Aż mam ochotę się zakochać – recenzja filmu „Tamte Dni, Tamte Noce”

Rzadko daję się zwieść grze na sentymentach i nostalgii. Nie kupiłem tego w „Stranger Things”, jednak film „Tamte Dni, Tamte Noce” pochłonął mnie w całości.

Być może dlatego, że film Luki Guadagnino nie serwuje sentymentów w oparciu o przedmioty i motywy, a jedynie w oparciu o uczucia. A ten film nimi aż kipi. Myślałem, że będę w stanie oprzeć się prostej z pozoru historii – oto dwójka mężczyzn się w sobie zakochuje i przeżywa romans w pięknej, włoskiej scenerii. Kilka takich historii świat kina nam już zaprezentował, w pamięci najbardziej utkwił mi „Brokeback Mountain”. Ale żaden inny przedtem nie był tak piękny.

Kiedyś to były wakacje, teraz wakacji już nie ma

Miłość uniwersalna

Sama historia nie jest niczym nowym i momentami nie ma w niej niczego zaskakującego, jednak przyciąga oko nieustannie swoim stylem narracji. Stylem pełnym szczenięcych uniesień, wakacyjnych spontaniczności, młodzieńczych zawahań i sensualności. Stylem, w którym historia opowiadana jest w głównej mierze detalami, niedopowiedzeniami, gestami i drobnymi geścikami bohaterów. Bo choć obserwujemy miłość homoseksualistów, tak wyrażana przez nich miłość jest ludzko uniwersalna.

Guadagnino swoim filmem zabiera widza w podróż do beztroskich lat młodości, w których wakacje były wakacjami, a nie tygodniowym urlopem na full inclusive w izraelskim kurorcie. Do czasów, gdy przeżywało się pierwsze miłostki, rozczarowania, odkrywało swoją seksualność w nie zawsze właściwy sposób. W sam środek huraganu emocji oraz młodzieńczych hormonów. „Tamte Dni, Tamte Noce” to chyba pierwszy film, który widziałem, któremu udało się przywołać we mnie wspomnienia młodości, beztroskich wakacji spędzanych na Kaszubach.

Najpiękniejszy monolog o miłości

Duża w tym wszystkim oczywiście zasługa świetnych kreacji Timothee Chalameta i Armie Hammera. Nie ukrywajmy, że wiele z tych scen (nie tylko miłosnych) musiało być dla nich ciężka do zagrania. A udało im się zaprezentować na ekranie piękną miłość, jak wcześniej wspominałem – tak prawdziwą, że aż uniwersalną. Pierwszy raz wychodząc z kina miałem ochotę zakochać się i przeżyć podobne piękno.

Michael Stuhlbarg <3

Zresztą, film, po raz kolejny dla mnie, kradnie cudowny monolog wieńczący obraz wypowiedziany przez ojca Elio, w którego wcielił się Michael Stuhlbarg. Ten aktor wielokrotnie zaskakiwał mnie cudownymi rolami na drugim planie, ale tutaj wręcz błyszczał. To z jego ust padają chyba najpiękniejsze słowa dotyczące miłości i życia w ogóle w historii kina. Oczywiście, może nieco przesadzam, ale naprawdę tych kilka zdań porywa serce. Bo są to słowa proste, ludzkie i naturalne, okrojone ze zbędnego patosu.

Michael Stuhlbarg w najpiękniejszy sposób opisuje w tej scenie miłość i życie

Świat prawdziwej młodości i miłości

Skoro piękno filmu tkwi w detalach to nie można nie zwrócić uwagi na cudowne charakteryzacje, kostiumy, scenografie – nie tylko stanowią cudowne uzupełnienie historii, ale i nadają ton pozwalający uwierzyć w tę wakacyjną aurę beztroskiego życia. To pełno kolorów, pięknych lokacji, śliczna wiejska willa gdzieś w północnych Włoszech, rozklekotane rowery, rozpięte koszule i luźne szorty.

To też piękne zdjęcia, które potrafią wychwycić te wszystkie drobne momenty, te detale i drobne gesty postaci, ich zawahanie i namiętność. Bez nadmiernego eksponowania scen erotycznych potrafią wprowadzić widza w stan miłosnego uniesienia między bohaterami. Fak, to, że jestem w stanie to tak opisać to właśnie zasługa tego, jak to wszystko pięknie zostało zobrazowane. Tak, by widz mógł to poczuć.

Miłość jest uniwersalnie piękna

Aż chce się człowiekowi zakochać

„Tamte Dni, Tamte Noce” to też piękna muzyka, przede wszystkim utwory grane też przez Elio na pianinie, ale też włoskie disco lat osiemdziesiątych oraz kompozycje Sufjana Stevensa. Dźwięki, które nie tonują tego, co widz powinien czuć, a zlewają się z tym co płynie z ekranu, zlewając się w jedną, sensualną całość.

Nie sądziłem, że oglądając miłość homoseksualną będę w stanie tak bardzo poczuć ciepełko we własnym sercu. I nie chodzi o to, że nagle mam ochotę zostać gejem, ale o to, że z ekranu czuć po prostu piękną, uniwersalną miłość ze wszystkimi jej bolączkami i gestami. Czuć także tęsknotę za dawnymi, beztroskimi wakacjami. Bez chamskiej gry na sentymentach. I to chyba największa zaleta filmu Guadagnino – autentyczne uczucia i emocje płynące z ekranu i rozgrzewające widza. Takie, że nawet ja mam ochotę się zakochać. A to wielki sukces, bo od kilku lat kwestionuję i nie wierzę w miłość.