O bejbe, co za film – recenzja „Baby Driver”

Edgar Wright jest jednym z najbardziej niedocenianych filmowców dzisiejszych czasów. Przekonałem się o tym dopiero niedawno, nadrabiając jego wcześniejsze produkcje, dlatego z wielką nadzieją wypatrywałem premiery „Baby Driver”.

Ten reżyser i scenarzysta w jednej osobie ma na koncie wiele udanych produkcji, w których błyskotliwy, brytyjski humor łączy z bardziej uniwersalnymi gagami, a wszystko to podaje a mocno pastiżowej i parodycznej konwencji z niezwykle efektownym montażem. Tak w kilku słowach można zdefiniować jego styl. „Shaun of the Dead” to jedna z najlepszych kinowych parodii XXI wieku. „Hot Fuzz” i „The World’s End” miałem okazję nadgonić dopiero na początku tego roku, ale z miejsca miałem poczucie obcowania ze swego rodzaju geniuszem. Do nadrobienia mam jeszcze „Scott Pilgrim kontra Świat”, którego jakoś unikałem, bo wydawał mi się zbyt infantylnym tytułem, a nie miałem pojęcia, że to dzieło Wrighta. Szybko ten błąd nadrobię.

Pościgi są nie tylko efektowne, ale emocjonujące, co nie jest tak częste w kinie

 

B – A – B – Y, my Baby

Choć na „Baby Driver” czekałem z dużym optymizmem nie byłem też pozbawiony wątpliwości. Przecież Wright doskonale odnajdował się z mniejszymi produkcjami, gdzie budżet nie pozwala na zbyt karkołomne sceny, efekciarstwo i pracę z wybitniejszymi (i jednocześnie droższymi) aktorami, dlatego niemal zawsze pojawiał się w nich jego przyjaciel, doskonały Simon Pegg. Do tego wszystkie te filmy miały swój charakterystyczny, brytyjski sznyt. Czy wyjście z tego schematu na większe budżety, duże studio i amerykańskie podwórko nie zaszkodzi? Bardzo się tego obawiałem.

Już od pierwszych scen wiemy, że mamy do czynienia z heist movie. Baby, nasz tytułowy bohater, to utalentowany (i to bardzo!) kierowca, który spłaca dług wobec Doca, który specjalizuje się w organizowaniu napadów na bank. Jednocześnie Baby jest w dobrym chłopakiem, który widzi, że jego praca sprawia, że cierpią często niewinni ludzie i chce się z tego wyrwać przy najbliższej możliwej okazji. To jednak nie jest takie proste, oczywiście. Jednocześnie, chłopak po wypadku z dzieciństwa ma problem ze słuchem – ciągle słyszy szum, więc by go zagłuszyć niemal nieustannie słucha muzyki, a także bawi się w jej produkcję, korzystając na przykład z sampli nagranych rozmów. Podsumowując, otrzymujemy bardzo ciekawą i fajnie zagraną przez Ansela Elgorta postać, której trudno nie kibicować od samego początku.

Wright musiał sobie poradzić na planie z choćby Jamie Foxxem i Kevinem Spacey, zrobił to bardzo dobrze

Kręcac z gwiazdami

Dodajmy do tego fajnie zarysowane pozostałe postaci drugoplanowe, począwszy od Deborah, miłości naszego bohatera, jego mocodawcy Doca i wszystkich innych złodziei. Oczywiście najmocniej swoimi kreacjami wyróżniają się Jamie Foxx jako Bats i Jon Hamm jako Buddy. Każda postać jest wyrazista, choć niewiele o nich wiemy, to jednocześnie wiemy to czego są zdolni, jak mogą się zachować i bardzo się ich działań obawiamy. Interakcje pomiędzy nimi to czyste złoto, dialogi to majstersztyk. Całkowicie pogrzebana została moja obawa o tym, że ego czy też blichtr gwiazd uniemożliwią sprawną pracę Wrightowi. Nie tylko udało mu się tego uniknąć, ale i doskonale połączyć ich talenty w coś fenomenalnie pięknego.

Sama historia wydaje się niczym szczególnym. Ot, kolejny film o bandzie zakapiorów rabujących banki, gdzie coś w pewnym momencie idzie nie tak. Filmów tego typu było mnóstwo, wiele bardzo udanych, ale to nie sama historia jest w „Baby Driver” najistotniejsza. To sposób jej opowiadania sprawia, że jest to film jedyny w swoim rodzaju. Wright zdołał swoje cechy rozpoznawalne – dynamiczny i błyskotliwy montaż – wykorzystać w sposób jeszcze doskonalszy niż dawniej. Do tego, co równie istotne, montaż ten nie tylko sprawia, że film ogląda się lepiej, ale i pomaga lepiej opowiadać historię, często powielając niektóre kadry, by uświadomić widza jaka czynność właśnie ma miejsce (na przykład wciskanie guzika do windy oznacza, że banda rusza na napad, bez pokazywania, że wszyscy jadą windą).

Momentami mamy naprawdę wysokie natężenie grozy i emocji, głównie za sprawą bohatera Foxxa

Ścieżka dźwiękowa jako scenariusz

Zresztą, to wszystko zmontowane jest pod muzykę, kolejny wyróżnik filmu. Momentami wydaje się, że film nie miał scenariusza, a listę piosenek, do których mają być dokręcone jakieś fajne scenki. Zresztą, pisząc ten tekst słucham sobie ścieżki dźwiękowej z „Baby Driver” i mam przed oczami niemal każdą scenę i to jak była zmontowana. Możecie słuchać ze mną:

Mamy na tej ścieżce dźwiękowej naprawdę mnóstwo dobrej muzyki z wielu różnych gatunków. Brakuje jednak tutaj jednego motywu muzycznego, który zrobił na mnie największe wrażenie, a słysząc jego nuty niemal podskoczyłem w fotelu z radości. No bo nie potrafię reagować inaczej w momencie, kiedy w tak dobrym filmie leci muzyka mało znanego, a jednego z moich ukochanych zespołów – Boards of Canada. Albo jeszcze DJ Shadow. Aj, aj, ależ to jest radość! To właśnie muzyka dyktuje w najnowszym dziele Wrighta tempo, emocje, a montaż jest idealnie zsynchronizowany z kolejnymi nutkami: bitem, akordami. Nawet sceny strzelanin są ułożone pod uderzenia stopy czy werbla. Majstersztyk.

Film, który w momencie debiutu staje się klasykiem

No i zdjęcia. To wszystko, co oglądamy w filmie można było pokazać zupełnie inaczej, skadrować w zupełnie inny sposób, ale i zdjęcia zostały podporządkowane muzyce i montażowi. Wszystko to ograne w przyjemnych, ciepłych paletach barw. Co ciekawe, ten szybki dynamiczny montaż bardzo często oddaje pole master shotom, które trzeba przecież zagrać idealnie, by dobrze je zsynchronizować z muzyką. Udaje się to? Nawet bardzo. Momentami ma się wrażenie oglądania długiego, pięknego teledysku, w którym wszystko doskonale gra. Piękna synchronizacja, świetna koordynacja gry aktorów oraz statystów (pierwsza scena wyprawy po kawę) oraz choreografia walk, pościgów i strzelanin.

W „baby Driver” mama mnóstwo pięknych kolorów, które budują klimat poszczególnych scen

I choć z pozoru historia stanowi tu tło, to jednocześnie jest naprawdę bardzo ciekawa. Widziałem opinie, że w połowie na chwilę tempo siada, lecz ja zupełnie tego nie odczułem, bo nawet jeśli obserwowałem spokojniejsze i bardziej stonowane sceny, to były one zaserwowane w tak doskonały sposób, że ciężko było nie przeżywać ich całym sobą.

Czy „Baby Driver” ma wady? Na pewno tak, choć ciężko mi je wskazać w jakikolwiek sposób, bo jestem absolutnie zachwycony tą produkcją. Nie będzie to co prawda film roku, jak wielu krytyków zdążyło już film Wrighta obwołać, jednak mamy do czynienia z absolutnie wybitną produkcją, która chyba każdemu powinna się spodobać: fanom poprzednich produkcji tego artysty, a także wszystkim innym miłośnikom kina rozrywkowego. To film, który może trafić do zestawień najlepszych filmów z gatunku heist, obok tytułów takich jak „Gorączka”, „Incepcja” czy „Wściekłe Psy”. I choć jest od nich zupełnie inny, to jest na porównywalnym poziomie geniuszu.