Szyty na nie każdą miarę – recenzja filmu „Nić Widmo”

Kiedy za jeden film odpowiadają Paul Thomas Anderson, Daniel Day Lewis oraz Jonny Greenwood, co zdarza się raz na dekadę, spodziewam się srogiego sponiewierania umysłu, jak ostatnio przy „Aż Poleje Się Krew”. Dlatego moje oczekiwania wobec „Nici Widmo” były zawieszone bardzo wysoko.

I to mimo faktu, że film potencjalnie nie poruszał tematu, który mogłyby mnie mocniej zainteresować – relacji miłosnej wytrawnego krawca w latach powojennych. Miałem jednak przeczucie, że i z tego tematu P.T. Anderson będzie potrafił wyciągnąć dla mnie coś pięknego i interesującego.

Oto bowiem otrzymujemy skomplikowaną historię Reynoldsa Woodcocka, mężczyznę prowadzącego uznawany na królewskich dworach dom mody, specjalizującego się w szyciu sukien ślubnych, o których marzą kobiety. Woodcock kocha w życiu jedynie swoją pracę, siostrę, swoją zmarłą matkę oraz codzienne rytuały, które pielęgnuje od lat. Pragnie jednak pokochać jeszcze kobietę, lecz żadna nie potrafi spełnić jego wyśrubowanych oczekiwań. Nawet Alma, która staje się jego kolejnym obiektem dość rzadkich westchnień. Alma próbuje wejść do tego świata, ale na swoich zasadach, nie podporządkowując się w pełni kochankowi.

Nie chcąc zdradzać z fabuły za wiele muszę poprzestać na tym właśnie zarysie historii przedstawionej w „Nici Widmo”. Historia z pozoru mało interesująca (przynajmniej dla mnie) jest jednak bardzo gęsta, a choć pozornie rozwija się powoli, można w niej wyczuć odpowiednią dynamikę rozwoju wydarzeń. „Phantom Thread” nie jest filmem, w którym dzieje się wyjątkowo dużo na pierwszy rzut oka, jednak uważny widz będzie miał możliwość rozkoszowania się drobnymi niuansami i zawartymi w nich emocjami. Postać Reynoldsa jest jednocześnie odrzucająco sucha, jak i niesamowicie ciekawa. Cały seans widz stara się go rozgryźć i w momencie, kiedy już się wydaje, że jest blisko – on znowu robi coś niespodziewanego i burzącego jakąkolwiek logikę.

Pozornie dość spokojne wydarzenia tętnią jednak głębią emocji w nich zawartych. Powolne tempo rozwijania fabuły zyskuje dynamikę i gabaryt w kilku kulminacyjnych scenach (wspólna kolacja Almy i Reynoldsa choćby), gdzie atmosfera wyraźnie gęstnieje. Jedyny problem z całą historią mam taki, że choć „Nić Widmo” opowiada dość skomplikowaną relację bohaterów, tak ani przez chwilę nie jest w stanie zagrać na moich bardziej wrażliwych strunach.

Na ekranie mogą dziać się mocniejsze wydarzenia, Woodcock może w swojej elegancji sięgnąć po mniej eleganckie słowa, ale, poza kilkoma wyjątkami, nie potrafiłem emocjonalnie przeżyć w trakcie seansu tego stanu uniesienia, które P. T. Anderson dawniej potrafił mi zaserwować. Mogę dostrzegać pewne podobieństwa do siebie u głównego bohatera, ale nie umiem się z nim utożsamić. Chcę go zrozumieć, ale po chwili wręcz mnie odrzuca.

Wielka w tym zasługa oczywiście mistrzowskiej kreacji Daniela Day-Lewisa. Koleś może uprawiać aktorstwo raz na pięć lat, a i tak robi to zawsze doskonale. Potrafi porwać każdym drobnym gestem, skinieniem, zmrużeniem oczu, eksponować niestabilność postaci, która nie zachowuje się wybuchowo i wypowiada się niskim, spokojnym tonem. Jest w tym niemal hipnotyzujący.

A do jego poziomu równać stara się Lesley Manville w roli jego siostry, Cyril. Postać zdystansowana, momentami wręcz chłodna, z której wnętrza wydobywa się swego rodzaju ciepło. W to wszystko wplątuje się nieprzewidywalna Alma (Vicky Krieps), która emanuje ciepłem przygaszanym przez rodzeństwo Woodcocków, w której oczach mimo wszystko nie gaśnie błysk nadziei na umiłowanie swego kochanka. Nie jest to jeszcze poziom aktorstwa Day-Lewisa, ale to nie przeszkadza w rozkoszowaniu się produkcją Andersona.

Czym byłby film o wybitnym krawcu bez wybitnych kostiumów? Pewnie filmem znacznie gorszym, a „Nić Widmo” pod tym względem jest cudowny. Nie tylko świetnie oddaje realia swojej epoki, ale wręcz pozwala się w niej głęboko zanurzyć. Nie tylko suknie szyte przez krawcowe Woodcocka są wyborne, ale każdy niemal ubiór pojawiający się w filmie, wraz z bielizną. Podobne wrażenie robi charakteryzacja postaci.

Daniel Day-Lewis spisał się na medal, Anderson dobrze, a jak Greenwood ze swoją muzyką? Znakomicie – jego kompozycje towarzyszą nam właściwie nieustannie, a są na tyle ciekawe i niosą za sobą odpowiednie emocje, że śmiało można im nadać miano drugoplanowych bohaterek „Phantom Thread”. Kiedy trzeba – niosą narrację do przodu, kiedy scena wymaga większego skupienia – usuwają się w tło, pozwalając wybrzmieć grze aktorskiej. Nominacja do Oscara dla muzyka Radiohead zdecydowanie zasłużona.

Całość jest dodatkowo pięknie zaprezentowana. Paul Thomas Anderson po raz drugi w życiu poza napisaniem scenariusza oraz reżyserowania filmu jest jednocześnie autorem zdjęć! I choć głównie do czynienia mamy z ujęciami statycznymi, tak wielokrotnie drobne najazdy kamery na twarz aktorów czy eleganckie ruchy po lokacjach sprawiają niesamowite wrażenie, prowadząc widza dokładnie tak, by wyłapać z tych subtelności prawdziwe emocje.

„Nić Widmo” jest pod wieloma względami filmem fenomenalnym i na wielu płaszczyznach go doceniam. Problem jednak w tym, że poza dwoma czy trzema scenami nie potrafił rozbudzić we mnie większych emocji. A braku w tej kwestii nie przykryje znakomite aktorstwo, ani doskonała muzyka czy scenografie oraz kostiumy. To film bardzo dobry, ale po prostu nie wjechał mi na głowę tak mocno jak tego oczekiwałem, jak po Paulu Thomasie Andersonie mógłbym się spodziewać. Pod tym względem wypada niestety podobnie jak jego przedostatnia produkcja „Wada Ukryta”. Po prostu jest to film szyty na miarę, ale niestety nie na moją.