Nowa bohaterka, stara jakość – recenzja filmu „Captain Marvel”

Jedenaście lat świat musiał czekać na pierwszy film w Marvel Cinematic Universe z kobietą w roli głównej. I wreszcie się doczekaliśmy – do kin trafia „Captain Marvel”.

Co ciekawe, konkurencja w postaci DC już dwa lata temu pokazała „Wonder Woman”, która okazała się niezłym filmem, ale przede wszystkim ogromnym sukcesem finansowym. Podobnie stanie się zapewne w przypadku najnowszej produkcji Marvela, której autorzy liczą na nawet 300 milionów przychodów w weekend otwarcia na całym świecie. To byłby bardzo dobry wynik. A jak wypada sam film?

Miałem okazję uczestniczyć w pierwszym w Polsce pokazie prasowym tej produkcji, do tego w zupełnie nowym kinie, jakim jest ScreenX, któremu jednak poświęcę osobny tekst niebawem. Niemniej jednak – film już za mną i… Jest bardzo fajnie. Choć postać Captain Marvel nie jest tak mocno osadzona w globalnej świadomości jak inni superbohaterowie komiksowi, to jednak czuję, że szybko może stać się jedną z ulubionych.

Otrzymujemy bowiem nie tylko bardzo równy i dobry film, ale przede wszystkim wspaniałą postać tytułowej bohaterki, która swoją charyzmą zdobędzie serca wielu osób. Choć początkowo można się nieco zagubić w fabule, to wynika to w głównej mierze z zagubienia samej bohaterki, która nie ma wspomnień odnośnie wielu fragmentów swojego życia. Wraz z nią odkrywamy kolejne tajemnice przeszłości i całość zaczyna się sensownie układać, lecz pierwszy akt może widza niezbyt świadomego komiksowych poczynań bohaterki wprowadzić w zakłopotanie. Dużo się dzieje w kosmosie, dużo jakichś dziwnych ras, kosmitów – no dzieje się sporo.

Ale potem nasza bohaterka trafia do Kalifornii w roku 1995 i spotyka Julesa Winnfielda… To znaczy, Nicka Fury i całość staje się znacznie prostsza i przyjemniejsza w odbiorze, zaś z każdą kolejną sceną wszystkie elementy układanki pasują do siebie coraz mocniej. Świetnie zresztą odtworzono całą epokę i motywy z nią związane. Jest to co prawda granie na nostalgii widza (czego nie lubię), ale w sposób niezwykle sprawny i niezbyt na siłę. Windows 95, koszulka Nine Inch Nails, okładki kaset VHS w Blockbuster Video oraz fajnie dobrane utwory muzyczne sprzed dwóch dekad robią naprawdę ciekawe tło do równie ciekawych wydarzeń.

Marvel Studios’ CAPTAIN MARVEL..Talos (Ben Mendelsohn)..Photo: Chuck Zlotnick..©Marvel Studios 2019

Trzeba mieć jednak świadomość, że jest to klasyczny poziom Marvela, nic niesamowicie innowacyjnego, przełomowego, a jedynie kolejny rozdział opowieści, którą śledzimy już ponad dekadę, a która zamknie się za niespełna dwa miesiące filmem „Avengers: Endgame”. Są ciekawe sceny walki, dużo fajnego humoru, nawiązań do innych filmów i generalnie ciężko do czegokolwiek się przyczepić. Całość ma naprawdę fajne tempo i film ogląda się dobrze. I wciąż bywają momenty z nieco zbyt dynamicznym czy chaotycznym montażem. Ze względu na dość kosmiczny charakter głównej bohaterki mamy w „Captain Marvel” dość dużo efektów specjalnych, które nie zawsze robią ogromne wrażenie, ale cóż, to kosmos, obcy i dziwne supermoce, więc twórcy mogli sobie na to pozwolić.

Najmocniejszą stroną produkcji są jednak kreacje postaci. Zarówno Brie Larson jako główna bohaterka sprawdza się doskonale, przemycając do postaci swój własny urok osobisty. Lepiej niż się spodziewałem wypada odmłodzona wersja Samuela L. Jacksona i Clarka Clegga, choć tego drugiego jest w filmie stosunkowo mało, czego trochę mi szkoda. Ciekawie i nieco inaczej niż w ostatnich kilku latach wypada Ben Mendelson, często pod grubą warstwą charakteryzacji, ale wciąż wiemy z jakim aktorem mamy do czynienia. Dobra robota.

„Captain Marvel” jako film nie jest niczym przełomowym. Ot, kolejna udana produkcja studia i ciekawy przedsmak tego, co czeka nas w kolejnej odsłonie całej serii. Jednak znaczenie filmu może być znacznie większe niż się spodziewamy. Sukces może być analogiczny do tego sprzed roku, kiedy Marvel pokazał światu „Czarną Panterę”, pierwszy w MCU film o czarnoskórym bohaterze. Jego społeczny wydźwięk był ogromny i dał mu nawet nominację do Oscara w najważniejszej kategorii. „Captain Marvel” może podobną rolę spełnić dla kobiet. Od lat zasługiwały na „swoją” superbohaterkę i wreszcie ją otrzymały. I to nie byle jaką!