Odlot! – przedpremierowa recenzja „Spider-Man: Uniwersum”

Choć polska premiera dopiero za kilka tygodni, to ja miałem już przyjemność obejrzeć kolejny film o przygodach Spider-Mana przygotowany przez Sony. 

Kiedy pierwszy raz obejrzałem zwiastun tej produkcji jakiś rok temu to byłem nieco sceptycznie nastawiony do projektu. Dopiero co otrzymaliśmy przecież znakomity „Homecoming”, a Peter Parker miał też swój udział w „Wojnie bez granic”, więc czy potrzebny jest nam kolejny Człowiek Pająk w odstępie zaledwie kilkunastu miesięcy? Sam koncept otwierania alternatywnych uniwersów też wydał mi się mocno przekombinowany. Kolejne trailery wyglądały już znacznie lepiej, a jakby tego było mało jedna ze scen po napisach w „Venomie” to scena żywcem wyjęta z nowej animacji.

I wtedy już zacząłem na „Into The Spiderverse” czekać jakby mocniej. Kiedy więc otrzymałem zaproszenie na pokaz przedpremierowy (dzięki Cinema City!) ponad miesiąc przed jego wejściem do kin (25 grudnia w święta będzie na co iść do kina) to nie mogłem odmówić. I choć na sali zasiadłem w gronie głównie wiercących się i gadatliwych dzieciaków, to nie potrafiło mi to zepsuć frajdy jaką ten film mi dał.

Tak, jest to film zrobiony głównie pod młodszych odbiorców, jednak ma wiele smaczków i dialogów, które potrafią rozbawić nieco starszych fanów Marvela. Głównym bohaterem jest jeden z alternatywnych komiksowych Spider-Manów – Miles Morales. Poznajemy go w momencie, kiedy jeszcze nie ma swoich pajęczych mocy, a zmaga się po prostu z rzeczywistością i oczekiwaniami rodziców. Wskutek eksperymentów Kingpina jednak alternatywne światy zaczynają się przenikać, a w jego życiu pojawiają się moce oraz inni bohaterowie.

Oglądamy kilku Spider-Manów lub ich odpowiedników z pozostałych uniwersów i każdy jest fenomenalny: ściągnięty z roku 1930 Noir Spider-Man, który jest prywatnym detektywem ścigającym nazistów (?!), dziewczynka w stylu anime i wiele innych, wymieniać nie będę, bo szkoda spoilerować, najlepsza zabawa czeka was właśnie z tymi postaciami. A poza tym, że pochodzą z innych uniwersów, to mają jeszcze swój charakterystyczny styl animacji.

W ogóle, animacja. To wszystko wygląda tak fenomenalnie, że aż szkoda mrużyć oczy. Całość ma mocno komiksową kreskę i oprawę (KABUM!), a sceny akcji, łamanie się uniwersów są tak kapitalnie zrealizowane i narysowane, że „Doktor Strange” ze swoimi efektami może się schować do szafy i z niej nie wychodzić jeszcze długo. Załamania, kolory, geometria, wszystko dodatkowo w trójwymiarowej, mocno komiksowej stylistyce. Jestem wręcz oczarowany wizualną maestrią tego filmu. Aż żałowałem, że tak szybko się kończy.

Miles Morales (Shameik Moore) in Sony Pictures Animation’s SPIDER-MAN: INTO THE SPIDER-VERSE.

Wynagradza to ciekawą, ale całkiem prostą fabułę. I nie ma w tym nic złego – nie jest to kolejny skomplikowany film MCU zadający trudne pytania etyczne, ale po prostu film dla młodszej publiki, więc postawiono na sprawdzone i bezpieczne wzorce. I choć sama fabuła wymagająca może nie jest, tak mnogość easter eggów i nawiązań do świata Marvela (nie tego filmowego) potrafi wynagrodzić proste rozwiązania narracyjne. Jest również scena, w której łzy pociekły mi do oczu. Nie będę zdradzać. Jeśli wiecie co się dzieje w produkcjach Marvela to się zapewne domyślicie.

Jest tu, co oczywiste, spora dawka humoru. Zdecydowanie infantylna, ale pełna mrugnięć okiem do bardziej dojrzałego widza. Co w gąszczu całkiem prostych dialogów może się podobać. Film trafi zapewne do dystrybucji w wersji z polskim dubbingiem, ale jeśli dacie radę to szukajcie seansów z napisami, bo angielska obsada sprawdza się doskonale. Mahershala Ali, Liev Schreiber, a nawet… Nicolas Cage robią kawał dobrze brzmiącej roboty.

„Spider-Man: Uniwersum” nie jest produkcją wymagającą, a dającą po prostu niesamowitą dawkę dobrej zabawy podanej w wyjątkowo smakowitej oprawie. Zresztą nie oszukujmy się – na tym filmie po prostu warto wyłączyć myślenie i bawić się jak dziecko przez 90 minut.

PS. Jest scena po napisach. Jak nie zostaniecie do końca napisów to ominie was coś arcyśmiesznego.

PS2. Właściwie mógłbym dać tej produkcji ocenę nawet wyższą, ale jednak głupio by to wyglądało obok innych, poważniejszych produkcji z wysoką oceną. Na pewno jest tutaj wielkie serduszko.