Muzyką przez życie – recenzja filmu „Rocketman”

Po ogromnym sukcesie „Bohemian Rhapsody” nadszedł na kolejną produkcję traktującą o wybitnym muzyku z Wielkiej Brytanii – Eltonie Johnie.

I kurczę, tyle mamy punktów wspólnych w obu życiorysach: homoseksualizm, robienie kariery wbrew sceptykom, narkotyki, skandale, upadek, wielki powrót. Wbrew temu „Rocketman” to film zdecydowanie inny niż opowieść o Queen i Freddym Mercury, która idealna nie była, ale swoje zrobiła. Główna różnica polega na tym, że Elton zaśpiewał do „Króla Lwa”, a Freddy nie. Ok, jest jeszcze wiele różnic. „Bohemian Rhapsody” był mocno muzycznym, lecz filmem biograficznym. Zaś obraz Dextera Fletchera to mimo wszystko bardziej musical. Choć i ten musicalowy element jest dość ciekawie rozegrany.

Elton John ma na swoim koncie masę świetnych piosenek, więc ich dobór do wykonania w musicalu musiał być ostrożny, ale udało się moim zdaniem fantastycznie. Zwłaszcza, że film staje się musicalem w momentach, kiedy trzeba przyspieszyć narrację – pokazać w przyspieszonym tempie dojrzewanie oraz zmianę głównego bohatera. Odpowiednia selekcja sprawia, że utwory jednocześnie nieco opowiadają zachodzące zmiany, a wraz ze zmianą charakteryzacji widać upływający w historii czas. I nie ma tych musicalowych elementów zbyt wiele, czego się nieco obawiałem.

Wypadają one jednak naprawdę dobrze, nie tylko za sprawą fajnych aranżacji, choreografii wielu osób jednocześnie czy ciekawej scenografii. Niesamowite wrażenie robi sam fakt, że wcielający się w Johna Taron Egerton osobiście śpiewa piosenki, co jest tak fenomenalne, że musiałem sprawdzić w kilku źródłach czy aby na pewno tak było. Było, zresztą obczajcie ich wspólny występ:

Co ciekawe, wokalny talent Egertona został uwieczniony w filmie animowanym „Sing” z 2016 roku, w którym Egerton użyczył głosu postaci Johnny’ego, która zaśpiewała… „I’m Still Standing”, jeden z największych hitów Eltona. Dodając do tego świetne charakteryzacje można naprawdę być pod wrażeniem zarówno twórców, jak i samego aktora. Sam Elton miał wyznać, że oglądając ten film nie widzi w nim aktora, a samego siebie. I te komplementy nie są bezpodstawne, gdyż na ekranie sprawdza się to świetnie.

Sama historia oczywiście jest nieco skrócona i nie przedstawia całego życiorysu artysty, skupiając się nieco na jego kompleksach z dzieciństwa, ich wpływie na dorosłość, relacjach z najbliższym otoczeniem i walce z nałogami. To taki muzyczny fast forward przez najważniejsze momenty jego kariery, więc nie można uznawać tego za pełny życiorys. Forma musicalu, a więc odejście od trzymania się faktów, pozwala zresztą kształtować fakty na korzyść Eltona Johna, choć nie wiem na ile jego postać w filmie wygładzono. Cóż, jako jeden z producentów filmu miał pewnie jakiś wpływ na to jak zostanie przedstawiony. Tym bardziej więc nie powinno się traktować tego filmu zbyt dosłownie i biograficznie.

A jest to naprawdę ładnie zagrany, fajnie poprowadzony musical o jednym z ciekawszych artystów, którzy wypłynęli na fali wybuchu mody na rock and rolla. Ze świetnymi aranżacjami, scenografiami, charakteryzacją, ciekawym montażem i odpowiednio poprowadzoną historią, która wzbudza mimo wszystko emocje. Jednak największą siłą tej produkcji jest Taron Egerton. Jeśli Rami Malek potrafił za rolę Mercury’ego otrzymać Oscara, to wierzę, że i Egerton może się liczyć w stawce o tę statuetkę. Jego gra, śpiew, choreografia – wszystko tutaj jest naprawdę piękne.

Czy „Rocketman” ma słabe strony? Trochę szkoda, że postaci drugoplanowe nie mają zbyt dużej roli w tym wszystkim, bo choć mają ogromny wpływ na głównego bohatera, tak przewijają się mocno z boku całości. Film nie daje im za dużo do grania, a szkoda, bo przecież i na drugim planie mamy ciekawą obsadę: Richard Madden, Bryce Dallas Howard (choć w jej przypadku może i dobrze), Gemma Jones czy Jamie Bell mają za mało czasu, by w pełni zaprezentować swój talent. Druga sprawa – film się kończy za szybko, a szkoda, bo ogląda się to naprawdę przyjemnie.