utworu?

Ostatecznie jednak, zdecydowałem się na historię o miłości i techno Aleksandry Woźniak. Bo czytając tę opowieść miałem co chwila flashbacki do swojej historii sprzed lat kilku. A jak dowiódł cały powyższy tekst – jestem bardzo sentymentalną osobą. Olu – gratulacje! Zgłoś się proszę mailowo na maciek@troyann.pl. :)

∆∆∆∆∆

Dzięki za wysłuchanie historii mojego muzycznego życia. Teraz czekam na wasze historie, choćby z ostatniego lata!

PS. Słuchawki są tak spoko, że kolega z pracy stwierdził, że musi je kupić zanim ten tekst opublikowałem. Nie dziwię się, skoro mają kosztować poniżej 200 złotych!

Autorem tych ładnych zdjęć jest Maciek Skrzyński, więcej jego prac znajdziecie na Facebooku Picture68