Strażnicy galaktycznej beki, czyli nieco się czepiam

Och, jak dobrze wrócić do pisania, brakowało mi tego w ostatnich tygodniach. A od razu trafia się wdzięczny temat, bo oto do kin wleciała druga część „Strażników Galaktyki”, czyli kontynuacja jednego z najlepszych filmów z uniwersum Marvela.

Kwietniowy eksperyment z brakiem pisania, ale nagrywaniem filmów na YouTube zakończony. Przyjdzie jeszcze czas na podsumowania, ale bardzo cieszy mnie, że mogę wreszcie zrobić coś, co lubię najbardziej – napisać tekst. I to od razu recenzję jednego z najmocniej wyczekiwanych przeze mnie filmów w tym roku. Pierwsza część „Strażników Galaktyki” pojawiła się niemal znikąd i z miejsca skradła serca milionów osób (i ich portfeli). Dobrym humorem, chemią między postaciami, nawiązaniami do pozostałych filmów Marvel Cinematic Universe – była świeżą krwią dla komiksowego kina.

Powstawanie drugiej śledziłem więc z zapartym tchem. Nie tylko wyczekując udanej kontynuacji, ale i podziwiając scenarzystę i reżysera projektu – Jamesa Gunna. Ten koleś ma wielki talent społecznościowy, a obserwowanie jego profilu na Facebooku dostarcza mnóstwo ciekawych informacji o kulisach powstawania filmu (można było się dowiedzieć niedawno, że warto docenić ekipę od charakteryzacji, która znacznie skróciła czas przygotowania Dave’a Bautisty do odgrywania roli Draxa z pięciu do dwóch godzin przed każdym dniem zdjęciowym). Gunn żyje swoją pracą, tworzeniem Strażników i ta pasja jest zaraźliwa. Otwarcie pisał o tym, że po pierwszej części otrzymał od Marvela znacznie większy kredyt zaufania i pieniędzy na produkcję drugiej części i to na swoim Facebooku ogłosił niedawno, że powstanie trzecia część tej serii, jeszcze przed premierą drugiej. Warto obserwować jego profil. No, ale przejdźmy do sedna – czy druga część „Guardians of the Galaxy” spełnia niemałe oczekiwania?

Jak najbardziej (chyba?). Wszystkiego jest tu więcej, a to wszystko jest bardziej – głośne, widowiskowe, śmieszne, ładne. Choć nie zawsze dzięki temu lepsze. Jednak po kolei. Fabuła nie zawsze stoi tu na pierwszym miejscu, a momentami jest jedynie tłem do kolejnych dowcipów. Nie mamy tu z góry zarysowanego niebezpieczeństwa, co jest przecież znakiem charakterystycznym kina superbohaterskiego. Zawsze nasi komiksowi bohaterowie muszą stawać przeciwko zagrożeniu dla całej ludzkości, sobie nawzajem czy osiągnąć jakiś cel. Tutaj taki cel nie jest nam zarysowany od początku, co z jednej strony jest całkiem miłym zaskoczeniem, z drugiej jednak wciąż w trakcie seansu czekamy, aż coś się zepsuje. I tak się w końcu staje. Brakuje jednak przez długi czas jakiegoś celu, do którego wszystko by mogło zmierzać, co napędzałoby naszych bohaterów do działania, a antybohaterów do psucia szyków tum pierwszym. Jakby w tym filmie tak naprawdę o nic więcej nie chodziło. Poza dowcipami.

A tych jest… Bardzo dużo. I nie mam z tym żadnego problemu, bo większość jest naprawdę zacna. Gorzej, że pewne wątki humorystyczne są nieco przeeksploatowane (Rocket puszczający oko, dialog Draxa z Mantis o tej drugiej i kilka innych), przez co z każdym kolejnym razem bawią coraz mniej. No, ale bawią. Śmiejesz się, bo śmieją się ludzie wokół Ciebie, bo dopiero co skończyłeś się śmiać i przedłużasz ten śmiech. Uważam jednak, że Gunna stać było na nieco więcej polotu i różnorodności w wymyślaniu gagów. Poza tym jest ich tak wiele, że po wyjściu z sali kinowej o większości człowiek już nie pamięta. Ale to zwykłe czepialstwo, bo poza tym mamy świetną zabawę. I choć nie ma tu bezpośredniego przełamywania czwartej ściany (jak w „Deadpoolu”), to jednak często pojawiają się podobne komentarze pomiędzy bohaterami, ujawniające groteskę i absurd niektórych scen (choćby otwierającej sekwencji z potworem rzygającym tęczą). Są też rozmowy o penisie i o kupie, które choć są tanimi chwytami, to cóż, są rozmowami o penisie i o kupie. Każdy z nas się z tego śmieje, choć jest to humor najniższych lotów.

Nieco gorzej kiedy ten humor zaczyna przykrywać nieco poważniejsze momenty w filmie, a te się, mimo wszystko, pojawiają. I wiem, że może brzmi to trochę absurdalnie kiedy o tym napiszę, ale zbiorowy mord (nie chciałbym używać terminu „ludobójstwo”, bo nie tylko ludzie giną) w jednej ze scen jest odrapany ze swojej powagi i szoku właśnie ze względu na jego „ośmieszenie”. Ja wiem, że to komedia i tutaj twórcy chcą śmiać się ze wszystkiego, ale jednak są pewne sceny, które powinny sprowadzić widza na ziemię i zmusić go do tego, by poczuł coś więcej niż tylko ból przepony ze śmiechu.

W tym wszystkim rozmywają się nieco relacje między postaciami, co było przecież ogromną siłą pierwszej części. Dialogi są może i zabawne, czuć, że może z nich wynikać jakaś relacja (pozytywna czy negatywna), ale po chwili są one przerywane, by ktoś inny powiedział coś jeszcze śmieszniejszego. Nie podoba mi się też za bardzo mały Groot, który w tym filmie ma być po prostu przesłodki i ma taki być na każdym kroku i zawsze i twórcy bardzo chcą, byśmy za każdym razem widząc go na ekranie robili „awwwwww”. Aż do bólu. Momentami czułem się jakbym oglądał „słodkie kotki z Internetu”, a ja nie lubię oglądać takich kompilacji tylko po to, by robić „awwwww”. Poza nim mamy do czynienia z naprawdę barwnymi i poprawnie zagranymi postaciami, pomiędzy którymi może dochodzić do nieco większych i bardziej emocjonujących relacji niż jedynie śmieszkowanie. I piszę to ja, śmieszek.

Druga część „Strażników”, w przeciwieństwie do pierwszej, jest też nieco bardziej oderwana od całego uniwersum kinowego Marvela. Tam mieliśmy przecież do czynienia z Thanosem (o którym obecnie wspomina się jedynie bodaj dwa razy), Infinity Stones (a przecież „Infinity War” już za rok w kinach, więc miałem nadzieję na choćby lekki zarys nadchodzących wydarzeń), a tutaj nie ma tak naprawdę nic, co pchałoby MCU do przodu. Nawet pięć scen po napisach nie wnosi nic nowego do całości, a są raczej zlepkiem gagów czy faili, które nie zmieściły się w pełnym filmie. Ok, w jednej z nich pojawia się wzmianka o nowej postaci znanej z komiksów, która zapewne w przyszłości pojawi się najprawdopodobniej w kolejnych filmach, choć nie zdradzę wam o kim mowa, by nie psuć niespodzianki (choć jeśli chcecie wiedzieć i nie boicie się spoilerów, to potwierdził to niedawno Kevin Feige, trzymający pieczę nad Marvel Cinematic Universe).

Aktorsko film wypada po prostu poprawnie, a największe, co można docenić to praca poszczególnych osób z ciężką w obyciu (jak się domyślam) charakteryzacją oraz z green screenem. Najlepiej prezentuje się Michael Rooker (Yondu), który jako jedyny próbuje być najmniej śmieszny, a mimo tego zupełnie nic nie traci z bycia dobrze zagranym bohaterem, którego dramat można wyczytać z oczu, a nie dialogów. Pratt, Saldana, Bautista, Russell – to nie są role, które mają zachwycać aktorskim kunsztem, więc tego nie robią. Podobnie jak nowa twarz w tej serii, czyli Mantis odegrana przez Pom Klementieff. Jej akurat udało się wzbić nieco ponad poziom poprawny i zagrać uroczą, antyspołeczną i nieświadomą istotkę. Uległem temu w całości.

W kwestii realizacji mamy do czynienia z naprawdę ładnym filmem. Charakteryzacje bohaterów, scenografie (jeśli nie są efektami komputerowymi) są naprawdę niezłe, choć trzeba mieć na uwadze, że niemal cały film okraszony jest efektami komputerowymi (w tym niestety odmłodzonym Kurtem Russelem, a swój niesmak na temat cyfrowego odmładzania aktorów już opisałem tutaj). Większość tych efektów na szczęście nie boli w oczy, a poza tym – hej, to film w kosmosie, to musi być wygenerowane komputerowo. Nieco gorzej jest z warstwą muzyczną filmu, ale to nie od dziś jest najsłabsze ogniwo w produkcjach Marvela. Tu mamy do czynienia z oldschoolową muzyczką, która na siłę chce być fajna jako tło do akcji w slow motion, ale to, co fajnie sprawdzało się w pierwszej części w drugiej jedynie przeszkadza, bo jest tego po prostu za dużo. I choć wiele osób może to uznać za plus tej produkcji, ja po prostu się tym męczę.

No i dobrnęliśmy do podsumowania. Pewnie wydaje wam się, że moje narzekania sprawią, iż film uznam za rozczarowujący, jednak muszę was… Rozczarować! Bo choć można narzekać na to, że film jest na siłę za śmieszny, na siłę za efekciarski i z premedytacją nieco nijaki, to nadal dostarcza niesamowicie dużo zabawy. Te ponad dwie godziny w kinie to rollercoaster pełen śmiechu i widowiskowych scen, które jednak nieco za słabo grają na emocjach widza, przez co, zdaje się, ten szybko o nim zapomni – o dowcipach (połowy już nie pamiętam, a minęły dopiero trzy godziny od seansu, kiedy piszę to zdanie), które nie zawsze są najwyższych lotów, czy też o samej fabule, bo nie wnosi za wiele w całe uniwersum. Bo jeśli wszystko jest BARDZIEJ (głośne, śmieszne, ładne czy epickie) to nie jest od razu lepsze. Choć wciąż jest bardzo dobre.