Najlepszy film o mutantach? – recenzja filmu „X-Men: Mroczna Phoenix”

Sezon blockbusterowy w pełni, a jednym z mniej chyba wyczekiwanych jego filmów miała być kolejna odsłona serii „X-Men”, jedna z ostatnich (obok przekładanego wiecznie „New Mutants”) wyprodukowana samodzielnie przez 20th Century Fox. No i co?

Można było spodziewać się wiele. Tego, że studio będące w trakcie przejęcia przez Disneya potraktuje ten projekt bez odpowiedniego zaangażowania – „wydaliśmy pieniądze, wypuśćmy cokolwiek i czekajmy co się stanie po połączeniu z Marvelem”. Zwłaszcza, że projekt powierzono Simonowi Kinbergowi, dla którego jest to reżyserski debiut, a który odpowiadał za scenariusze do fatalnych filmów całej serii X-Men: „Apocalypse” czy „Fantastyczna Czwórka”. Można było mieć więc bardzo duże obawy o projekt, którego premierę studio kilkukrotnie przekładało.

Dlatego bez większych oczekiwań udałem się na pokaz prasowy „Mrocznej Phoenix”, by ostatecznie okazało się, że otrzymujemy… Chyba najlepszy film całej serii X-Men. Nie wliczam w to genialnego „Logana” czy zabawnego „Deadpoola”, ale oba filmy „Wolverine” już tak. Generalnie, kurde, naprawdę byłem zaskoczony tym, że wiele elementów tej produkcji działa naprawdę dobrze. Oczywiście, nie jest to pierwsze podejście w tym uniwersum do historii o Jean Grey / Mrocznej Phoenix („The Last Stand” również bazował na tej serii komiksów), tamten film także miał mroczniejszy wydźwięk, ale Kinberg zrobił to tym razem z dużo większą gracją.

Przede wszystkim dużo mocniej akcenty zostały położone na ludzki aspekt wszystkich bohaterów, ich traumy, motywacje i błędy. To nie jest film o mutantach używających swych mocy, a o ludziach, którzy mają te moce i próbują z nimi żyć, każdy na inny sposób. I to właśnie te relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami popychają historię do przodu – ich różnice, kłamstwa i niedopowiedzenia.

Zwłaszcza, że kolejne elementy układanki są odkrywane widzowi stopniowo, w odpowiednim tempie, bez odkrywania kart w pośpiechu. Całość nie zaczyna się od poznania kolejnego nudnego szwarccharakteru, który chce zniszczyć świat, a protagoniści muszą go pokonać. Nie, w tym filmie właściwie antagonistki mogłoby nie być, bo stanowi tak naprawdę drugi plan całości i dopiero w odpowiednim momencie poznajemy szerszy kontekst jej motywacji (która w sumie ma nawet sens, ale nie jest to najważniejsze).

To też historia znacznie mroczniejsza od ostatnich odsłon serii X-Men. Nie tylko samą historią (umierają tu ważne postaci, zapewne żegnając się z serią na zawsze), ale i stylem jej opowiedzenia, rozwijania poszczególnych wątków oraz kolorystyką całości. I choć parę żartów się znajdzie, tak jednak nie ma tutaj miejsca na śmiech, to jedynie lekkie uniesienie kącików ust. Na sekundę. Z odpowiednią powagą potraktowano także samą Jean Grey.

W ogóle fajnie wypada obsada aktorska, w kilku miejscach robiąc naprawdę dobre sceny. Wszak mamy tu do czynienia z naprawdę świetnymi aktorami: McAvoy doskonale gra mimiką i głosem (resztą ciała nie bardzo może, huehue), Sophie Turner jest niesamowicie wiarygodna i wreszcie może pograć nieco więcej, Fassbendera dobrze zobaczyć po dłuższej przerwie, zaś Jessica Chastain jako antagonistka wypada nieźle, choć można było spodziewać się nieco więcej. Do tego świetny Nicolas Hoult, który sprawia, że Bestia staje się jedną z ciekawszych postaci tej serii.

Dawno nie można było o filmie z tej serii powiedzieć, że wygląda obłędnie, ale „Mroczna Phoenix” wygląda obłędnie niemal w każdej scenie. Już nawet sceny dialogów są fajnie pokazane i zmontowane, a sekwencje akcji są kapitalne. Wreszcie mamy do czynienia z ciekawszymi pomysłami niż niszczenie świata czy laser z ziemi w kosmos, a finalna potyczka robi naprawdę dobre wrażenie. Wreszcie komuś chciało się pomyśleć nad czymś ciekawszym. Same efekty specjalne też wyglądają na nieźle dopracowane i pewnie szybko się nie zestarzeją. Dobrą robotę robi także montaż – często nie jest on zbyt dynamiczny, co pozwala bardziej poczuć „moc” sekwencji akcji.

Fajnie, że muzykę do filmu zrobił Hans Zimmer, ale nieco szkoda, że nie do końca było to słychać. Niestety, na tym polu mamy bardzo niewykorzystany potencjał jednego ze wspanialszych kompozytorów muzyki filmowej, która w tym filmie brzmi jak generyczna muzyka do filmu superbohaterskiego. Nieco lepiej wypada montaż samego dźwięku, który fajnie stopniuje napięcie.

No, muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że studiu 20th Century Fox uda się na koniec wypuścić bez wsparcia Marvel Studios lub Disneya zrobić naprawdę dobry film. Nie wybitny, cierpiący na drobne bolączki, ale przede wszystkim spójny, mający porządek w scenariuszu i ciekawie opowiedzianą, ładnie zrealizowaną historię. I będzie to chyba teraz mój ulubiony film o „X-Men”. Aż szkoda, że prawdopodobnie na kolejny będzie trzeba czekać parę lat, aż się wszystko w Marvelu poukłada po przejęciu przez Disneya zasobów 21st Century Fox.