Wzięli nas z zaskoczenia – recenzja filmu „Cloverfiled Paradox”

Nie zdążyłem jeszcze nadrobić filmu „Cloverfield Lane 10”, a tu już pojawiła się kolejna odsłona filmu serii prowadzonej przez J.J. Abramsa. Jako, że wszystkie te filmy są ze sobą jedynie luźnie powiązane – postanowiłem obejrzeć pomijając poprzednią inkarnację.

To, co zaskoczyło wszystkich to sposób dystrybucji filmu. Zresztą autor scenariusza tego filmu, Oren Uziel, przeszedł długą i męczącą drogę, by ujrzeć swoje dzieło na ekranie. Początkowo, a więc w roku 2012, miał być to film nosił nazwę „God Particle” i być całkowicie niezwiązany z serią Cloverfield, a autonomiczna produkcja, do której prawa nabyło studio produkcyjne Abramsa – BadRobot. Deal polegał na tym, że dystrybucją filmu miało zająć się studio Paramount poprzez jedną ze swoich spółek – InSurge. Początkowy budżet również był skromny – 5 do 10 milionów dolarów. Paramount w międzyczasie uznało, że film powinien zostać dołączony do serii Cloverfield, bo dzięki temu łatwiej pozyska widzów niż całkowicie nowy film. Później, wielkie studio zamknęło spółkę InSurge i miało na własną rękę film dystrybuować. Wszystko to działo się w roku 2016, kiedy też zaplanowane zostały zdjęcia do produkcji. To jednak nie koniec karuzeli.

W trakcie zdjęć Paramount poprosiło Uziela, by przepisał nieco swój początkowy scenariusz, by film mocniej powiązać z serią Cloverfield. Po zakończeniu zdjęć rozpoczęły się spekulacje w mediach o łączeniu „God Particle” z serią J.J. Abramsa, a film otrzymał roboczy tytuł „2017 Cloverfield movie”. Paramount przesunął premierę z lutego na październik 2017 roku, co kupiło twórcom nieco czasu na dopracowanie filmu w postprodukcji, co jednak podniosło ostateczny koszt produkcji filmu do około 40 milionów dolarów z zakładanych początkowo 5, maksymalnie 10 milionów amerykańskiej waluty. To zaś sprawiło, że Paramount uznał projekt za nieopłacalny do wprowadzenia do kinowej dystrybucji i przesunął planowaną premierę na kwiecień 2018…

I WTEDY WJECHAŁ NETFLIX CAŁY NA BIAŁO I KUPIŁ PRAWA DO EMISJI FILMU

Serio, to się wydarzyło w styczniu, w trakcie Super Bowl wyemitowana została reklama z informacją o dostępności „Cloverfield Paradox” w serwisie tuż po meczu i oto w krótkim czasie projekt skończył swoją sześcioletnią drogę przez mękę. A jaki jest efekt?

Znowu to samo, ale inaczej

„Cloverfiled Paradox” to film traktujący o międzynarodowej załodze stacji badawczej na ziemskiej orbicie, której zadaniem jest rozwiązanie kryzysu energetycznego na Ziemi. Kryzys ten, co wielokrotnie jest podkreślane, może doprowadzić do kolejnej wojny światowej, więc misja jest niezwykle istotna, a załoga odczuwa presję związaną z testowaniem nowego sposobu dostarczania energii na potrzeby ludzkości. Misja się wydłuża, przychodzi znużenie, zwątpienie, sytuacja na ziemi się zaognia, aż w końcu eksperyment… Powoduje ciekawe efekty. Wszystko przypomina nieco filmy z serii „Obcy” czy zeszłoroczny „Life” lub jakikolwiek inny space thriller.

Choć pod jednym względem jest nieco lepszy od większości filmów ze swojego gatunku – długo naprawdę nie wiadomo co się dzieje wokół i dlaczego dziwne rzeczy przytrafiają się członkom załogi. Napięcie może nie tego samego kalibru, ale porównywalne do pierwszego „Obcego” towarzyszy widzowi całkiem długo, co stanowi niewątpliwie duży plus produkcji. Za atut „Cloverfield Paradox” zaliczyłbym też dość sensowne poskładanie większości elementów fabularnych – wszystko jest sensowne i logiczne. Uznałem, że to godne podkreślenia, bo nie zawsze jest to ostatnio normą w filmach, które oglądam. Gorzej, że jak się już człowiek domyśli tajemnicy to bardzo szybko jest w stanie przewidzieć ostatnią sekwencję filmu i kolejne wydarzenia, wraz z kolejnym, niemal identycznym zakończeniem.

Kolejna załoga bez charakteru

To, czego mi w filmie jeszcze zabrakło to więcej scen prezentujących sytuację na Ziemi, co ma jednak swoje uzasadnienie fabularne wyjawione w samym finale. Jednak przez większość filmu można było zbudować jeszcze większy niepokój i dezorientację, co zaś sprawiłoby, że finał, choć przewidywalny, nabrałby mocniejszego wydźwięku. Produkcja wyreżyserowana przez Juliusa Onah jest również thrillerem stosunkowo rzadko sięgającym po jump-scare’y, próbując przerażenie budować samymi wydarzeniami na ekranie, nie ich prezencją.

Szkoda również, że bohaterowie w zdecydowanej większości są dość płascy i ciężko widzowi zbudować z nimi bliższą więź, która by sprawiła, że będziemy trzymać za nich kciuki. Za mało czasu poświęcono na ich sensowne rozbudowanie, a mieliśmy tu znamiona bardzo ciekawych konfliktów pomiędzy postaciami. Wiele z nich jest potraktowanych mocno stereotypowo: podejrzliwy Rosjanin, dowodzący Amerykanin, drobiazgowy i przeintelektualizowany Niemiec. Od razu można przewidzieć kto umrze pierwszy (nie, wcale nie chodzi mi o czarnoskórą postać).

„Cloverfield Paradox” ma całkiem niezłą obsadę, z której nie potrafi jednak wyciągnąć maksimum. Najlepiej prezentuje się główna postać zagrana przez Gugu Mbatha-Raw. Ona jako jedyna otrzymuje w filmie jakiekolwiek tło i szerszy kontekst potrafiący zbudować dramat danej postaci. Pozostali nie otrzymują na to szansy, a przez to nie za bardzo mają jak błyszczeć na ekranie. A szkoda, bo potencjał Daniela Bruhla, Elizabeth Debickiej czy Chrisa O’Dowda można było wykorzystać znacznie lepiej na korzyść „Cloverfield Paradox”.

Piękna stacja kosmiczna!

Film został zrealizowany całkiem nieźle. Świetne wrażenie robią przede wszystkim projekty kostiumów czy scenografie, a pojawiające się niezbyt często efekty specjalne nie biją w oczy swoim kiepskim poziomem. Dobrze poprowadzona kamera i sprawny montaż pozwalają sprawnie śledzić przebieg wydarzeń.

Produkcja, która wyskoczyła niczym Sam Rockwell z długoletniego letargu w „Trzech Billboardach” uzupełnia serię „Cloverfield” o ciekawe elementy tłumacząc nieco część wydarzeń z pierwszego filmu. I choć jest to pozycja ciekawa i solidnie wyprodukowana, tak brakuje jej pewnego charakteru i ikry, sprawiających, że film dałoby się zapamiętać na dłużej. Nie wiem czy wynika to z długiego i skomplikowanego procesu produkcji czy błędów na planie, jednak brak wyrazistych postaci mocno wpływa na nijaki odbiór filmu. Na pewno jednak nie można tej produkcji przekreślać, bo zrealizowana jest solidnie i można wiele jej wybaczyć. Zwłaszcza, że to film, który naprawdę wyskoczył z nicości i dostępny jest w dniu premiery za darmo (o ile macie już aktywne konto na Netflixie oczywiście).