Spotify zabija wspomnienia

Kilka dni temu postanowiłem stworzyć jedyną w swoim rodzaju playlistę na jesienne wieczory. Pełną pięknych utworów, spokojnych nut i melancholijnych brzmień. Niestety, po drodze zorientowałem się, że coś jest nie tak.

Jeszcze dwa lata temu nie było w Polsce Spotify. Nie miałem także laptopa, a jedynie potężny komputer stacjonarny, będący moim centrum kontroli nad wszechświatem. W lutym 2013 roku szwedzka usługa strumieniowania muzyki zadebiutowała w Polsce, zaś dwa miesiące później kupiłem MacBooka Air, który zaczął stopniowo wypierać zasłużonego peceta (leży pod biurkiem i nawet go nie włączam…).

Swój własny komputer (nie dzielony na całą rodzinę) miałem ponad dekadę, a to sporo czasu na zbieranie prywatnej kolekcji muzyki. Udało mi się zebrać tego aż 200 GB w 400 skrzętnie poukładanych folderach, po jednym na wykonawcę. Porządek panował tam niesłychany, była to biblioteka bogata i czytelna. Chcąc czegoś posłuchać przeglądałem aż 400 rożnych wykonawców do wyboru. Było w czym wybierać. Dziesięć lat kolekcjonowania.

I wtedy nadeszło Spotify. Ich zasoby muzyczne są jeszcze bogatsze (choć osobiście wykorzystuję pewnie zaledwie 1% całości), lecz jakoś trudniej do nich dotrzeć. Trzeba polegać na pamięci (i preferencjach), a ta przecież jest bardzo zawodna. Nie wymienię z pamięci nawet połowy z tych 400 zespołów, które miałem skrzętnie skatalogowane na dysku. Kiedy zatem w wyszukiwarce aplikacji Spotify staję przed wyborem zagrania czegoś, co lubię to zazwyczaj wybieram artystów, których najczęściej słuchałem ostatnio. Ograniczam się.

Tworząc wspomnianą playlistę przed paroma dniami odkryłem jak wiele zespołów słuchałem zaledwie kilka lat temu oraz jak często niedawno jeszcze ich słuchałem. Teraz ich istnienie było dla mnie ogromną niespodzianką. Do tego są ich całe dyskografie! Niestety, wskutek wygody, jaką oferuje usługa rodem ze Szwecji, zabrane zostały mi wspomnienia muzyki słuchanej kilka lat temu. To znaczy nadal mogę jej słuchać, ale trudniej mi na to wpaść w ciągu dnia.

Ok, ale czy jest jakieś rozwiązanie? Znalazłem trzy.

Po pierwsze – ćwiczysz pamięć i zapamiętujesz nazwę wszystkich zespołów jakie słuchałeś dotąd. O ile nie jesteś Neo, może być z tym ciężko. Trzeba było wziąć niebieską pigułkę.

Po drugie, tworzysz sobie playlisty wszystkich słuchanych artystów na Spotify. Ale tu rodzi się kolejny problem. Nawigacja w programie przy tylu playlistach jest piekielnie niewygodna. Sam coś dobrze o tym wiem, mam ich 150 (z czego połowa to Troylisty). No i nadal jest z tym masa roboty.

Trzecie rozwiązanie, z którego ja będę korzystać, to korzystanie z serwisu Last.fm. Ja go używam już niemal dziewięć lat, staram się tam zapisywać każdy odtworzony w życiu utwór, niezależnie od urządzenia i źródła muzyki. Gdy chcę sobie przypomnieć dawniejsze nuty odwiedzam swój profil i odkrywam na nowo zespoły, które kiedyś zajmowały mi umysł. To korzystając z Lasta tworzyłem ostatnią playlistę.

Nie zrozumcie mnie źle, Spotify kocham całym sercem, zmienił on totalnie (i bardzo ułatwił) konsumpcję muzyki, która tak wiele dla mnie znaczy. Usługa ta całkowicie zmieniła mój sposób konsumpcji dźwięków. Jak widać powyżej, są jednak tego także gorsze strony. Łatwiej mi odkrywać nową muzykę, jednak trochę trudniej przypomnieć sobie utwory sprzed lat. Macie tak samo?

photo credit: Epicantus via photopin cc