Muzyka lekiem na żałobę – opinia o filmie „One More Time With Feeling”

Dwa lata temu Nick Cave stracił w tragicznych okolicznościach jednego z synów. Rok później swoją żałobę przeniósł na album „Skeleton Tree”, tworząc jednocześnie film „One More Time With Feeling”, który kilka dni temu miałem okazję wreszcie obejrzeć w ramach Avant Art Festivalu.

Śmierć bliskiej osoby to straszliwe przeżycie dla każdego człowieka i każdy znajduje swój sposób na poradzenie sobie z sumą wszystkich emocji. Nick Cave, jeden z moich ulubionych współczesnych artystów, musiał zmierzyć się z podobną sytuacją dwa lata temu, gdy jego syn Arthur spadł z klifu nieopodal Brighton, gdzie rodzina australijskiego artysty mieszka. Jako osoba wybitnie emocjonalna i kreatywna znalazł ukojenie dopiero po wejściu do studia wraz z Bad Seeds.

Już sam zeszłoroczny album był piękny, ale jednocześnie ujmujący i w pewien sposób bolesny. Muzyka Cave’a nigdy nie emanowała specjalną radością i znajdowała posłuch w negatywnych emocjach, ale jeszcze nigdy emocje te tak bardzo nie były słyszalne w jego tekstach i muzyce. Słuchanie „Skeleton Tree” było niesamowitym doświadczeniem – słychać było jak wiele bólu odczuwał Cave w trakcie nagrań.

Cave wiedział, że nagranie albumu będzie dla niego najlepszym lekiem na żałobę, ale wiedział także, że premiera płyty to kampania promocyjna, składająca się w znacznej mierze z wywiadów z mediami. A to oznacza setki pytań. A biorąc pod uwagę kontekst, w którym album powstawał, domyślał się także, że same pytania dotyczyć będą głównie śmierci syna. Australijczyk nie był na to gotowy, dlatego postanowił uprzedzić wszelkie pytania dziennikarzy mogących rozdrapywać zabliźniające się rany.

Zaprosił więc swojego przyjaciela, reżysera Andrew Dominika (jego najlepszym filmem pozostaje chyba „Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”), do studia, gdzie Cave wraz z Bad Seeds nagrywali „Skeleton Tree”, by nagrać kilka teledysków oraz porozmawiać z Cave’em. I na tym w zasadzie mógłbym zakończyć tekst o tym filmie, gdyby nie to, że wreszcie udało mi się go zobaczyć i przeżyć jeszcze większą lawinę emocji niż w trakcie słuchania ostatniej płyty artysty. Film ma formułę dokumentu – rozmów z muzykiem, zakulisowych spotkań z muzykami, członkami rodziny. Wszystko to przerywane jest sesjami nagrań teledysków, wraz z kapitalnym „I Need You”.

Śmierć w filmie fabularnym jest motywem powszechnym, w świecie dokumentu także nie jest niczym odosobnionym – często najmocniejsze są te traktujące o ludzkich tragediach. „One More Time With Feeling” oferuje jednak znacznie głębsze odczuwanie całej sumy negatywnych emocji. Wiedziałem o tym przed seansem, ale sama projekcja jeszcze bardziej uwydatniła fakt, że film powstawał bez konkretnego scenariusza – Dominik z ekipą chwytali wyjątkowe momenty, które Cave oraz członkowie jego rodziny mieli akurat ochotę pokazać. Są zakulisowe rozmowy z ekipą filmową, które zapewne nie miały znaleźć się w produkcji, lecz emocje w nich uchwycone pokazywały prawdziwe oblicze cierpienia artysty. I jego dezorientację.

Cave opowiada o tym jak dziwnym przeżyciem jest dla niego śmierć syna. Z jednej strony podchodził zawsze do kwestii życia i śmierci bardzo racjonalnie, wiedząc, że to po prostu jest konieczność. Z drugiej jednak znalazł się w zupełnie nowej sytuacji życiowej, w której musiał się wszystkich czynności uczyć na nowo. Pamiętam jak w poprzednim filmie o Nicku, „20 000 dni na ziemi” (recenzja tutaj) artysta był bardzo wylewny i sprawnie opowiadał o meandrach swojego kreatywnego umysłu. W „One More Time With A Feeling” tej pewności już nie widać. Momentami Cave kluczy po omacku między słowami, które sobie przeczą. I choć z pozoru nie wygląda na bardziej smutnego niż wcześniej, tak zagubienie jego umysłu, brak umiejętności zagrania swoich partii na fortepianie dowodzi tego jak dotknęła go strata bliskiej osoby.

Kulminacyjnym momentem tej niemocy i żałoby jest scena, w której Nick wraz z małżonką pokazują ekipie Dominika obraz namalowany przez kilkuletniego Arthura. Susie, jego żona, opowiada o tym co ten obraz prezentuje stojąc przy rodzinnym stole, kiedy Nick niemal nieruchomo siedzi przy krześle i nie potrafi wydusić z siebie choćby słowa. A obraz prezentuje klify, nieopodal których ich syn stracił życie. Dawno nie czułem serca tak blisko gardła jak w trakcie przeżywania tej sceny.

Bliski wzruszenia byłem również w trakcie napisów końcowych, w trakcie których usłyszeć możemy nagranie z rodzinnego archiwum rodziny Cave’ów. Arthur wraz z ojcem oraz młodszym bratem śpiewają utwór Marianne Faithful. To sprawiło, że Arthur przestał być „jedynie” zmarłym synem głównego bohatera filmu, ale sam stał się jego bohaterem. Naznaczył w nim swoją obecność.

„One More Time With a Feeling” jest na swój sposób filmem pięknym, choć bardzo bolesnym. Nie umiem go jakkolwiek ocenić. Dlatego w powyższych akapitach napisałem jedynie o kontekście jego powstania, który jest dla odbioru produkcji Andrew Dominika kluczowy, oraz o swoich emocjach. Nic więcej napisać nie umiem.

Dla fanów Nicka Cave’a ten film jest pozycją obowiązkową. Dla pozostałych widzów może być ciężkim, ale ciekawym doświadczeniem. Mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja obejrzeć go w Polsce, bo póki co nikt nie podjął się jego ostatecznej dystrybucji. Trochę to dziwne, skoro bilety na koncert Nicka Cave’a na Torwarze (już za kilkanaście dni) są wyprzedane od kilku miesięcy i na rynku wtórnym osiągają ceny wręcz zawrotne (niemal tysiąc złotych!). Myślę, że publika na ten film również by się znalazła. Przeżywanie cierpienia Nicka w formie filmowej jest równie przejmujące jak w formie filmowej.

Więcej o kulisach powstania filmu „One More Time With Feeling” przeczytacie w artykule na The Guardian.