Niezbyt fantastyczna czwórka – recenzja serialu „The Defenders”

Mariaż Netflixa z Marvelem był przez jakiś czas jednym z najważniejszych argumentów, by opłacać abonament w tym serwisie. Nic więc dziwnego, że kumulacja dotychczasowych pięciu serii w postaci „The Defenders” była jedną z najbardziej wyczekiwanych premier tego roku.

Oba sezony „Daredevil”, choć nierówne i momentami dłużące się były świetne. Doskonała realizacja, kilka zapadających w pamięć na długo scen, świetna konstrukcja bohaterów tych dobrych i złych (Vincent D’Onofrio jako Kingpin do dziś mnie przeraża) dały nam naprawdę jeden z najlepszych seriali o komiksowych superbohaterach w historii formatów telewizyjnych. „Jessica Jones”, choć zupełnie inna, była równie doskonała. Utrzymany w klimacie noir serial znowu mógł się szczycić ciekawymi postaciami i nieźle napisanym, zaskakującym momentami scenariuszem.

Najbardziej denerwujący bohater serialowy ostatnich lat VS nieco nudny bohater

Obniżenie lotów

Potem jednak przyszedł zjazd w dół. „Luke Cage”, choć kapitalnie zrealizowany, utrzymany w duchu Bronksu był momentami po prostu nudny. I to mimo doskonałej obsady – mieliśmy przecież Mahershalę Alego, który kilka miesięcy później odebrał Oscara. To jednak było za mało, by trzeci bohater z tego uniwersum był jakkolwiek emocjonujący. Prawdziwy dramat przyszedł jednak wraz z powrotem do Nowego Jorku Danny’ego Randa, czyli tytułowego „Iron Fista”. Przebrnięcie przez trzynaście odcinków było bardzo męczące – dłużyzny, dość nudna fabuła, ale przede wszystkim denni bohaterowie. Zwłaszcza główny. Dawno nie było tak pretensjonalnego, głupiego i trzymającego kija wielkości kłody w dupie superbohatera.

„The Defenders” od samego początku dawało nadzieję na to, że seria Netflixa wróci na odpowiednie tory. Publika przecież kocha wszelkeigo rodzaju cameos czy łączenie się naszych ulubionych bohaterów, stąd też wielki przecież sukces „Avengers”. Zwłaszcza, że showrunnerzy serialu podjęli dobrą decyzję o produkcji zaledwie ośmiu odcinków o przygodach czwórki bohaterów. Bo nie da się ukryć, że każdy z poprzednich seriali cierpiał na dłużyzny, które zabijały przyjemność z oglądania, choć w najmniejszym stopniu dotknął ten problem Jessicę Jones. Ale czy to się udało?

Cztery seriale w jednym niekoniecznie muszą się udać

Kolaż czterech seriali zamiast jednego serialu

Pierwsze dwa odcinki denerwują przede wszystkim dlatego, że nie stanowią spójnego, jednego serialu. Zapewne taką sobie przyjęli konwencję twórcy, jednak jest ona całkowicie niepotrzebna i przeszkadza. Zanim nasi Defenders się poznają i zaczną wspólnie walczyć o lepsze jutro, obserwujemy ich indywidualne poczynania. I jest to oczywiście zrozumiałe, jednak jednocześnie stylistyka scen z każdym z bohaterów jest utrzymana podobnie jak ich solowe seriale. Czyli Jessica otrzymuje nieco mroczniejsze oświetlenie, chaotyczny montaż, sceny z Luke’iem są za to przeraźliwie potraktowane żółtą kolorystyką i oczywiście zawsze w tle słychać hip hop. Zamiast jednego, spójnego serialu otrzymujemy dość męczący kolaż wszystkich poprzednich, gdzie bardziej wyraźnie dostrzec można ich minusy niż plusy.

Na szczęście trzeci odcinek zaczyna powoli ten schemat przełamywać (co jest też oczywiście powiązane z fabułą) i zaczyna porzucać stylistykę swoich poprzedników, a wreszcie też otrzymujemy ciekawszą scenę akcji. Czwarty odcinek, choć mocno przegadany, ogląda się jeszcze nieźle, ale potem… Cóż. Cała fabuła staje się czytelna dla bardziej obytego z kulturą filmową czy serialową widza. Coraz bardziej można przewidzieć do czego to wszystko zmierza i kto z kim będzie się naparzał w ostatniej bitwie, w ostatnim odcinku.

Co mnie nieco zaskoczyło, to fakt, że twórcom udało się wcisnąć do zaledwie ośmiu odcinków nieco zbędnych dłużyzn. Akcja przedstawiona w całym serialu prezentuje zaledwie kilka dni wydarzeń, czego tak bardzo nie czuć, ale te dni momentami mocno się dłużą. Oczywiście, największa w tym wina Iron Fista. Ja wiem, że zdjęcia do „Defenders” miały miejsce pod koniec poprzedniego roku, a więc na kilka miesięcy przed premierą serialu o Randzie, więc nie dało się już poprawić tej strasznie irytującej postaci, jednak miałem nadzieję, że choćby w interakcjach z innymi bohaterami będzie całkiem znośny. Niestety, znacznie ciekawsze postaci, Murdock i Jones, sprawiają, że kij w dupie Iron Fista jest jeszcze bardziej denerwujący.

Gdzie Daredevil nie może tam ekipę pośle

Momenty były

Co jednak muszę przyznać, to fakt, że obserwowanie poznających się superbohaterów sprawia sporo frajdy. Przez dwa, może trzy odcinki, ich dialogi, uszczypliwości i próba „dotarcia” się wzajemnie ciągnie fabularnie całość i utrzymuje uwagę widza, mimo, że jeden z tych odcinków jest bardzo mocno przegadany i niewiele się całość posuwa do przodu. W tych złośliwościach oczywiście dominuje sarkastyczna egoistka Jones, ale i pozostali członkowie kwartetu nie pozostają dłużni. Później interakcji werbalnych między nimi jest coraz mniej, a całość wraca do patetycznego i dramatycznego tonu, gdzie dominuje całkowita powaga.

A co z naszymi antybohaterami? Jako, że poznaliśmy już kilku członków (huehue) niejakiej „Ręki”, to nie ma zaskoczeń, że w gronie złych i nieśmiertelnych postaci mamy zagadkową, ale coraz bardziej nudną Madame Gao oraz całkowicie bezpłciowego Bakuto. Mamy jednak trzy nowe postaci: czarnoskórego Wakande, japońskiego Murakamiego, no i przede wszystkim Sigourney Weaver w roli Alexandry. Niestety, większość tych postaci nie ma zbyt dobrze zbudowanych ról i ciężko traktować je poważnie, a szkoda, bo sam Wakande wydawał się bardzo obiecujący. Dobrze wypada Murakami, ale jego rola sprowadza się jedynie do podważania decyzji pozostałych członków (huehue) Ręki.

Ripley looking at things – take generalnie wypada Sigourney Weaver w „The Defenders”

Tęskniąc za Kingpinem (i Vincentem D’Onofrio)

Wiele sobie obiecywałem po Alexandrze. Chyba zbyt wiele, ponieważ jej rola, choć bardzo magnetyczna, nie robi wielkiego wrażenia. Choć jest liderem kryminalnego stowarzyszenia i daje to po sobie momentami odczuć, tak w zdecydowanej większości jej rola ogranicza się do pokazywania się w ładnych sceneriach w jeszcze ładniejszych kostiumach i mówienie mocnych kwestii. Pierwsze sceny z jej udziałem dużo obiecują, kiedy obserwujemy Madame Gao, dawniej dość silną postać, przyjmującą z lękiem rozkazy od Alexandry. Wydaje nam się wówczas – o kurde, ta Alexandra to musi być niezły badass, skoro jej Gao tak się boi. Potem jednak nie jest to w żaden sposób uzasadnione, a cała postać Weaver szybko zaczyna denerwować, a nie przerażać. Do poziomu Kingpina z pierwszego sezonu „Daredevila” jej bardzo daleko.

Jeśli chodzi o realizację to również nie ma tutaj fajerwerków. Pomijając dwa pierwsze odcinki, będące męczącym kolażem, wszystko jest po prostu… Ok? Brakuje tu widowiskowych sekwencji walki, gdzie otrzymujemy piękne choreografie nagrane mastershotem. Tego typu sceny są może ze dwie (trzeci i ostatni odcinek), lecz nie trwają więcej niż minutę i nie robią specjalnego wrażenia. Bardzo źle momentami wygląda ten serial montażowo. Nie dość, że większość scen walk to po prostu cięcia co kilka sekund (ależ to męczące), to jeszcze przejścia między poszczególnymi scenami okraszone są ujęciami miasta, przejeżdżającego metra i tak dalej. Myślałem, że tego typu praktyki odeszły już do lamusa i nie trzeba widzom podpowiadać na każdym kroku: „Ej, jakby co to ta scena właśnie się skończyła i zaczynamy z kolejną, dobra, już to łapiesz, na pewno?”.

Jedna z niewielu ciekawszych sekwencji akcji jest już w trzecim odcinku (kliknij, bo GIF)

Co dalej a Marvelem u Netflixa?

Ehhh. Bardzo miałem nadzieję, że po średnim „Luke Cage” i słabym „Iron Fist” czeka nas wreszcie wzrost formy Netflixa i jego komiksowych bohaterów, jednak przyszło kolejne rozczarowanie. „The Defenders” dość nieudolnie łączy wszystkie dotychczasowe serie, wraz z ich zaletami i wadami. Problem polega jednak na tym, że wady te są znacznie bardziej uwydatnione i mocno przykrywają zalety. Co z tego, że dobrze wypadnie Jessica Jones, skoro zaraz w kadr wparuje Danny Rand i wszystko spie… Zepsuje. Nawet główny wątek nie rozpala emocji, a coraz częściej termin „Ręka” zaczyna nas bawić niż przerażać. Bez odpowiednio przerażającego antybohatera ciężko o zaangażowanie emocjonalne w tego typu produkcji. Zawiązywane przez cały sezon wątki otrzymują bardzo czytelne rozwiązania. Kiedy wydawało się, że osiem odcinków to odpowiednia ilość, by się nie zanudzić, człowiek zaczyna się zastanawiać, czy nie dałoby się tego zmieścić w pięciu.

Czy za rogiem czai się coś dobrego dla Netflixa i Marvela?

Co mnie martwi najbardziej, to przyszłość kolejnych serii Netflixa z bohaterami Marvela. Na ukończeniu jest „The Punisher”, którego zdjęcia realizowane były niemal w tym samym czasie co „The Defenders”. Nie znamy jeszcze daty premiery tego obiecującego serialu, lecz mówi się o tym, że nie będzie to wcześniej niż listopad tego roku. Punisher w drugim sezonie „Daredevila” był jedną z najlepszych rzeczy w całej serii Netflixa. Świetny casting (nigdy nie sądziłem, że Jon Bernthal przestanie nie wkurzać), dobrze napisana postać i świetne sceny z udziałem Franka Castle dawały mi nadzieję na naprawdę dobry serial. Jednak obecna forma oraz fakt, że Punisher będzie miał 13 odcinków każe mi poddawać w wątpliwość potencjalną jakość przedsięwzięcia. Z drugiej strony, znaczne obniżenie moich oczekiwań wobec „Punishera” może podziałać pozytywnie. Ja mogę jedynie trzymać kciuki, by Netflix ze swoją serią wreszcie odbił się od tendencji spadkowej.

Partnerzy Troyanna