Piękne lęki i bajkowe demony – recenzja filmu „Anihilacja”

Dotychczasowe filmowe produkcje Netflixa nie zachwycały. Zresztą, „Anihilacja” nie jest filmem powstałym na zamówienie Netflixa, więc miałem dość spore oczekiwania wobec nowego filmu Alexa Garlanda.

Mimo, że na film początkowo spadła spora krytyka głównie ze strony osób, które miały styczność z książkami, z których film czerpał, ja miałem wobec nieco wysokie oczekiwania. Nie tylko dlatego, że książek VanderMeera nie czytałem, więc nie miałem punktu odniesienia, lecz także z powodu reżysera Alexa Garlanda. To osoba, która trzy lata temu dała nam jeden z ciekawszych filmów science-fiction ostatnich lat – „Ex Machina”.

Na niemal całym świecie film dystrybuowany jest przez Netflixa, który nabył prawa do jego emisji poza USA, gdzie film miał kinową premierę. Nie jest to więc oryginalna produkcja Netflixa, albowiem film powstał głównie za sprawą studia Paramount Pictures. Niestety, film nie zdobył uznania widzów, ani krytyków, a jego wyniki finansowe rozczarowały, więc dystrybucja globalnego hegemona treści wideo może mu pomóc zdobyć wyższe uznanie w cyfrowej dystrybucji. Co ciekawe, sam Garland nie był zbyt zachwycony takim obrotem spraw dystrybucyjnych.

„Robiliśmy ten film z myślą o dystrybucji kinowej. Gdybyśmy wiedzieli, że poza USA będzie dystrybuowany przez Netflixa zrobilibyśmy ten film nieco inaczej. Cały proces filmowania wyglądałby inaczej.”

Alex Garland dla Metro.us

Moim zdaniem liczy się efekt końcowy a ten jest… Ciekawy. „Anihilacja” opowiada o wyprawie do strefy, która została skażona po uderzeniu meteorytu, gdzie dzieją się różnego rodzaju anomalie, a skąd jeszcze żaden człowiek nie wrócił. No prawie, bo po roku wraca stamtąd żołnierz Oscar Isaac grający męża Leny (Natalie Portman). Niestety, nie wraca w najlepszej kondycji, co motywuje biolożkę do udania się w strefę zwaną Iskrzeniem („the shimmer”), by znaleźć sposób na uleczenie ukochanego. Jak się jednak okazuje, im dalej w las tym dziwniej.

Największym chyba sukcesem „Anihilacji” jest jego wielopłaszczyznowość. To nie tylko bardzo ciekawe science fiction z elementami thrillera, a nawet horrora, w którym jump-scare’y są obecne, ale nie na każdym kroku. To jednocześnie opowieść o trudach ludzi w próbach pokonania swojej przeszłości, którą choćbyśmy mieli dawno za sobą – i tak próbuje nas dogonić. Lena rusza w Iskrzenie w towarzystwie czterech kobiet, z których każda ma skomplikowaną przeszłość. Sama biolożka również nie jest bez wad, które odkrywane są krok po kroku pozwalając lepiej zrozumieć motywacje bohaterki.

Właśnie, krok po kroku, tempo produkcji jest pozornie spokojne i nie pędzi do przodu dając czas na odpowiednią refleksję przy odkrywaniu kolejnych kart, ale jednocześnie absolutnie nie pozwala widzowi się znudzić. Pomaga w tym także złamana chronologia – czasami wracamy do losów Leny sprzed utraty męża, czasem skaczemy do momentu jej powrotu z Iskrzenia – cała narracja jest jej retrospekcją. A właściwie próbą retrospekcji, ponieważ wydarzenia rozgrywające się wewnątrz skażonej strefy stoją na bardzo niepewnym fundamencie – niemal wszystko co żyje jest anomalią. Fauna, flora – wszystko jest zupełnie inne niż w normalnym świecie, co wpływa także na percepcję bohaterów. Przeplatanie więc wydarzeń wewnątrz Iskrzenia z przeszłością jeszcze mocniej wpływa na odbiór widza – panuje nieustanny niemal niepokój i lęk przed nieznanym.

Naprawdę, film uruchamia wiele bodźców filmowych w trakcie niespełna dwugodzinnego seansu – potrzebę zrozumienia niewyjaśnionego, ciekawość tego, co wydarzyło się członkom poprzednich ekspedycji, lęk przed tym wszystkim, próbę zrozumienia bohaterek i ich motywacji, niedowierzanie w świat przedstawiony w zakażonym obszarze. I to wszystko niemal jednocześnie sprawia, że film dostarcza naprawdę wielu ciekawych przemyśleń także o ludzkości i jej dążeniu do samounicestwienia. Może właśnie o tym jest ten film?

Nie wiem, ale na pewno nie działałoby tak dobrze, gdyby nie bardzo przyzwoite wykonanie. W bardzo ciekawy sposób pokazano świat wewnątrz Iskrzenia – kolorowy, pstrokaty, dziwaczny, który w ten sposób nieco kontrastuje z całym przesłaniem i wydarzeniami, które obserwujemy. Świetnie prezentują się scenografie oraz pojedyncze efekty specjalne, które obserwujemy. W samym finale (bez spoilerów Troyann, opamiętaj się!) wygląda to może lekko słabiej, ale… To być może po prostu wizja twórców, by nie było idealnie i pięknie. Nie wiem, ale taką przyjmuję interpretację.

Co równie istotne, świat ten nie tylko wygląda ciekawie i momentami pięknie, ale i doskonale brzmi. Same dźwięki są przeciekawe i robią wrażenie podobne do obcowania z czymś nieznanym ludzkości jak nie tak dawno temu w „Arrival”. Dodajmy do tego doskonałą muzykę, którą komponował między innymi Geoff Barrow z Portishead oraz ciekawe wykorzystanie utworu Moderat w samym finale, a otrzymujemy naprawdę smakowicie podane dzieło.

Całkiem fajnie „Anihilacja” wypada także aktorsko. Nie tylko ze względu na ciekawą obsadę osób, które lubię, ale i na dobre zagranie tak wielu różnych postaci i charakterów. Dobrze wypada oczywiście Natalie Portman, ale jeszcze lepiej chyba Jennifer Jason Leigh czy Tessa Thompson. Szkoda, że w filmie tak niewiele jest Oscara Isaaca czy Benedicta Wonga, bo wypadają równie fajnie, aż chciałoby się więcej na nich popatrzeć.

Miałem dość wysokie oczekiwania wobec nowej produkcji Alexa Garlanda, które zmąciły nieco krytyczne recenzje tuż po jej premierze. Okazało się jednak, że „Anihilacja” broni się jako film, choć pewnie nie jako adaptacja książki VanderMeera. Otrzymujemy bowiem wielowarstwowy film zacierający granicę pomiędzy kilkoma gatunkami kina. Robi to jednocześnie w bardzo dobry sposób, dając wybrzmieć każdemu z tych elementów. Jednocześnie w piękny wizualnie i dźwiękowo sposób przedstawia bardzo ciekawy i niepokojący świat. Kurczę, ten film to naprawdę chyba jedna z lepszych produkcji sygnowana (choć nie do końca słusznie) jako Netflix Originals. Naprawdę warto dać mu szansę.