Ten artykuł miał mieć tytuł „Bla Bla Land”

Nie lubię musicali. Informację o czternastu nominacjach do Oscarów dla tego filmu przyjąłem z grymasem na twarzy. Kiedy wreszcie, po operacji, mogłem ruszyć do kina, niespieszno mi było na „La La Land”.

Lubię Ryana Goslinga, choć nie pieję z zachwytu na jego widok, co w sumie w moim przypadku jest raczej zrozumiałe. Lubię Emmę Stone, ale wielkim fanem nie jestem, co zaś może już o mnie świadczyć nieco gorzej. Poprzedni film Damiena Chazelle’a, „Whiplash” obejrzałem dopiero parę tygodni temu i byłem pod wielkim wrażeniem. Tylko dlaczego tym razem poszedł w konwencję musicalu?

Może dlatego, że to niemal gwarancja zdobycia Oscarów (wystarczy spojrzeć na „Chicago” z 2002 roku)? Może po prostu Hollywood lubi ckliwe historyjki osadzone w Los Angeles, powiązane ze swoim przemysłem, o spełnianiu zapomnianego już nieco i targanego współczesnymi problemami świata Amerykańskiego Snu? Może dlatego, że w Ameryce, targanej wieloma problemami, potrzebowano takiego właśnie obrazu?

Nie wiem i ciężko odpowiedzieć mi na te pytania, ale skoro „La La Land” zaskoczył pozytywnie mnie, sceptycznego wobec musicali, miłośnika filmów, to panie Chazelle – brawo. Idąc do kina miałem już niemal gotowy tytuł do tej recenzji, ale całkowicie nieuzasadniony – „Bla Bla Land”. I choć z pozoru jest to ckliwa historyjka o spełnianiu marzeń, to pod widoczną gołym okiem warstwą widać znacznie poważniejsze wątki.

Zastępowanie marzeń półśrodkami, nieidealnymi celami, które realizujemy. Komercja, która zabija prawdziwą sztukę i jej duszę. Kariera, która zmusza coraz więcej nas do rezygnacji z uczuć. Potrzeba zapłacenia rachunków, która uniemożliwia realizację własnych pasji. I choć z pozoru film kończy się happy endem, tak pod warstwą ładnie ubranych ludzi, tańców, piosenek i całej tej musicalowej aury czeka na nas cios w twarz i „reality check”.

I tu trochę dysonans, bo film ogląda się naprawdę przyjemnie, bywa zabawny, miły dla oka, ma wiele moich ulubionych mastershotów, ale po wyjściu z kina, jeśli widz zda sobie sprawę z tego co skrywa „La La Land” pod swoją wesołą aurą – może być wręcz zdruzgotany.

Czy jednak to wystarczy, by zasłużyć sobie na tyle nominacji do Oscarów? Wystarczy, by je zdobyć? Na pewno nie za kreacje aktorskie, które choć są dobre, to nie wybitne. Zwłaszcza wokalnie, co zdziwiło mnie nieco w przypadku Goslinga, który umie przecież śpiewać i ma zespół, z którym wydał płytę.

Scenariusz oryginalny? Możliwe.

Reżyseria? Wielce prawdopodobne.

Muzyka i piosenki? Ciężko mi ocenić, ale skoro to musical…

Scenografia? Niekoniecznie.

Kostiumy? Może.

Zdjęcia? Bardzo dobre, ale nie stawiałbym na to fortuny.

Dźwięk? Nie wiem, ta kategoria jest mi nieco obca.

Montaż? Możliwe.

Montaż dźwięku? Nie znam się.

Pewnie nie będę w błędzie, jeśli postawię tezę, że większość widzów odbiera „La La Land” jako film wesoły, fajny i piękny, stąd jego wysokie notowania na Filmwebie, nominacje do Oscarów i wszechobecny entuzjazm, który i mnie w trakcie seansu się udzielał. Dwójka uwielbianych aktorów, ckliwa z pozoru historyjka i spełnianie marzeń. Box Office zdaje się to potwierdzać. Jednak obraz Chazelle’a jest znacznie poważniejszy, głębszy  i mocniejszy niż z pozoru się wydaje. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Niby musical, a mi się spodobał, choć lekki nie jest. Czyżbym stawał się masochistą, skoro coraz bardziej podobają mi się filmy przygnębiające?