„Steve Jobs”, czyli dramat jednego aktora

Ze wszystkich jesiennych premier filmowych jedną z najmocniej wyczekiwanych przeze mnie był „Steve Jobs”. Nie tylko dlatego, że postać założyciela Apple mnie fascynuje, a wielu uważa mnie za fanboya firmy z Cupertino.

Po prostu pomimo wielu perypetii podczas tworzenia filmu udało się zebrać do jego realizacji świetny dream team: biografię pióra Waltera Isaacsona na scenariusz przełożył Aaron Sorkin, projekt prowadził Danny Boyle, a w rolę Jobsa wcielił się świetny aktor, czyli Michael Fassbender. I tak, zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest on wizualnie zbyt podobny do zmarłego cztery lata temu wizjonera. Jednak to nie problem.

Zresztą, obawiam się, że ten film sprawi wiele problemów potencjalnym odbiorcom: fani Apple będą oczekiwać laurki dla swojego genialnego mistrza, hejterzy Apple będą liczyć na pokazanie jego złych stron, a osoby całkowicie postronne będą chciały dowiedzieć się kim był, co zrobił i jakim był człowiekiem Steve Jobs. I wszystkie te osoby spotka głębokie rozczarowanie. Ponieważ jest to bardzo mało filmowa produkcja. Ba, siedząc w kinie czułem się jakbym trafił do teatru, obserwował wybitną grę kilku aktorów.

Tak, dla wielu widzów głównym problemem filmu będzie oryginalna koncepcja, za pomocą której reżyser postanowił pokazać oblicze Steve’a Jobsa. Film podzielony jest, niczym teatralna sztuka, na trzy akty. W każdym z nich obserwujemy kulisy ważnych dla naszego bohatera prezentacji produktów: scena, na której odbywa się keynote, kulisy, garderoba. Widziałem bardzo wiele zarzutów w ocenie tego filmu: większość pokazanych scen nie miała miejsca w rzeczywistości. Tak, nie miała. Bo to nie film dokumentalny czy próba odegrania rzeczywistości. To próba pokazania ciekawego człowieka w niecodziennej konwencji.

1035x582-SJOBSPK001_D021_00084R

No bo mamy przecież jedynie trzy akty, każdy trwa nieco ponad pół godziny, więc nie da się pokazać życiorysu tak bogatego w tak niewielkim czasie. Jednak Sorkin i Boyle zrobili to naprawdę nieźle, pakując w niespełna dwie godziny maksymalnie dużo wątków. Wszystko za sprawą dialogów, które porywają. „Steve Jobs”, jak każda sztuka teatralna, opiera się na grze aktorskiej i rozmowach pomiędzy bohaterami. Mniej istotne są tu kadry czy też scenografie, choć i te są w większości poprawne. Kolejne kwestie wypowiadane są seriami niczym pociski z AK47 i trzeba naprawdę dużego skupienia, by się w tym nie pogubić. Jednak dialogi są na tyle dobrze napisane, że poza tymi dwoma godzinami z życia głównego bohatera dowiadujemy się znacznie więcej. Mamy kilka ujęć Jobsa z Wozniakiem w garażu, mamy moment zwolnienia Steve’a z Apple i kilka innych kluczowych wydarzeń w formie flashbacków.

Sam Fassbender wczuwa się w rolę ekscentrycznego wizjonera bardzo dobrze. To wokół niego kręci się cały film i kamera nie opuszcza go niemal w ogóle. Aktor nieźle oddaje kontrast skrajnych emocji i przekonań szargających Jobsem. Pokazuje też, na przestrzeni trzech aktów, jak z biegiem czasu ten człowiek się zmieniał. Wysokim poziomem gry aktorskiej popisują się także osoby mu towarzyszące: Kate Winslet, Seth Rogen i przede wszystkim Jeff Daniels w roli Johna Sculleya. Scena z drugiego aktu, w którym dochodzi do dialogu Jobsa i bohatera granego przez Danielsa jest majstersztykiem dialogów. Momentami przypomina to bitwę raperów, jednak w wykrzykiwanych zdaniach jest wielka moc charakterów i dużo historii.

Steve-Jobs-18-Jeff-Daniels-as-John-Scully-and-Michael-Fassbender-as-Steve-Jobs

Ten film dla wielu będzie problemem, jednak ja już dawno nie pamiętam, kiedy jakikolwiek film w kinie zleciał mi tak szybko. Tempo jest bardzo wysokie, „teatralna” konwencja jest moim zdaniem strzałem w dziesiątkę, a film obejrzę jeszcze co najmniej raz. A ja niemal nigdy nie oglądam filmów po raz drugi. Byłem ciekaw czy podział na trzy akty, pominięcie wielu kwestii z życiorysu Jobsa i stworzenie filmu, który nie jest jednocześnie biografią będzie udanym zabiegiem. Sorkin i Boyle zrobili kawał świetnej roboty i sprawili, że ten, teoretycznie, pokręcony pomysł sprawdza się doskonale.

Bardzo byłem też ciekaw czy podejmą się trudniejszych wątków z życia założyciela Apple. Przecież obok swego geniuszu, był on także skurwielem (bardzo źle traktował współpracowników) i w filmie też to widać. Był kiepskim ojcem, co także jest w filmie pokazane (aczkolwiek nieco za dużo). Był także adoptowanym dzieckiem. Czytając Isaacsona przeżyłem ogromny szok w momencie, gdy Jobs poznał swego biologicznego ojca i ten wątek, na całe szczęście, się w filmie też pojawił. A jadąc do kina dzień po tragicznych wydarzeniach w Paryżu i na świecie byłem tego ciekaw podwójnie. Wszak biologicznym ojcem Steve’a był syryjski imigrant.

Podsumowując, nie jest to film łatwy i na pewno wiele osób się na nim srogo zawiedzie (jak choćby Łukasz Stelmach z bloga Ichabod). „Steve Jobs” to nie jest popcornowe kino (sam pierwszy raz w życiu nie zjadłem całego!), ponieważ wymaga myślenia, nie chrupania. Przyjęta przez twórców konwencja dla wielu będzie niezrozumiała, lecz wystarczy nie traktować tego jako faktycznego dokumentu, biografii, laurki, a oryginalny sposób na opowiedzenie historii Steve’a Jobsa, człowieka który był geniuszem, wizjonerem i skurwielem jednocześnie.

Moja ocena: 8/10

PS. Bardzo polecam przeczytać przed seansem wywiad z reżyserem. Bez spoilerów, a mocno wprowadza w całą konwencję. Mnie pomogło zrozumieć ten film tak, jak twórcy tego chcieli, znajdziecie go na stronie Rolling Stone.