Najlepsza muzyka 2016 roku

Luty nie jest może najlepszym miesiącem na podsumowania, ale miniony rok był, moim zdaniem, jednym z najlepszych w świecie muzyki od dawna i zasługuje na obfity zbiór najlepszych albumów wydanych w 2016 roku.

Zresztą, to nie pierwszy raz kiedy na blogu publikuję tego typu podsumowania. Tak było po 2013 (tutaj), 2014 (tutaj) i 2015 (tutaj) roku. W tych zestawieniach naturalnie wybierałem albumy wydane w danym roku (niezależnie od formy wydawnictwa), które na przestrzeni kilku miesięcy nie tylko zdołały mi się spodobać, ale i utrzymać moją uwagę. Bo zdarza się przecież, że po dwóch tygodniach zapętlania danej płyty w kółko album idzie w odstawkę, a po powrocie do niego po paru miesiącach zastanawiamy się: „jak ja mogłem tego słuchać?”

Ja stawiam na dzieła ponadczasowe, do wielu z nich wracam jeszcze dziś, a powracać będę jeszcze nie raz. Nie zwracam też uwagi na gatunek czy szufladkę muzyczną, w którą schować można danego artystę czy zespół. W moim zestawieniu znajdziecie zarówno techno (choć ograniczone do minimum), elektronikę, gitary, a także jedną ścieżkę filmową z filmu. Longplaye, EP-ki – forma dowolna.

Początkowo podsumowanie roku miałem opublikować pod koniec stycznia – chciałem się wnikliwie zapoznać jeszcze z paroma albumami, które umknęły mojej uwadze w trakcie mijających miesięcy poprzedniego roku. Niestety, albo w sumie i „stety”, złamana ręka i operacja mi to nieco utrudniły. Skoro jednak nie mogłem pisać, postanowiłem bardzo uważnie przesłuchać jeszcze więcej albumów, które miały potencjał na zdobycie mego serca.

Większości się to nie udało, ale jednak te dodatkowe tygodnie pozwoliły mi jeszcze bardziej utwierdzić się w przekonaniu, że rok 2016 był wyjątkowy. Ostatni rok, który tak dobrze wspominam był trzy lata wcześniej. 2013 dał nam „II” od Moderat, „Immunity” Jona Hopkinsa, „Tommorow’s Harvest” Boards of Canada, „Trouble Will Find Me” The National, „Truant/Rough Sleeper” Buriala, „Amygdala” DJ’a Koze, „Push The Sky Away” Nicka Cave’a i kilka innych. Do wszystkich tych pozycji wracam regularnie.

Tak długi wstęp był konieczny, by podkreślić to, z czym mamy do czynienia poniżej. Kolejność jest bardzo dowolna, jednak mój ukochany album poprzedniego roku zostawiam wam na deser i serwuję na sam koniec.

NAJLEPSZE ALBUMY 2016 ROKU

Moby „Hotel Ambient”

Choć Richard Melville Hall (czyli Moby) w ostatnim roku bardziej zajmował się publicznym wyrażaniem sprzeciwu wobec Donalda Trumpa, to ma w swoim dorobku również wydanie pięknego, ambientowego albumu. Słychać tu charakterystyczny dla niego styl, jednak w bardzo spokojnej i przyjemnej odsłonie. Idealne do słuchania w tle.

Słuchaj na Spotify

Pantha Du Prince „The Triad”

Musieliśmy aż sześć lat czekać na nowe, pełnoprawne i długogrające dzieło Hendrika Webera, ale zdecydowanie było warto. Niemiecki producent na „The Triad” zmieścił kwintesencję swojej twórczości: rozmarzone dźwięki podsycone skomplikowanymi warstwami perkusji i nietuzinkowych dodatków, a nierzadko także ładnych, gościnnych wokali. Udany następca wybitnego „Black Noise”.

Słuchaj na Spotify

Deftones „Gore”

Dowód na to, że młodzieńcza miłość nie umiera. Mój ukochany zespół sprzed dekady potrafił zaskoczyć nieco odświeżonym stylem, gdzie mocniejsze gitarowe riffy łączą się z akordami na modłę The Smashing Pumpkins z najlepszych, dawnych lat. Do tego niezawodny, zawodzący głos Chino Moreno, który coraz mniej drze japę, a coraz częściej korzysta ze swojego pięknego wokalu.

Słuchaj na Spotify

Clark „The Last Panthers”

Ścieżka dźwiękowa do serialu BBC o tym samym tytule. Ciekawie jest podziwiać tak wybitnego producenta muzycznego w nieco innym wcieleniu. Fortepiany, niepokojące, mroczne i nieco ambientowe produkcje składają się na jedno z lepszych dzieł Chrisa Clarka. Tak różnorodnych produkcji, które jednak połączone są wspólną aurą dawno nie słyszałem. Pod jego batutą nawet fałszujące instrumenty dęte są intrygujące.

Słuchaj na Spotify

Jacek Sienkiewicz „Hideland”

Ledwo rok wcześniej polski producent wydał arcygenialny „Drifting”, by po krótkim czasie umocnić się na pozycji najwybitniejszego polskiego producenta techno (a może i elektroniki w ogóle) w Polsce. Co prawda, nie mamy tu do czynienia z dziełem na miarę poprzedniego, jednak to wciąż dzieło bardzo dobre.

Słuchaj na Spotify

Błażej Malinowski „Mort EP”

Rodzina Technosoul nie wydaje zbyt wiele albumów, ale kiedy już to czynią, to… Biorą pod skrzydła człowieka, który powoli staje się polską wizytówką na międzynarodowej arenie niepokojącego, spowitego mrokiem techno. A „Mika” to dzieło, które definiuje jego styl na dobre. Nic dziwnego, że niebawem kolejny raz zagra w kultowym berlińskim Tresorze.

Słuchaj na Spotify

Cliff Martinez „The Neon Demon OST”

Nowy film Refna był bardzo dobry, ale to w dużej mierze właśnie zasługa warstwy dźwiękowej i ścieżki muzycznej, która pełni rolę niemalże bohatera produkcji. Idealnie oddaje nastrój i emocje bohaterów, czasem stając się niemal kolejną postacią dramatu. Sam film nie zapada w pamięć tak mocno jak muzyka, a to świadczy całkiem nieźle, prawda?

Słuchaj na Spotify

Trentemoller „Fixion”

Duński producent nie zawodzi, bo choć „Fixion” nie jest dziełem wybitnym jak „Lost” czy „The Last Resort”, tak jednak stoi na bardzo wysokim poziomie. Przekrój emocji towarzyszących nam w trakcie odsłuchu jest bardzo szeroki, a każdy utwór bogaty w mnóstwo drobnych smaczków produkcyjnych.

Słuchaj na Spotify

Nick Cave & The Bad Seeds „Skeleton Tree”

Album wyjątkowy, niesamowity, trafiający głęboko do serca. Praca nad nim była terapią dla artysty, który dopiero co stracił w tragicznych okolicznościach syna. Najmocniej ściska zaś „I Need You”, które Australijczyk niemal wypłakuje do mikrofonu. Ładunek emocjonalny największego kalibru.

Słuchaj na Spotify

The Field „The Follower”

Choć cały album nie należy do równych i najlepszych w dorobku Alexa Willnera, tak jednak zawiera utwór, który zapętlałem sobie najczęściej w minionym roku. „Monte Verita” brzmi tak wybornie, że stał się elementem mojego wieczornego rytuału – ścieżką dźwiękową do podziwiania nocnego miasta kilka chwil przed ułożeniem głowy na poduszce. Szwed opanował niemal do perfekcji łączenie prostych pętli dźwięków w niby proste, a skomplikowane i piękne produkcje.

Słuchaj na Spotify

Warpaint „Heads Up”

Dziewczyny z Kalifornii nie zawodzą i wydają trzeci już album, w którym stylistyka muzyczna nie idzie za mocno do przodu, ale stoi na wciąż wysokim poziomie. Jedyne co odróżnia tę płytę od poprzednich to może większy luz, który słychać w niemal każdym utworze.

Słuchaj na Spotify

Tycho „Epoch”

Album „Awake” trafił niemal z miejsca do mojego osobistego kanonu ulubionych płyt życia, dlatego nowe dzieło Scotta Hansena i spółki miało poprzeczkę zawieszoną niezwykle wysoko. I choć „Epoch” zdobył uznanie krytyków i nominację do nagrody Grammy, to jednak trochę mnie rozczarował. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia ze słabą produkcją, bo to nadal kawał doskonałej muzyki, gdzie brzmienia są jeszcze bogatsze, kunszt członków zespołu znacznie wyższy, lecz jednak, nie tak wybitnie melodyjny i porywający jak w przypadku wcześniejszych albumów.

Słuchaj na Spotify

Burial „Young Death / Nightmarket”

Rok, w którym przypomina o swoim istnieniu Burial nie może być złym rokiem. Trzy lata musieliśmy czekać na jego nowe dzieło, a kiedy to niespodziewanie ujrzało światło dzienne, z miejsca trafiło do mojej czołówki. To Burial, którego znamy i uwielbiamy. I którego chcemy dostawać znacznie częściej. Chociaż na tym może właśnie polega jego kunszt? Pozostaje Banksy’m świata muzyki, zaskakując nas nowy dziełami dokładnie wtedy kiedy ma na to ochotę, lecz nikt się tego nie spodziewa.

Słuchaj na Spotify

Marie Davidson „Adieux Au Dancefloor”

Dużo razy musiałem przesłuchać pierwszego longplaya tej kanadyjskiej artystki, zanim uznałem, że zasługuje na miejsce w tym zestawieniu. Mamy tu przecież nieskomplikowane, niemalże prostackie, melodie i ciekawy głos artystki. Niby nic wybitnego, ileż razy to już przerabialiśmy. Jednak całość wyprodukowana na tyle dobrze i melodyjnie iż ciężko przejść wobec tego debiutanckiego albumu obojętnie. Ostatni raz album tego typu zachwycił mnie w 2011 roku, a była to Emika.

Słuchaj na Spotify

Nicolas Jaar „Sirens”

Wiele lat byłem sceptyczny wobec Jaara i jego twórczości. Krytycy się nim zachwycali, lecz ja zachwytów podzielać nie potrafiłem, choć jego muzyka była dobra. Jednak z „Sirens” wchodzi na zupełnie wyższy dla mnie poziom doświadczania muzycznego, ponieważ nie można tej płyty traktować jako zbioru kilku utworów, a jako niesamowite doświadczenie, które staje się naszym udziałem. Jednolitą historią opowiedzianą dźwiękami, samplami i głosami, które jednocześnie chce się zidentyfikować, przy jednoczesnym odczuwaniu niepokoju wobec nich.

Słuchaj na Spotify

Kornél Kovács „The Bells”

Najbardziej szalony album w całym zestawieniu. Debiut producenta ze Szwecji to kolaż tak wielu odrębnych od siebie stylów, że momentami zdaje się to wszystko być pozbawione sensu, by po chwili otrzymać niekonwencjonalne przełamanie w coś naprawdę przyjemnego i doskonale wyprodukowanego. Funkowe gitary przemieszane z breakbeatem podlane dyskotekową elektroniką sprzed trzech dekad z domieszką mocniejszych deep house’owych bitów oraz lekką nutką wielu innych dziwności. Muzyczny Frankenstein, który nie tylko okazuje się żyć, ale i być zaskakująco przyjemnym w obyciu.

Słuchaj na Spotify

Leon Vynehall „Rojus (Designed To Dance)”

Nad tą pozycją w zestawieniu zastanawiałem się bardzo długo. Bardzo długo nie potrafiłem się tym albumem zachwycić. W zasadzie, to nadal się nie zachwyciłem. Jest w nim jednak tyle produkcyjnej maestrii, letniego vibe’u i skoczności, że za każdym razem wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Żonglerka samplami, nawiązaniami do twórczości poprzednich dekad połączona w bardzo melodyjne utwory. Ten Leon to prawdziwy zawodowiec.

Słuchaj na Spotify

Jenny Hval „Blood Bitch”

Skąpany w efekcie echa, rozmarzony, ale jednocześnie przepiękny głos Jenny zachwycił mnie z miejsca. Słuchając jej mam wrażenie, jakbym słyszał anielskie wołania. Norweżka pięknie potrafi operować swoim talentem, a także na jego podstawie tworzyć sample. Warstwa muzyczna pozostaje tu nieco w tle, ale stoi na równie wysokim poziomie i tworzy naprawdę ciekawą całość.

Słuchaj na Spotify

Radiohead „Moon Shaped Pool”

Chyba nikt z was nie miał wątpliwości, że ten album znajdzie się w tym zestawieniu. Pięć lat czekałem na dziewiąty album studyjny najważniejszego zespołu mojego życia. Thom Yorke i spółka nie rozczarowali. Z każdym kolejnym odsłuchem zyskuje. Po koncercie zyskuje. Album właściwie kompletny, tak w warstwie lirycznej, jak i muzycznej. „Moon Shaped Pool” kocham tak mocno, że ciężko mi o nim obiektywnie pisać. Niech to wystarczy za rekomendację.

Słuchaj na Spotify

∆∆∆∆∆

19 albumów, wiele różnych stylistyk muzycznych, ciekawe odkrycia, wielkie i wyczekiwane powroty. 2016 ciężko zaliczyć do średnich. To był doskonały rok. A początek obecnego pozwala mi wierzyć, że tendencja zostanie podtrzymana (premiery nowych albumów Bonobo, Gidge czy Architectural).

Na koniec jeszcze kilka liczb z podsumowań muzycznych roku w wykonaniu Spotify (niezbyt precyzyjne) oraz Last.fm (bardzo precyzyjne):

Spotify:

Playlista moich Top 100 utworów w roku 2016

Last.fm:

No dobra, a teraz pytanie do was: jakie były wasze ulubione albumy 2016 roku? Co pominąłem? Dajcie znać koniecznie, komentarze są wasze.