Recenzja „American Assassin”

Mamy nieco posuchę w kinach obecnie i w sumie cieszę się, że nie mam we wrześniu czasu na kino, ale jest kilka produkcji, które zapowiadają się całkiem nieźle, więc szkoda byłoby je ominąć. Poza drugą częścią „Kingsman” jest to też „American Assasin”.

Produkcja ta to ekranizacja książki Vince’a Flynna o tym samym tytule, do której scenariusz napisał Michaela Cuesty, który maczał palce w jednych z moich ulubionych seriali: „Dexter” oraz „Homeland”. I choć trailer nie zapowiadał nic nad wyraz oryginalnego – ot, kolejny akcyjniak z elementami szpiegowskimi – tak jest to ten gatunek kina, który lubię. Sam zwiastun zresztą, był bardzo fajnie zmontowany, choć jednocześnie zdradzał dość sporo o samej fabule (więc nie wstawię go tutaj na wypadek jeśli wybieracie się do kina).

Atomówki nikogo

W Rzymie zawsze warto strzelić sobie selfie

A ta polega na tym, że nasz główny bohater, Mitch Rapp (Dylan O’Brien), będąc świadkiem zabójstwa swojej ukochanej postanawia zostać samotnym mścicielem terrorystów. Wydaje się być jednak na tyle skuteczny, że szybko werbuje go CIA do swojej tajnej komórki nadzorowanej przez Hurleya (Michael Keaton). Konflikt charakterów daje się jednak szybko we znaki, kiedy ruszają wspólnie na misję do Europy, a ta jest w sumie całkiem ważna, bo ktoś może zaraz mieć bombę atomową.

Piszę „całkiem ważna” o bombie atomowej, bo choć jest to bardzo niebezpieczna broń, tak ciężko czuć jakiekolwiek zagrożenie w trakcie całego seansu. W ogóle, przez większość filmu ciężko czuć cokolwiek. Produkcja nie pozwala nam zbyt dobrze poznać postaci, które są całkiem jednowymiarowe i przewidywalne, a jednocześnie napisane na tyle kiepsko, że ciężko się zaangażować i im kibicować. Wyzwania, wokół których zbudowany jest rozwój bohaterów zupełnie widza nie obchodzą, a nawet bomba atomowa nie wydaje się jakoś niebezpieczna. Często podejmują też niezbyt racjonalne decyzje, co pozwala zadać pytanie: kto ich dopuścił do CIA?

+1 do oceny za Keatona

Dużo jest strzelanin i walk, które w trailerze wyglądały efektownie, ale niestety w samym filmie montaż jest znacznie bardziej chaotyczny, choć nie przeszkadza to aż tak bardzo. Bardziej irytuje to, że totalnie nas te sceny nie grzeją, bo nie zależy nam na bohaterach. Jednak sama koordynacja czy sceneria walk jest ok. Choć pojawienie się w filmie dwóch scen akcji w hotelu, jakkolwiek nie byłoby odwzorowaniem wydarzeń z książki, jest trochę irytującym powtórzeniem.

Filmu nie ratują też kreacje aktorskie, choć w sumie to nie wina aktorów. Zresztą, Keaton jest najjaśniejszym punktem całej produkcji. Ok, wiem, że poprzednie dwa zdania zdają się lekko wykluczać wzajemnie, więc wyjaśnię. Otóż aktorzy swoją grą nie sprawiają, że kiepsko napisane postaci zaczynają być widzowi mniej obojętne, jednak Keaton nawet źle skonstruowaną postać potrafi w kulminacyjnym momencie wznieść na pagórki sztuki. Wyżyny to to nie są, ale to i tak najwyższy punkt całej produkcji.

Warsaw Calling

O realizacji też nie ma się co rozpisywać. Zdjęcia są poprawne, po prostu. Muzyka? Nie pamiętam czy jakakolwiek była, chyba klasycznie naddramatyczna, jak to w tego typu filmach bywa. Jest za to kilka scen, w których pojawiają się efekty komputerowe no i… Cóż, zabrakło na nie chyba odpowiedniego budżetu.

Jest za to w „American Assassin” jedna scena, która rzekomo rozgrywa się w Warszawie i jest ona całkiem zabawna. Nie dość, że w tle mamy budynek, który ma symbolizować Pałac Kultury i Nauki, ale zupełnie go nie przypomina i nie wiem czy widziałem taką budowlę w stolicy Polski, to mamy tu jeszcze w samym centrum miasta targ rodem ze Stadionu Dziesięciolecia, no i srogą zimę (patrząc za okno to właściwie w to wierzę). No i panowie policjanci są ubrani w polskie stroje policjantów i mówią po polsku, więc szacunek dla twórców za to, że chociaż to im się chciało dopieścić (czego nie potrafił całkiem niedawno Magneto).

Czy to film warty wizyty w kinie? Mawiają, że na bezrybiu i rak ryba, jednak ten film, choć raka nie dostarcza, można spokojnie ominąć. Założę się, że za parę lat będzie murowanym hitem wieczornych seansów na Polsacie, obok szlagierów ze Stevenem Seagalem. Szkoda mi trochę tej produkcji (zwłaszcza, że jej dystrybutor zaprosił mnie na pokaz przedpremierowy i pewnie to czyta i nigdy już na nic nie zaprosi), ale no Michael Keaton to za mało, by go bronić.