Najbardziej „growa” ekranizacja gry komputerowej – recenzja filmu „Tomb Raider”

Ekranizacje gier komputerowych nie mają szczęścia. Wiele lat prób i praktycznie same porażki. Jedną z niewielu całkiem dobrze zekranizowanych gier był paręnaście lat temu „Tomb Raider”, który doczekał się właśnie reboota z Alicią Vikander w roli głównej.

Historia ekranizowania gier komputerowych na dużym ekranie to właściwie historia porażek. I nie chodzi o to, że filmy słabo aranżowały historie z gier, bo nierzadko były wręcz od niej oderwane. Problemem było to, że niezależnie od stopnia adaptowania znanych graczom historii wychodziły po prostu generalnie słabe produkcje. Do dziś nie mogę wybaczyć twórcom jak bardzo skaszanili historię Maxa Payne’a czy też zeszłorocznego „Assasin’s Creed” z Fassbenderem w roli głównej. Michael widocznie nie przejął się za bardzo słabymi opiniami, bo nie odwiódł swojej życiowej partnerki, Alicii Vikander, od wejścia w buty Lary Croft, bohaterki serii gier Tomb Raider.


Co trzeba mieć na uwadze, obecna ekranizacja korzysta z nieco innego materiału źródłowego. Minęło przecież kilkanaście lat, a uznana seria otrzymała kilka nowych tytułów do grania, zresztą bardzo ciekawych. Ja już przeszedłem główną grę, z której czerpali twórcy najnowszej ekranizacji, czyli „Tomb Raider z 2013 roku”. To była zupełnie inna gra niż poprzednie, z bardziej uczłowieczoną bohaterką, odbiegającą nieco od wyidealizowanej Lary z poprzednich lat. To była bardzo dobra gra.

A więc i bardzo dobry materiał źródłowy do zaadaptowania. I choć filmową Larę poznajemy w zupełnie nowej sytuacji, która była nawet dla mnie zaskakująca – jest to dobra postać do rozwijania. I to jest właśnie jeden z ciekawszych elementów całego filmu – Lara, którą obserwujemy na początku filmu to inna osoba niż w jego finale. Pokorna, wystraszona, nieudolna, ale zadziorna i waleczna. Mamy szanse poznać jej motywacje i lęki. Ciekawie obserwuje się jej ewolucję na przestrzeni filmu wraz z kluczowymi wydarzeniami. Lara trafia na tajemniczą wyspę u wybrzeży Japonii w poszukiwaniu zaginionego i uznanego za zmarłego ojca, by trafić na przeciwników i ślady dawnych cywilizacji.

Trafia także na główny czarny charakter filmu, który niestety nie jest najmocniejszą stroną produkcji. To typowy, zbędny villain, którego jedyną motywacją jest zdobycie czegoś, co zapewni władzę nad światem jego pracodawcom i nic nie cofnie go przed spełnieniem tego życzenia. A szkoda, bo życie na wyspie, z której (rzekomo) nie można się wydostać, zapomnianej przez cały świat, mogło doprowadzić do swego rodzaju szaleństwa, jakiegoś odczłowieczenia, które sprawiłoby, że mielibyśmy do czynienia ze zwyczajnie ciekawym szwarccharakterem.

Irytować mogą również niektóre zagrywki fabularne. Nie chcę tutaj wchodzić w szczegóły (spoilery), lecz są one nie tylko oderwane od serii gier, co jeszcze jestem w stanie zrozumieć, ale też zwyczajnie zbędne. Poza tym, całość jest nieco zbyt przewidywalna, wielokrotnie się łapałem na tym, że myślałem „oho, zaraz coś zaskoczy Larę” i tak rzeczywiście się działo. I choć wiele rozwiązań fabularnych mnie denerwowało, tak pozytywnie zaskoczył sam finał, ale tutaj też za wiele wolałbym nie zdradzać.

Lara trafia na bardzo płaskiego i nudnego przeciwnika

To, co mnie pozytywnie zaskoczyło to fakt, że w wielu momentach film jest bardzo „growy”. A jeszcze bardziej zaskoczyło mnie to, że mi się to bardzo podobało! Wielokrotnie mamy kadry żywo przypominające te z gier TPP (gdzie bohatera oglądamy z perspektywy zza jego pleców), mamy typowe dla serii Tomb Raider zagadki, mamy sekwencje inspirowane tak zwanymi quick time events (czyli oglądasz poczynania bohaterki w filmowy sposób musząc wciskać odpowiednie przyciski w odpowiednim momencie, by uniknąć na przykład spadającego głazu) i wiele innych ciekawych nawiązań nie tyle do samej gry, co do jej grywalnych elementów. I choć wielokrotnie to już potrafiło zniszczyć ekranizacje gier, tak tutaj nie epatowano tymi zagraniami za mocno, a stanowiły jedynie ciekawy dodatek. Zrobiło to na mnie dobre wrażenie w trakcie seansu, kiedy niemal czułem, że mógłbym chwycić pad w dłoń i pomóc bohaterce.

Bardzo podoba mi się również jako Lara Croft Alicia Vikander. Nie tylko dlatego, że Alicia po prostu mi się podoba, ale także dlatego, że bardzo przypomina mi Larę z gry, w którą grałem dwa lata temu. Nie jest po prostu modelką z supermocami, a wątłą bohaterką, która wraz z rozwojem historii cierpi, stęka z bólu, ale i rośnie w siłę. Brakowało jej nieco drapieżnego języka (były tylko drobne momenty), który jest nieco wpisany w tę postać, ale kumam konwencję. Dobrze wypada także Dominic West w roli jej ojca w retrospekcjach (tych niestety nie za wiele) i jeśli chodzi o aktorów to w zasadzie tyle. Walton Goggins nie miał szansy się popisać przy tak słabo napisanej postaci antybohatera, a wszyscy inni bohaterowie to w zasadzie postaci trzecioplanowe – nie mają niemal nic do roboty.

Postaci drugoplanowe są w zasadzie zbędne i niewiele wnoszą do historii

Przyzwoicie wypada poziom realizacji filmu. I choć momentami dało się zauważyć nie najwyższej jakości CGI, to sekwencji tych było stosunkowo niewiele, by móc bardziej przez to pocierpieć. Generalnie jednak praca kamery, scenografie czy choreografia walk stoi na przyzwoitym poziomie i daje dużo rozrywki. Nieco mnie irytowała momentami muzyka, gdzie sięgano po dynamiczne, elektroniczne utwory, które jakoś za bardzo próbowały wyjść na wierzch przy dynamicznych scenach. W sumie to powinno dobrze ze sobą zagrać, ale jakoś mnie nie porwało, a właśnie momentami irytowało.

Nie miałem wobec nowego „Tomb Raidera” wielkich oczekiwań. Życie nauczyło mnie, by nie mieć ich wobec ekranizacji gier, jednak po filmie Roara Uthauga wyszedłem z kina naprawdę miło zaskoczony. Miło otrzymać po wielu latach rozczarowań i zwyczajnie koszmarnych filmów otrzymać coś, co jest przynajmniej dobre. I choć nie jest to produkcja wybitna, czy taka, jaką zapamiętam za rok 2018, ale przynajmniej dostarcza przyjemnej, niezobowiązującej rozrywki. Niczym dobra gra.