Rozrywka nieco mniejszego kalibru – recenzja filmu „Ant-Man i Osa”

Po dwóch tegorocznych sukcesach finansowych przyszedł trzeci film Marvela, który finansowo radzi sobie nieco gorzej, ale miał spore grono wyczekujących fanów. Czy „Ant-Man i Osa” spełnią ich oczekiwania?

Zarówno „Czarna Pantera„, jak i „Avengers: Wojna Bez Granic” to ogromne sukcesy finansowe, ale i po prostu bardzo fajne filmy, do których śmiało można wracać wielokrotnie. Już pierwszy „Ant-Man” dał nam trzy lata temu rozrywkę mniejszego, nomen omen, kalibru, ale na naprawdę niezłym poziomie. Oglądanie poczynań nieco nieporadnego Scotta Langa było przyjemnym doświadczeniem, lekkim oddechem od wielkich potyczek znanych z innych filmów z Marvel Cinematic Universe.

I „Ant-Man i Osa” właściwie powtarza tę drogę. Akcja filmu rozgrywa się po wydarzeniach z „Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów” (co podkreślane jest wielokrotnie), a przed „Wojną Bez Granic”. Nie mamy więc tutaj do czynienia z ratowaniem świata, a jedynie ratowaniem samego siebie przed konsekwencjami własnych błędów. Scott jest uziemiony w areszcie domowym, a więc wydarzenia dające nam nieco wyczekiwany oddech od masakry połowy populacji przez Thanosa. I choć ta skromniejsza perspektywa jest przyjemną odmianą, tak jednocześnie brakuje jej jakiegoś większego sensu, który by sprawił, że losy bohaterów byłyby nam jakoś bliższe. Bo ciężko się emocjonalnie w te wydarzenia po prostu zaangażować.

Głównym celem bohaterów, samego Scotta, jak i Hope van Dyne oraz Hanka Pyma jest próba przywrócenia do ziemskiej rzeczywistości Janet Van Dyne z wymiaru kwantowego. Na swojej drodze spotykają liczne przeszkody, choćby w postaci dwóch przeciwników. Pierwszym, znacznie ciekawszym jest Ava, czyli robiący wrażenie w zwiastunach Duch. Niestety, okazuje się ona w filmie postacią bardzo nieciekawą i przewidywalną do bólu. Kolejnym jest biznesmen Sonny Birch, w tej roli Walton Goggins, który jest prostolinijny jak inny czarny charakter odgrywany przez tego aktora w filmie sprzed kilku miesięcy – „Tomb Raider”. Niestety, obie te postaci nie potrafią nadać filmowi większego sensu, nie czuć od nich realnego zagrożenia dla wydarzeń, które zmierzają do szczęśliwego, bardzo przewidywalnego zakończenia. Po drodze bohaterowie nie przeżywają jakichś drastycznych zmian, ich świat nie za bardzo się wali i nie mierzą się z czymś, co jest wyjątkowo trudne. I właśnie ten brak ewolucji bohaterów można uznać za element, który sprawia, że najnowszy film Marvela nie potrafi zaangażować widza emocjonalnie.

Na szczęście, „Ant-Man i Osa” to też w dużym stopniu kino komediowe, a także, co nieco mnie zaskoczyło, familijne. Miałem momentami mocne uczucie obcowania z filmem dla dzieci czy młodzieży, co mocno mi przeszkadzało w trakcie. Natomiast warstwa komediowa sprawiała nieco częściej, że czułem zwyczajną zabawę w trakcie seansu. Nie jest to zbyt górnolotny humor, a bardziej gagi sytuacyjne, gdzie Paul Rudd sprawdza się doskonale, ale wystarczyło, by zapewnić mi nieco zabawy. Świetnie sprawdza się także postać Michaela Peni, która, poza tym, że jest postacią mocno komediową, ma wreszcie nieco więcej do zagrania i ma większy wpływ na rozwój wydarzeń, co cieszy.

Sporym rozczarowaniem jest dla mnie fakt, że jeden z ważniejszych elementów filmu, wymiar kwantowy, nie jest w ogóle rozwijany w nowym filmie. Choć wspominałem już o tym, że fajnie odpocząć od wielkiej zagłady i bitew z „Wojny Bez Granic”, tak jednak liczyłem, że nieco bardziej świat tego innego wymiaru zostanie w tym filmie opisany, po to, byśmy mogli sobie snuć teorie na temat tego w jaki sposób można będzie odkręcić „pstryknięcie palcami” Thanosa w kolejnym filmie z Avengersami właśnie za pomocą wymiaru kwantowego. I choć nasi bohaterowie odwiedzają tę równoległą rzeczywistość, tak nie jest ona jakoś specjalnie opisana, nie za bardzo dowiadujemy się o jej prawidłach, a jedynie przez kilka chwil możemy ją obserwować. To wszystko. Dla mnie nieco za mało.

Za mało jest też kreatywnej zabawy rozmiarami bohaterów w sekwencjach akcji, które mają fajną koordynację czy realizację, ale jednak nie dają wiele więcej niż to, z czym mieliśmy do czynienia w pierwszej produkcji z tymi bohaterami. Mamy pomniejszanie się, powiększanie (z tym, że dochodzą tutaj samochody i budynki), psujące się kombinezony bohaterów i to w zasadzie wszystko. Zresztą, mam spory żal do twórców zwiastunów, którzy najlepsze sekwencje akcji umieścili w zwiastunach. Ba, pierwszy raz w historii MCU w zwiastunach umieszono fragmenty… Scen po napisach!

I tutaj kolejna kwestia. O ile pierwsza (mid-credit scene) scena po zakończeniu filmu (są dwie) jest naprawdę fajna i w ciekawy sposób nawiązuje do wydarzeń w swoim uniwersum dając jednocześnie fajny cliffhanger na przyszłość bohaterów filmu, tak druga jest po prostu żałosna. Twórcy kazali czekać fanom kilka minut czekania na napisach, by tak naprawdę zaśmiać im się w twarz, bo jest to wręcz niepoważne, co serwuje się w drugiej scenie (post-credit scene). Mocne rozczarowanie, albowiem równie dobrze scenę tę można by pominąć, nic nie wnosiła do filmu, ani uniwersum. I BYŁA W ZWIASTUNIE!

Choć w trakcie seansu i tuż po nim ciężko zaprzeczyć, że bawiłem się nieźle, tak z mijającym czasem film ten po prostu z głowy ucieka. „Ant-Man i Osa” nie potrafi zaangażować widza emocjonalnie, historia bohaterów jest momentami nieciekawa, a całość nie wnosi nic do tak bogatego przecież uniwersum. Ciężko mi więc mówić o filmie Peytona Reeda inaczej niż jako rozczarowaniu. Nie jest to film MCU, do którego będę wracać.