Oświadczenie w sprawie Szarmantgate

W wyniku kolejnych oświadczeń dotyczących głośnej ostatnio w mediach sprawy czas bym i ja zabrał głos.

Niniejszym oświadczam, że cała ta sprawa mocno mnie bawi, pozbawia zapasów popcornu, ale jednocześnie smuci.

Za szybko wydajemy jakiekolwiek wyroki. Wiadomo, że gdzieś tam na linii „ekspert” – wydawnictwo magazynu MaleMen ktoś popełnił błąd. Nie znamy faktów, ba, być może nigdy nie poznamy (choć w dobrym interesie obu stron jest ich ujawnienie), ale wyroki wydajemy jako pierwsi.

Jedno oświadczenie po drugim, zaś Roman Zaczkiewicz, autor bloga Szarmant, z którego treści zostały (najprawdopodobniej) skopiowane tylko obserwuje tę całą przepychankę.

Sam kiedyś pracowałem w mediach uznawanych za „tradycyjne”. Wiem z jakimi realiami muszą się mierzyć dziennikarze. I tak, zdarzało mi się przeprowadzać „wywiady” (albo raczej uzyskiwać komentarz) za pośrednictwem Facebooka. Na spotkanie nie zawsze jest czas. Zwłaszcza przed deadline’m w prasie drukowanej. Nie zawsze w redakcji pracuje profesjonalna korekta.

Z drugiej strony, zdarza się bardzo rzadko, że ktoś mnie poprosi o zdanie jako eksperta. To jest zawsze miłe, choć nie zawsze należy tego typu propozycje przyjmować. Jeśli ktoś zadaje mi pytania w temacie, w którym nie czuję się zbyt dobrze to odmawiam. Jeśli nie mam czasu – odmawiam. Mniemam, że skoro Robert Kiełb od dłuższego czasu współpracował z redakcją, to dotychczas nigdy nie zawiódł. Aż do teraz, do gorszej chwili. A mógł odmówić. Asertywność to cecha bardzo ciężka do wyuczenia, sam miewam z tym problemy.

Obecnie obie strony – Kiełb i redakcja MaleMen zapowiedziały spotkanie, w celu ustalenia faktów. To cieszy, bo zawsze lepiej rozmawiać niż napierdzielać się w Internecie. Boję się tylko, że na spotkaniu ustalona zostanie alternatywna wersja rzeczywistości, która oczyści wszystkich, ale nie pokaże jak było naprawdę. Poczekajmy z wyrokiem. Idę dokupić popcorn.

photo credit: Paulo JS Ferraz via photopin cc