Hołd dla dziwaków – recenzja filmu „The Disaster Artist”

Projekt Jamesa Franco mający światu zaprezentować kulisy powstawania „najlepszego z najgorszych filmów świata” rozgrzał polską publikę na długo zanim trafił do kin. Im większy hype się rozkręcał tym bardziej byłem wobec „The Disaster Artist” sceptyczny.

Próbowałem się załapać na jakiś seans przedpremierowy w styczniu, kiedy organizowane były wspólne pokazy „The Room” oraz „The Disaster Artist”, by mieć to z głowy zanim całkowicie się zniechęcę do tego fenomenu. Nie wiedzieć czemu, ale czuję się uprzedzony do rzeczy, które podlegają powszechnemu i przesadnemu hurraoptymizmowi. Nie rozumiem też nieco i nie lubię osobiście oglądać czegoś „dla beki”, a „The Room” zdaje się być tego typu fenomenem. Wiecie, podobno nikt w Polsce nie słucha disco polo, ale jak przyjdzie co do czego to niemal każdy zna słowa. Bo słuchał „dla beki”. Ja tego nie umiem i nie chcę umieć.

Do „The Room” podszedłem więc jedynie z powodu premiery „The Disaster Artist” i gdyby nie to, to seans zakończyłbym zapewne po kwadransie. Film Tommy’ego Wiseau jest niemal nieoglądalny. Połączenie taniego erotyka, kiepskiej gry aktorskiej i taniej scenografii. Cóż, to nie dla mnie. Jednak warto było się poświęcić przed obejrzeniem filmu Jamesa Franco, albowiem znając poziom tandety oryginału miałem większy ubaw z nawiązań do niej w „The Distaster Artist”.


W ogóle odnoszę wrażenie, że film ten został zrobiony z trzech głównych powodów.

  1. Jako ekranizacja mema. Bo „The Room” funkcjonuje obecnie w popkulturze w dużej części jako mem dla sporej liczby osób, które oglądają go dla beki. Podobnie ekranizacją mema był „Kung Fury”, który zresztą ma się doczekać długometrażowego sequela podobno.
  2. Jako beka Jamesa Franco z Tommy’ego Wiseau. Zauważyłem już jakiś czas temu, choćby na gali rozdania Złotych Globów czy w wywiadzie u Jimmy’ego Kimmela, że Franco zaprasza autora „The Room” wszędzie, ale nie dopuszcza go do głosu i minimalizuje jego udział w całej promocji filmu. Bardzo mi się to nie podobało – jakby Wiseau był eksponatem z zoo.
  3. Jako próba pokazania ciekawej historii. Bo nie ukrywajmy, dzieje Wiseau są owiane lekką mgiełką tajemnicy, a powstawanie „The Room” to naprawdę ciekawa opowieść.

Jak było naprawdę? Pewnie po części każda z tych trzech domniemanych przeze mnie motywacji.

Czy daje to w efekcie dobry film?

Ciężko byłoby pewnie czerpać z niego w pełni nie zapoznawszy się wcześniej z materiałem źródłowym. To sprawia, że nie tylko jesteśmy w stanie zrozumieć przyczynę i kulisy powstania „The Room”, ale i jego konsekwencje. „The Disaster Artist” nie jest typowym filmem biograficznym. Nie poznajemy tu zbyt wielu wątków dotyczących życia Wiseau, skupiając się jedynie na jego pogoni za marzeniami. Jego historia pozostaje niedopowiedziana jedynie wzmacniając kult tego dziwaka. Bo tak, Wiseau jest przedstawiony jako dziwak, który sprawia, że każdy w jego otoczeniu czuje się zmieszany. Dziwak, któremu nikt nie potrafi powiedzieć, że jest dziwakiem, wykorzystując jego naiwność i marzycielstwo.

„The Disaster Artist” to jednak także bardzo sprawnie zaplanowana historia (w przeciwieństwie do „The Room”), gdzie wszystkie sceny mają swoje uzasadnienie i potrafią sprawne opowiedzieć ciekawą historię. Dobrze zaplanowane zwroty akcji potrafią podtrzymać zainteresowanie do samego końca (ten przychodzi zaskakująco szybko), a humor stoi na dobrym poziomie. Nie wybitnym, a dobrym. Wszelkie żarty można podzielić na dwie kategorie. Pierwsza to gagi wynikające ze specyfiki „The Room”: nawiązania do nieudanych scen, elementów scenografii, czyli humor, który bardziej bawić będzie osoby, które widziały materiał źródłowy. Drugi to z kolei żarty wokół „The Room”, wydarzenia na planie zdjęciowym (zaskoczeni członkowie ekipy odbierający pensje).

Ja, będąc świeżo po obejrzeniu „The Room” bawiłem się naprawdę doskonale, ale i tak gorzej niż duża część widowni w kinie, w którym byłem. Trafiłem chyba na grupę fanatyków filmu Wiseau, bo nie tylko śmiali się do rozpuku, ale i klaskali na koniec filmu czy recytowali kwestie znane z „najgorszego filmu świata”. Dla równowagi – znalazły się także dwie osoby, które kino opuszczały w trakcie seansu.

Aktorstwo mocną stroną filmu

To, co przyciąga uwagę to także liczba znakomitych aktorów zaangażowanych w projekt oraz ich kreacje. James Franco spisuje się naprawdę dobrze w naśladowaniu Wiseau i choć charakteryzacja mocno go upodobniła do oryginału, tak nie w stopniu wystarczającym. Patrząc na Jonny’ego w „The Room” czułem się dziwnie, ładny Franco ucharakteryzowany na brzydkiego gościa wciąż jest ładnym Franco. Podobnie jego brat, Dave, wcielający się w Grega Sestero (i Marka oczywiście). I choć jego podobieństwo do oryginału stoi na wyższym poziomie, tak jednocześnie jest za bardzo podobny do swojego brata. :)

Jednak nie tylko bracia Franco robią tutaj dobrą robotę, ale i plejada pozostałych osób zaangażowanych do projektu. Ujrzenie ich na ekranie w tej produkcji było miłą niespodzianką: Bob Odenkirk, Jacki Weaver, Alison Brie czy Seth Rogen, o którego obecności wiedziałem. Największą niespodzianką jest pojawienie się jednego wybitnego aktora wcielającego się w rolę samego siebie, ale nie zdradzę tutaj o kogo chodzi, by nie zepsuć wam tej miłej niespodzianki.

„The Disaster Artist” jest rzetelną produkcją o powstawaniu najbardziej nierzetelnej produkcji, jaką ostatnio widziałem. Wychodząc jednak z konwencji ekranizacji mema, to po prostu solidne kino rozrywkowe, choć w pełni będzie można się na nim bawić dopiero po zapoznaniu się z „The Room”. To jednocześnie hołd dla wszystkich nieudaczników, którzy chcieli dokonać wielkich rzeczy, lecz kaliber marzeń przerósł ich możliwości. A tych jest zapewne więcej niż ckliwych historii o amerykańskim śnie spełnianym w Hollywood. „The Disaster Artist” udowodnił mi jeszcze jedną sprawę. Jeśli kiedyś będę chciał robić własny film (a coraz mocniej marzy mi się napisanie scenariusza) to lepiej nie bazować na własnym życiu jako materiale źródłowym. A o tym właśnie myślałem…