Bez mocy, ale z sensem – recenzja filmu „Han Solo: Gwiezdne Wojny – historie”

Po kilku dniach od premiery udało mi się nadrobić drugi w historii film osadzony w uniwersum „Gwiezdnych Wojen” nie będący bezpośrednio powiązany z sagą rodu Skywalker. Czy „Han Solo: Gwiezdne Wojny – historie” udał się mimo wielkich problemów w trakcie produkcji?

Już sam pomysł stworzenia filmu, nomen omen, solowego o przygodach młodego Hana Solo było dyskusyjnym posunięciem. Film powstawał w ogromnych bólach – kilka miesięcy pracy pierwszych reżyserów zostało niemal w całości skasowane, a do ratowania projektu Lucasfilm zatrudnili Rona Howarda, co wydawało mi się nietrafionym pomysłem. Wszak ten reżyser od lat już nie dał światu naprawdę dobrego filmu, a teraz powierzona została mu misja ratowania wielkiego blockbustera. Podobno na planie zdjęciowym było jeszcze więcej problemów, co nie tylko kosztowało studio więcej pieniędzy, niż zakładano początkowo, ale i mogło zwiastować, że efekt końcowy rozczaruje. Podobne, choć na mniejszą skalę, perturbacje dotknęły przecież „Łotra 1” i to było bardzo odczuwalne.

Alden w roli Hana Solo sprawdził się bardzo dobrze

To wszystko, a także mocna konkurencja, sprawia, że „Han Solo” jest finansowo ogromnym rozczarowaniem dla Lucafilm. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że film w ogóle się nie zwróci (drogie koszty produkcji, wysokie koszty poprawek po przejęciu projektu przez Howarda i mocny marketing). A to będzie lampka ostrzegawcza dla studia, albowiem mówimy tutaj o jednej z ulubionych powszechnie postaci w globalnej popkulturze. I nie powinna Hanowi przeszkodzić konkurencja w kinach z „Avengers: Infinity War”, ani z „Deadpool 2”, ani z nadchodzącym „Jurrasic World: Upadłe Królestwo”. A jednak, data premiery zapewne mocno zaszkodziła produkcji Rona Howarda.

A trzeba przyznać, że jak na całe zamieszanie, które trapiło film na etapie powstawania, jest ono niemal niezauważalne w trakcie seansu. Całość rozwija się całkiem płynnie, nie jest dziwacznie pocięta (może jedynie wprowadzająca sekwencja zbyt mocno odbiega od pozostałej części) i tworzy spójną całość. To dla mnie było największe zaskoczenie, gdyż obawiałem się, że przejęcie stołka reżysera w połowie produkcji przez Rona Howarda sprawi, że film stanie się dziwaczną mozaiką nagranych już przedtem sekwencji oraz nowych nakręconych przez nowego reżysera. Tak jednak nie jest, a historia zaprezentowana w Solo to całkiem niezłe heist movie opowiadające historię młodego Hana, który choć nie jest pewnym siebie cwaniaczkiem to właśnie na takiego pozuje, co jak dobrze wiemy – kończy się tym, że właśnie takim bohaterem zostaje później. Otrzymujemy wiele wyjaśnień oraz motywacji samego bohatera, kilka nawiązań do Solo, którego już znamy.

Motyw rebelii robotów nawet był całkiem zabawny

Niestety, sam film jednocześnie ma dość mroczną i ciemną paletę barw i w ogóle był jakiś bardzo ciemny (chyba, że to wina kopii 3D w IMAX), co bardzo mi utrudniało odbiór wielu scen, które były skąpane w mocnym mroku. Niby lubię mroczne klimaty, ale ciemne obrazy po prostu utrudniały mi odbiór filmu i gry aktorskiej. Dodatkowo, choć film warsztatowo i narracyjnie wypada naprawdę nieźle, to ani przez chwili nie czułem w nim… Mocy. I nie chodzi mi tu o żadne midichloriany czy rycerzy Jedi, a po prostu, ani przez chwilę nie miałem jakiejś ogromnej frajdy z przeżywania ciekawej przygody. Nie wiem, może to zmęczenie po całym dniu jeżdżenia na rowerze sprawiło, że byłem nieco zblazowany, ale naprawdę brakowało mi tych ciarek z powodu oglądania fajnego filmu.

Jest to tym bardziej zaskakujące, że mamy tu naprawdę fajnych bohaterów, między którymi czuć chemię i doskonały wręcz casting. Alden Ehrenreich w roli Hana Solo wypada bardzo dobrze. Nie rozumiem osób, które krytykują aktora za to, że nie wygląda jak Harrison Ford. Kurde, to nie jest konkurs piękności tylko konkurs na wcielenie się w rolę cwaniaczkowatego przemytnika. A wiele gestów czy sposób mówienia Solo tutaj naprawdę sprawia, że czułem, iż mam do czynienia z Hanem, którego znam. Podobnie jest w przypadku Lando Calrissiana. Wszyscy chwalą Donalda Glovera za tę rolę i muszę przyznać rację – Lando w jego wykonaniu jest bardzo ciekawy i dający się lubić. Ba, jest to prawdopodobnie fajniejszy Lando niż ten oryginalny. Dobrze prezentuje się także Paul Bettany, aczkolwiek jego postać daleka jest od udanej. Dryden Vos to kolejny szwarccharakter bez większego uzasadnienia i charakteru. Robi złe rzeczy, bo mu każą i tyle. Nieco zmarnowany potencjał. Kiepsko wypada, po raz kolejny zresztą, Emilia Clarke. Raz, że jej postać jest nudna i słabo uzasadniona i mocno przewidywalna, to do tego jeszcze zagrana bez większego polotu.

Donald Glover może nie błyszczy wybitnie, ale daje ciekawą postać Lando Calrissiana

Na poziomie realizacji film jest na przyzwoitym poziomie. Nie zaskakuje niczym specjalnym: efekty są ok, montaż jest ok, tylko ten ciemny obraz mocno mnie denerwował, bo utrudniał odbiór wielu, zwłaszcza dynamiczniej zmontowanych scen. Muzycznie jest nieco lepiej, bo film poza rozwijaniem znanych już wątków Johna Williamsa rozwija także własne motywy, które fajnie wybrzmiewają w odpowiednich momentach.

Solowy film o Hanie Solo wypada zdecydowanie lepiej niż się obawiałem, że może wypaść. Nie cierpi z powodu komplikacji na planie zdjęciowym, ma udany casting z ciekawymi bohaterami, co jest już połową sukcesu w każdym filmie. Brakuje mu jednak tej drugiej połówki – polotu, czegoś pociągającego i bardziej interesującego. Ani przez sekundę nie zaserwował mi dreszczyku emocji, który potrafi mi towarzyszyć nawet w kiepskich filmach, które jednak są ciekawe. „Han Solo: Gwiezdne Wojny – historie” jest dla mnie trochę bezdusznym, ale poprawnym filmem.